Recenzja: R.I.P.D. powinno pozostać pochowane głęboko pod ziemią!!

RIPD poster

R.I.P.D. 2013
Reżyseria: Robert Schwentke
Scenariusz: Phil Hay, Matt Manfredi
Obsada: Ryan Reynolds, Jeff Bridges, Kevin Bacon, Mary Louise-Parker
Czas Trwania: 96 min

Dawno takiej masakry w kinie nie widziałem. Powiem więcej: jest sierpień, a ja obstawiam, że RIPD jest najgorszym filmem, który obejrzę w tym roku w kinie. Szkoda straszna, bo jakby spojrzeć na części składowe, to film mógł być naprawdę dobry.

Po pierwsze fabuła, nic oryginalnego, wręcz żywcem zerżnięte z MEN IN BLACK, ale na dobrą sprawę mogło to właśnie posłużyć za zdrową konkurencję dla Facetów w Raybanach. Niestety, na dość ciekawym pomyśle się skończyło. Nic się tutaj kupy nie trzyma. Dziur w logice jest tutaj więcej niż wiosną na polskich drogach. O postaciach wiemy absolutnie minimum, co najbardziej irytuje przy postaci odtwarzanej przez Jeffa Bridgesa. Idea połączenia współczesnego bostońskiego policjanta i szeryfa z Dzikiego Zachodu brzmi kapitalnie i mogła być źródłem naprawdę wielu zabawnych i ekscytujących scen – nie zrobiono z tym jednak nic.

Po drugie – właśnie obsada. Jeff Bridges jest klasą samą w sobie, o nim za dużo pisać nie trzeba. Ryan Reynolds też jest szalenie uzdolnionym aktorem, co pokazał w filmach nie tylko komediowych, ale i nieco poważniejszych takich jak BURIED. Na deser mamy skądinąd świetnych Mary Louise Parker i Kevina Bacona. Niestety, wszyscy grają poniżej poziomu żenady. Może z wyjątkiem Bacona, który chyba jako jedyny był w pełni świadomy tego w jakim kiczu gra i postanowił przynajmniej się odrobinę zabawić na planie. Bridges też się stara, ale jego maniera bardzo szybko zaczyna irytować. Reynolds natomiast był ewidentnie średnio zainteresowany tym co robi i tak naprawdę lunatykuje przez cały film. Tytuł najgorszej roli w tym przeboju przypada jednak Parker, która wyglądała na tak masakrycznie znudzoną i zniesmaczoną, że aż źle się robiło na jej widok.

Muszę też wspomnieć o efektach specjalnych. To co zobaczyliśmy na ekranie byłoby śmiechu warte w latach 90tych, a co dopiero teraz. Serio, kto uznał, że w momencie, w którym na ekranach szaleją przeboje typu PACIFIC RIM lub MAN OF STEEL można wypuścić do kin coś co wygląda jakby było żywcem wyjęte z WIEDŹMINA z Michałem Żebrowskim? Ja rozumiem, że nie miało to być mroczne kino, tylko konwencją bardziej nawiązywać do pozytywnych komiksów, ale trochę chyba przesadzili.

Na koniec opowiem o największej zbrodni tego filmu – totalnym braku humoru. To miała być z założenia komedia. Usilnie nas do tego przekonywały wszystkie trailery i miny Bridgesa. Nie uśmiałem się jednak ani razu. Mówię zupełnie serio, raz czy dwa na mojej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu, ale odgłosu nie wydobyłem z siebie ani razu przez całe 96 minut trwania filmu. Chyba, że wzruszającą historię Roya, o tym jak jego czaszkę wyruchały kojoty można uznać za zabawną … to ja się po prostu nie znam.

Dawno z dziewczyną nie wyszliśmy z filmu tak wkurzeni. Wydaliśmy w sumie 46 zł na bilety, sprowadziliśmy moich rodziców do opieki nad dziećmi i jak się okazuje wszystko to poszło na marne. Zmarnowany czas i zmarnowana kasa.

1Kaczmar

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *