Recenzja: Jeśli do Anglii, to byle nie na LONDON BOULEVARD.

London Boulevard 2010
Reżyseria: William Monahan
Scenariusz: William Monahan
Obsada: Colin Farrell, Keira Knightley, David Thewlis, Ben Chaplin, Ray Winstone
Czas Trwania: 103 min

Po obejrzeniu tego filmu doszedłem do wniosku, że bycie fanem kina i oglądanie dużej ilości filmów może stać się w pewnym momencie przekleństwem. Dlaczego? Ponieważ oryginalnych, dobrze napisanych scenariuszy jest jak na lekarstwo, większość cechuje jednak mniejsza lub większa wtórność, a widza takiego jak ja zaczyna coraz częściej nawiedzać myśl „Gdzieś już to wszystko widziałem”.

Nie inaczej jest w przypadku „London Boulevard”. Historia jest bardzo prosta: główny bohater – Mitchel (Colin Farrell), wychodzi na wolność po odsiadce wyroku z mocnym postanowieniem niepowrócenia już nigdy za kratki, co – jak się zapewne domyślacie – nie będzie tak łatwe, jak by sobie tego życzył. Mamy tu więc typowe dla tego schematu postaci. Jest „życzliwy” kumpel – Billy (Ben Chaplin), który pomaga stanąć na nogi w wolnym świecie, jest boss gangster – Gant (Ray Winstone), który chciałby widzieć Mitchela w szeregach swojej ekipy, a w jego słowniku nie ma takich słów „nie mogę”, „nie umiem”, „mam problem”. Jest wreszcie i kobieta – Charlotte (Keira Knightley), która jest głównym czynnikiem motywującym głównego bohatera do tego, żeby nie trafić znów do paki. Typowe, nieprawdaż?

Aż za bardzo. Fabuła sprowadza się do pokazania jak to Mitchel walczy z przeciwnościami losu, żeby tylko nie wrócić na złą drogę. Poza faktem, że Charlotte nie jest jakąś dawną miłością, którą Mitchell zostawił na wolności, a aktorką/modelką, którą zgodził się za kasę ochraniać, fabuła jest przewidywalna do bólu. To samo tyczy się postaci, każdy bohater jest taki, jaki powinien być biorąc pod uwagę historię jaka jest widzowi opisywana. Nie pomaga w tym wszystki gra aktorska, która jest bezbarwna, pozbawiona emocji i najzwyczajniej w świecie nudna. Aktorzy nie byli w stanie stworzyć żadnej więzi z widzem, właściwie to było mi wszystko jedno, co się z kim działo, jakoś nie byłem w stanie komukolwiek z czystym sumieniem kibicować. Wyjątkiem był chyba tylko David Thewlis w roli Jordana, na pozór zblazowanego i znudzonego wszystkim dekadenta, przyjaciela głównej bohaterki.

Ale tak naprawdę największą wadą tego filmu (no chyba że widz chował się w szemranych dzielnicach Londynu) jest język, jakim porozumiewają się bohaterowie, a przynajmniej ci należący do kryminalnego półświatka. Neskromnie uważam moją znajomość angielskiego za naprawdę dobrą, ale „London Boulevard” mnie przerósł. To co słyszymy to jeden wielki, niechlujny bełkoto-mamrot, przez który bohaterowie brzmią, jakby mieli wadę wymowy a do tego byli świeżo po wizycie u dentysty, celem rwania zębów. Wspomaganie się obserwowaniem ruchu ust aktorów niewiele pomaga. Przestroga dla wszystkich chcących obejrzeć film w oryginale, bez polskich napisów: zastanówcie się dobrze, bo możecie mieć problemy z nadążaniem za fabułą, mimo jej prostoty.

Podsumowując, „London Boulevard” nie jest zbyt dobrym filmem, jest nudny, przewidywalny i przeciętnie zagrany. Nie jest to jednak film wybitnie zły, może być alternatywą dla bezczynnego siedzenia i dłubania w nosie. Ja jednakże nie polecam. 5/10

Maggot

3 thoughts on “Recenzja: Jeśli do Anglii, to byle nie na LONDON BOULEVARD.

  1. Ech Tomaszu.. i znow nie zgadzamy sie w opinii… Bez wiekszego zglebiania tematu:
    – nazwij mnie plytkim, ale ja kibicowalem glownemu bohaterowi i podobala mi sie wlasnie ta jego „plaskosc” zachowan, ktora opisujesz jako bezbarwna i nudna. Wg mnie swiadczyla o tym, ze chlopak jest zdeterminowany, wie co musi zrobic i to robi, bez zbednych dramatow.
    – nazwij mnie maloambitnym, ale fabula dala rade mnie wciagnac, a twist na koncu, choc faktycznie mozna sie go bylo skads spodziewac, szczerze mnie zaskoczyl
    – Jordan zagrany jest bezblednie;)
    – ogladalem w oryginale – nie obylo sie bez kilku przewiniec, ale w sumie dalem rade zrozumiec conajmniej wiekszosc kwestii mowionych;)

    Wg mnie film jest zrobiony w stylu „londynskim”, a to niesie ze soba pewne konsekwencje. Ja polecilbym go komus, kto szuka pomyslu na wieczor, dodatku do dostarczonej wlasnie pizzy;)

    1. Nie nazwę Cię ani płytkim ani mało ambitnym. Celem tej recenzji (ani którejkolwiek z pozostałych) nie jest na pewno sugerowanie komuś, że się nie zna albo pozbawiony jest dobrego smaku, jeśli nie zgadza się z autorem. Poza tym, nudno by było, gdyby się wszyscy ze sobą zgadzali, prawda? 😉

Odpowiedz na „maggotAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *