Recenzja: WHITE HOUSE DOWN – moje kciuki w górę!

White House Down 2013
Reżyseria: Roland Emmerich
Scenariusz: James Vanderbilt
Obsada: Channing Tatum, Jamie Foxx, Maggie Gyllenhall, James Woods, Jason Clarke, Richard Jenkins
Czas Trwania: 131 min

Pamiętam jak byłem mały (miałem ok 8 lat) i obejrzałem ze swoim śp dziadkiem po raz pierwszy DIE HARD. Wtedy był to dla mnie po prostu fajny film i chyba była bardziej zajarany tym, że dziadek pozwolił mi na oglądanie czegoś, co ewidentnie było filmem dla dorosłych niż tym co się działo przede mną na ekranie. Im starszy się robiłem i im więcej świąt Bożego Narodzenia mijało, tym coraz bardziej doceniałem ten film. W końcu jak byłem nastolatkiem, to zakochałem się w koncepcji „jeden człowiek kontra terroryści” i zacząłem pochłaniać wszystkie jej twory. UNDER SIEGE, SUDDEN DEATH, PASSENGER 57, SPEED … itp Pamiętam jak wyobrażałem sobie, że też się kiedyś znajduję w takiej sytuacji i moim zadaniem jest uratować wszystkich. Świetna sprawa 🙂 Ostatnio było tych filmów zdecydowanie mniej. Dlatego tak bardzo się ucieszyłem na wiadomość, że w tym roku zobaczę nie jednego, a dwa klony DIE HARD. Zgadza się, jestem jedną z tych osób, którym totalnie nie przeszkadza, że WHITE HOUSE DOWN i wypuszczony przed paroma miesiącami OLYMPUS HAS FALLEN to praktycznie ten sam film, z czego jeden jest zrobiony „na serio”, a drugi z przymrużeniem oka.

Muszę też zaznaczyć, że jako widz nie mam, nigdy nie miałem i nie będę miał problemu z rozgraniczeniem filmów na bazie tego, co chcą widzom dostarczyć. Jeżeli film nie sili się na nic wyjątkowego, głębokiego i nad wyraz inteligentnego, to nie mam zamiaru twórców za to winić. Osobiście jestem zdania, że tzw bezmyślna rozrywka jest ludziom szalenie potrzebna i chwała tym filmowcom, którzy takową pragną nam dostarczyć. Dlatego mam nadzieję, że moja wysoka nota dla WHD nie będzie dla Was zaskoczeniem.

Jak już napisałem,  podstawową rzeczą, która tutaj zadziała na korzyść tego filmu, to właśnie ta nostalgia za dobrym kinem akcji, w którym sceny walk i strzelanin były tak samo ważne jak główny bohater. Jeżeli był to ktoś, komu chcieliśmy kibicować i kogo autentycznie polubiliśmy, to film od razu wskakiwał parę oczek wyżej. Powiem Wam, że odkąd obejrzałem 21 JUMP STREET, to jestem wielkim fanem Channinga Tatuma. Uważam, że koleś ma olbrzymi potencjał i szansę, żeby zostać prawdziwą gwiazdą Hollywood. Co do jego zacięcia do ról poważniejszych, to oprócz rewelacyjnego MAGIC MIKE niewiele widziałem, żeby móc coś jednoznacznie stwierdzić, ale pokładam w nim nadzieje. Tutaj nie zawiódł. Jego John Cale jest właśnie takim młodszym bratem Johna McClane’a. Podobne podejście do zbirów, podobne poczucie humoru i podobny podkoszulek. Podejrzewam, że dużo zależy od Waszego podejścia do tego aktora. Mam paru znajomych, którzy nie widzą go po prostu w takich rolach. Dla nich jest ślicznym chłoptasiem i niczym więcej. Jeżeli podzielacie to zdanie, to film może się Wam średnio podobać. Nie przekreśli to jednak zupełnie, gdyż Tatum nie jest sam na ekranie. Większość czasu towarzyszy mu Jamie Foxx w roli prezydenta Sawyera. Po obejrzeniu zwiastuna trochę się obawiałem, że zrobią z niego parodię Obamy. Czarny prezydent, który martwi się o swoje Jordany. Na szczęście tego typu strzały występowały rzadko, a przez większość czasu Foxx bardzo wiarygodnie pokazywał dostojność i charyzmę, którą powinien być obdarzony przywódca wolnego świata.

Sceny akcji również nie rozczarowywały. Co prawda było widać dużo pracy komputera (większość scen była kręcona w studio na zielonym tle) ale nie brakowało im rozmachu. Gdyby wyglądało to inaczej byłbym bardzo zdziwiony biorąc pod uwagę to, że na stołku reżysera zasiadł Roland Emmerich twórca INDEPENDENCE DAY, THE DAY AFTER TOMORROW oraz 2012. Delikatnej ręki nikt mu nigdy nie zarzucił. W sumie to w porównaniu do jego poprzednich filmów ten jest wręcz odrobinę stonowany. Na marginesie dodam, że film jest szalenie amerykański. Wiem, czego się można było spodziewać po filmie, gdzie jeden z głównych bohaterów to prezydent, ale momentami naprawdę się to robiło ciężkie do zniesienia. Zastanawiam się skąd u Niemca Emmericha takie zamiłowanie do patriotyzmu w wersji Made in USA?

Jak każdy zapewne wie, dużo w filmie akcji zależy od czarnego charakteru. W tym dziale też nie było źle. Jason Clarke (ZERO DARK THIRTY) stał się szalenie interesującym aktorem charakterystycznym i tutaj po raz kolejny daje popis swoich możliwości. Nie jest to może ten sam poziom co Alan Rickman jako Hans Gruber w DIE HARD, ale nie jest źle.

Tak naprawdę mój jedyny zarzut do tego filmu, to ta gówniana klasyfikacja PG-13, którą film został obdarzony przez MPAA. Tutaj przewagę zdecydowanie ma OLYMPUS HAS FALLEN. Scenom akcji i strzelaninom brakowało trochę „mięsa”, a ugrzeczniony do granic możliwości język głównych bohaterów też momentami irytował. John Cale niby jest wzorowany na McClane, ale brakuje mu tego pazura, za który pokochaliśmy postać graną przez Bruce’a Willisa. Szkoda, bo gdyby trochę pojechali po bandzie i nie bali się przekraczania granicy, to filmowi by to na pewno wyszło na dobre.

Tak jak napisałem jednak na początku, film się oglądało bardzo dobrze. Spędziłem miło wieczór i moja sympatia dla Channinga Tatuma dalej rośnie. Oby się chłopak nie zepsuł. Polecam na chłodny zimowy wieczór.

Kaczmar

 

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *