The Wolverine 2013
Reżyseria: James Mangold
Scenariusz: Mark Bomback, Scott Frank
Obsada: Hugh Jackman, Tao Okamoto, Rila Fukushima, Hiroyuki Sanada, Svetlana Khodchenkova, Wil Yun-Lee
Czas Trwania: 126 min


Nosz kurwa … przepraszam za ten wstęp, ale mam kłopot z bardziej odpowiednim doborem słów, żeby opisać w pełni moje uczucia po piątkowym seansie THE WOLVERINE. Zacznijmy od godziny. Z jakiegoś powodu Multikino uznało, że seanse 2D są tylko dla meneli i dla dzieci. Jak inaczej wytłumaczyć, że godziny tych seansów generalnie oscylowały o 9-10 rano i 22? Nie chcę tutaj marudzić i narzekać na swoje życie, ale jak się pracuje całymi dniami, ma dwójkę dzieci i w dodatku jest się w trakcie przeprowadzki to ciężko jest po godzinie 23 utrzymać oczy otwarte. Druga połowa filmu była wobec tego walką z sennością. Walką, którą ja wygrałem, ale moja ukochana niestety nie.

To i tak nie był największy problem. Najgorsza była klimatyzacja. Na zewnątrz może już nie upał (w końcu to 22ga) ale było bardzo ciepło, więc poszedłem w krótkich spodenkach i t-shircie i co? I do dzisiaj mam nos zatkany, bo wymarzłem tam do tego stopnia, że pod koniec filmu to chyba wyglądałem tak:
the_shining_jack_nicholsonW pewnym momencie nawet postanowiłem pożegnać się ze swoją męskością i wsadziłem obie ręce pod koszulkę, bo nie byłem w stanie wytrzymać. Strasznie mi to wszystko psuło odczucia, bo oglądałem film uważnie jednak i widziałem, że to co się dzieje przede mną na ekranie mi się podoba, ale jakoś do mnie to nie docierało.

A szkoda, bo film był naprawdę dobry. Na starcie powtórzę coś, co pisałem w ubiegłym tygodniu w NA CO DO KINA?, że nigdy nie miałem takiej obsesji na punkcie Wolverina jak niektórzy moi znajomi. Należy do tego dodać niesmak, który pozostał po seansie X-MEN ORIGINS: WOLVERINE i jakoś tak nie czułem parcia, żeby na ten film się wybrać. Zaintrygowała mnie tak naprawdę dopiero postać reżysera Jamesa Mangolda, twórcy kapitalnego WALK THE LINE. Wiedziałem dzięki temu na starcie, że cokolwiek by się nie działo, film nie będzie pozbawiony stylu. Tak też się stało. Sceny akcji wzbudzały zachwyt (kapitalną była decyzja, żeby scenę bijatyki na dachu pędzącego pociągu pokazać bez muzyki w tle), a sceny spokojniejsze, bardziej skupione na postaciach pozwalały na oddech i na odrobinę skupienia.

W tym akurat duża też zasługa scenarzystów, którzy zdecydowali się (albo za nich zdecydowano, nigdy do końca w Hollywood nie wiadomo), żeby akcję filmu umieścić po wydarzeniach z filmu X-MEN: THE LAST STAND. Dzięki wydarzeniom z zakończenia tamtej odsłony widzowie mieli szansę zobaczyć tutaj Wolverina po sporych przejściach, dla którego nieśmiertelność staje się przekleństwem. Wciąż żywe wspomnienia Jean Grey (Famke Janssen w fajnym epizodzie) i tego co jej zrobił nie pozwalają mu spać i sprawiły, że stał się odludkiem. Przyznam szczerze, że w ten sposób złamany superbohater jest o wiele bardziej wiarygodny w swojej depresji niż Tony Stark z IRON MANA 3.

Hugh Jackman jak zwykle nie zawiódł. Z filmu na film (a jest to już jego szóste wystąpienie w tej roli licząc epizod w X-MEN: FIRST CLASS) robi się coraz lepszy, zdaje się głębiej poznawać tę postać i ma przy tym coraz więcej ubawu. Reszta obsady również była w porządku, ale największą uwagę przykuła Tao Okamoto. Zagrała swoją postać z taką wrażliwością i urokiem, że nietrudno było zrozumieć czemu między nią a Loganem doszło do zbliżenia.

Naprawdę mi się ten film podobał. Myślę, że gdyby nie okoliczności, to dostałby ode mnie jeszcze większą ocenę, a tak ma niestety te pół punktu mniej. Być może obejrzę go kiedyś jeszcze raz i wtedy wrócę tutaj, i zweryfikuję swoją ocenę 😉 Dla fanów Wolverina pozycja obowiązkowa, a fanom dobrych filmów akcji najzwyczajniej w świecie polecam.

Kaczmar

P.S. Nie ważcie się nawet wychodzić z kina na początku napisów. W ich trakcie jest jedna dodatkowa scena, która sprawia, że przyszłoroczne X-MEN: DAYS OF FUTURE PAST nie mogą zawitać na ekranach wystarczająco szybko 😀