Lemmy 2010
Reżyseria: Greg Olliver, Wes Orshoski
Obsada: Ian Fraser ‚Lemmy’ Kilmister, reszta to ledwie statyści ›
Czas Trwania: 116 min


„We are Motörhead and we play rock n roll!” Każdy, kto miał okazję usłyszeć te słowa, wie doskonale co następuje tuż po ich wybrzmieniu. A tym czymś jest występ grupy legendarnej, jedynej w swoim rodzaju, zespołu będącego niegdyś w posiadaniu rekordu Guinessa za najgłośniejszy występ na żywo. Zespołu, który pośród swych inspiracji wymieniają muzycy takich kapel jak Metallica, Slayer, Sepultura, Celtic Frost czy Anthrax. Ten zespół to Motörhead, żywa legenda, na której chowało się i chowa nadal już kilka pokoleń fanów, będąca natchnieniem dla muzyków od prawie czterech dekad. A na jej czele, nieprzerwanie od momentu założenia w 1975 r stoi on – ikona, monolit, rock’n rollowiec z krwi i kości, wokalista, basista, kompozytor, tekściarz, jedyny w swoim rodzaju Ian Fraser Kilmister, w świadomości melomanów na całym świecie funkcjonujący jako „Lemmy”.

Ale dość już tego wzniosłego wstępu, o filmie by tu trzeba, a jest on niczym więcej jak rasowym dokumentem biograficznym. A w takim przypadku film jest jedynie tak dobry, jak historia człowieka, którą opowiada. A tu historia jest mocnym punktem. Robin Williams powiedział kiedyś w jednym ze swoich stand-upów: „Keith [Richards] is the only one who can make the Osbournes look fucking amish.” Ja osobiście się z tą opinią nie zgadzam. Keith szalał, szalał, a potem spotulniał. Lemmy od początku swych dni na muzycznej scenie robi konsekwentnie to samo, a najlepiej oddają to słowa Dave’a Grohla (ex-Nirvana, Foo Fighters), który mowi, żeby pieprzyć te wszystkie stare, przebrzmiałe gwiazdy, bo Lemmy cały czas jest sobą, a w tym momencie prawdopodobnie siedzi gdzieś w barze, wali Jacka z Colą i pisze materiał na kolejny album. Więcej o Lemmym, jego drodze na szczyt, hobby, kobietach, alkoholu i decybelach pisać nie będę, bo to jest zadaniem filmu. Tym bardziej, że polecam go nie tylko fanom Motörhead, bo Ci biografię Kilmistera znają zapewne na pamięć, ale również tym, którym to nazwisko nic nie mówi, a muzyka rockowa czy metalowa to dla nich tylko kakofonia przypadkowych dźwięków, do której podskakuje banda długowłosych, agresywnych cymbałów ubranych na czarno.

Film jest bardzo prosty w formie i szczery do bólu. Nie ma tu cenzury, wypikanych przekleństw czy przemilczanych kwestii. Lemmy mówi o tym jak było, jest i będzie, tak w życiu osobistym jak i w muzycznej karierze. Nie ma tu narracji, narratorem jest sam tytułowy bohater, a wspomagają go osoby ze świata muzyki (m.in. wspomniany Dave Grohl, James Hetfield czy Ozzy Osbourne), które uzupełniają całość swoimi komentarzami. Obraz pokazuje ludzką, a nie tylko sceniczną twarz człowieka, który w swoich kręgach stał się legendą i próbuje uświadomić nam, dlaczego tak się stało. Jednocześnie przybliżając nam muzyczne inspiracje Lemmy’ego i to czym kierował się, grając taką muzykę a nie inną, daje obraz tego jak kształtowała się ciężka muzyka, co leży u jej podstaw, pokazując dzięki temu jej człowiecze oblicze, a nie tylko czarcie.

Sam dokument wzbogacony został o zapisy występów zespołu na żywo oraz gościnny udział Lemmy’ego w koncercie Metalliki, podczas którego zagrane zostały dwa utwory z repertuaru Motörhead. Łącznie całość trwa ok. 3h i muszę przyznać szczerze, że było to chyba najgłośniejszy film jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. Duży plus dla sieci Multikino, która zdecydowała się wyświetlić film w swoich kinach, dzięki czemu można było cieszyć się seansem z należytą oprawą dźwiękową. Jednak niezależnie od tego czy w sali kinowej, czy w zaciszu domowym, polecam film „Lemmy” nie tylko każdemu fanowi ciężkiego grania, ale także każdemu, kto potrafi docenić dobry dokument biograficzny.

Maggot

Lemmy