Recenzja: Nie tylko Bóg wybaczy ONLY GOD FORGIVES… ja też.

Only God Forgives 2013
Reżyseria: Nicolas Winding Refn
Scenariusz: Nicolas Winding Refn
Obsada: Ryan Golsing, Kristin Scott Thomas, Vithaya Pansringarm
Czas Trwania: 90 min

Sporo widziałem już niskich not i słabych, rozczarowanych recenzji najnowszego filmu Nicholasa Windinga Refna, między innymi autorstwa mojego „team playa” Kaczmara. Ku mojej ogromnej uciesze mogę jednak stanąć w opozycji do tych wszystkich opinii, ponieważ ja osobiście oceniam ten film dosyć wysoko. Dlaczego? Już śpieszę z wyjaśnieniem, pragnę jednak na wstępie zaznaczyć, iż niniejszy tekst nie jest recenzją sensu stricto, a bardziej moją kontrargumentacją wobec większości zdań na temat tego filmu. Żeby też było jasne – opinia jest całkowicie subiektywna, nikt nie musi się z nią zgadzać. Ale do rzeczy.

Mam wrażenie, że pierwszym błędem jaki ludzie popełniają pochodząc do „Only God Forgives” są próby porównywania go do „Drive”, który swoją drogą był doskonałym filmem. Ten sam reżyser, ten sam aktor w głównej roli, więc widownia mniej lub bardziej świadomie oczekiwała czegoś podobnego, a srodze się zawiodła. Ale to tak jakby mieć pretensje do Stevena Spielberga, że po nakręceniu genialnego dramatu „The Terminal” wziął się za temat obcych i wyreżyserował „War of the worlds”. Chciał, mógł, więc to zrobił. Nie inaczej było w przypadku jego duńskiego kolegi po fachu.

Przejdźmy do zawartości filmu, która również została mocno skrytykowana. Słyszałem, że dzieło Refna jawi się nieco jako „sztuka dla sztuki”, że jest przerysowane, zbyt metaforyczne, itd, itp. Proponuję w takim razie podejść do tematu zaczynając od napisów końcowych. Można tam dostrzec dedykację dla niejakiego Alejandro Jodorowsky’ego. Dla niezorientowanych, ów jegomość jest czilijskim reżyserem, znanym z prowokacyjnych, abstrakcyjnych, pełnych ukrytej religijnej symboliki filmów. Miałem jeszcze w czasach studenckich (czyt. dawno temu) okazję obejrzeć jeden z jego głośniejszych filmów – „Holy Mountain”. Przyznam bez bicia, że był to dla mnie film zbyt wykręcony i nie byłem w stanie go zrozumieć, a do dziś zastanawiam się, czy nie powinienem był go oglądać na dragach, może wtedy miałby dla mnie więcej sensu. Wróćmy jednak do „Only God Forgives”. Dla mnie osobiście znaczenie wspomnianej wcześniej dedykacji jest jasne – Refn chciał pobawić się w tym filmie, wyrzeźbić przy pomocy obrazu i dźwięku twór, który nie będzie łatwy do zaszufladkowania, będzie intrygowal, może nawet szokował, a na pewno skłaniał do refleksji. A wszystko w myśl idei „Love it or hate it”. Ja osobiście wciągam bez przysłowiowej „zapojki” audio-wizualny koktajl, który serwuje mi duński reżyser. Lubię od czasu do czasu filmy wieloznaczne, takie które wymuszają na widzu ponadprzeciętne zaangażowanie intelektualne, które wykonują za niego tylko połowę roboty, niejako mówiąc – „rozbudzilismy twoje zmysły, zasialiśmy ziarnko ciekawości, teraz zaczyna się Twoja własna zabawa”. Ludzie przyzwyczaili się chyba za bardzo do tego, że kino, jako forma sztuki odzdziaływująca na wzrok i słuch, czyli zmysły które wystarczają do w miarę pełnego odbierania rzeczywistości, poda im wszystko jak na dłoni, a im pozostanie cieszyć się czystą rozrywką. Mam wrażenie, iż Refn wie o co jemu samemu chodziło i idzie na przekór temu podejściu, przez co jego film trafi tylko do wąskiego grona odbiorców, a mianowicie tych, którzy po skończonym seansie będą chcieli zagłębić się w świat, jaki został im przedstawiony i nadać mu własny sens. Weźmy na przykład postać Changa (Vithaya Pansringarm). Teoretycznie symbolizuje on samego Boga (albo za takiego się uważa), ponoć mówił o tym sam reżyser. Ja jednak interpretuję tę postać zgoła odmiennie. Dla mnie osobiście jest to bardziej Szatan niż Bóg. Dlaczego? Bo patrząc na współczesny świat, nie wydaje mi się, żeby Bóg był aż tak sprawiedliwy, karząc ludzi adekwatnie do ich występków. Chang jest trochę jak Szatan – demoniczny, ale zarazem intrygujący, w myśl chrześcijańskiej doktryny „wiedzie na pokuszenie” (kogo i dlaczego nie będę zdradzał, zobaczcie sami) i wcale nikomu nie wybacza. Jest bezlitosny i brutalny, a jednak widz czuje zrozumienie dla jego metod, bo tylko one są w stanie przynieść prawdziwą sprawiedliwość. Trochę przychodzi mi tu na myśl cytat z „Mistrza i Małgorzaty” M. Bułhakowa – „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”. Innym ciekawym motywem do rozmyślań i własnej interpretacji jest istota relacji między matką (świetna rola Kristin Scott Thomas) a jej synami (Ryan Gosling i Tom Burke). I takich motywów w filmie jest dużo, co mi osobiście bardzo się podoba.

Nie będę się już rozpisywał nad gra aktorską, bo ta stoi na wysokim poziomie, o czym pisał już Kaczmar, z którym w tej przynajmniej materii w spełni się zgadzam. Doskonała była również oprawa dźwiękowa filmu oraz jej połączenie z obrazem, zdominowanym przez mroczne, nastrojowe ujęcia, które miały chyba momentami pokazać widzowi, jak wygląda prawdziwy koszmar i jakie barwy może przybierać lęk, czysty, pierwotny i wszechogarniajacy.

Summa summarum, do mnie najnowsze dzieło Nicholasa Windinga Refna przemówiło, nie uważam go za przerost formy nad treścią i podejrzewam, że nie jestem w tej opinii odosobniony, nawet jeśli ja i mi podobni jesteśmy mniejszością. Ode mnie jednak solidne 8/10.

Maggot

One thought on “Recenzja: Nie tylko Bóg wybaczy ONLY GOD FORGIVES… ja też.

  1. Piekny i przekonujacy review Tomaszu;) Znasz moj gust filmowy – plytki i absolutnie mozliwie najmniej ambitny – wiec to, ze wg mnie film jest ostatnim gniotem, moze wlasnie potwierdzac wszystkie przedstawione przez Ciebie argumenty;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *