Recenzja: Scar The Martyr – „Scar The Martyr”

Scar The Martyr
Premiera 01.10.2013
Czas Trwania 1:14:12
Henry Derek Wokal
Jed Simon Gitara
Kris Norris Gitara
Kyle Konkiel Bas
Joey Jordison Perkusja
Joey Blush Klawisze

Z przykrością obserwuję, że źle dzieje się ostatnimi czasy w obozie „Slipknot”. Najpierw śmierć założyciela zespołu, basisty i kompozytora Paula Grey’a w 2010 r. Ostatnio natomiast rewelacje z końca 2013 r. o wydaleniu z szeregów zespołu perkusisty Joey’go Jordisona. A do tego buńczuczne zapewnienia, że zamaskowana machina zamierza przeć do przodu, nie zważając na te przeciwności losu, w co niestety coraz trudniej mi uwierzyć. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ osobą odpowiedzialną za opisywany tu przeze mnie debiutancki album Scar The Martyr jest właśnie Joey Jordison, pomysłodawca i założyciel tego nowego projektu muzycznego. Nowe dziecko pana „1” (numer Jordisona w Slipknot) przyszło na świat w 2013 r. jako projekt poboczny w regularnej działalności artystycznej Joey’ego. Do składu zwerbował kilku bardziej, kilku mniej znanych szerokiej publiczności muzyków, m.in. Jeda Simona, grającego niegdyś w Strapping Young Lad. I ten oto twór w tymże samym roku wydał debiutancki album noszący tytuł identyczny jak nazwa zespołu.

Czego zatem doświadczymy odpalając sobie album Jordisona i s-ki? Na początek wita nas intro o ambitnym tytule… „Intro”. Oryginalnie, nieprawdaż? Nie będę się dłużej na owym intrem rozwodził, podsumuję krótko – słabe, bezużyteczne i kompletnie niepotrzebne. Na szczęście jest króciutkie i zaraz potem przechodzimy do pierwszego właściwego utworu – „Dark Ages”. Kiedy usłyszałem pierwsze, z daleka pachnące industrialem dźwięki, poczułem się autentycznie zaintrygowany. Brzmienie gdzieś z pogranicza Static-X i Fear Factory. Pomyślałem sobie „może być naprawdę fajny materiał”. Ciężkie, niskie, mocarnie brzmiące gitary, gęste, wyraziste riffy, bardzo solidne, bijące po uszach brzmienie perkusji. Nie wiedziałem jeszcze wtedy jak bardzo się mylę. „Dark Ages” przysłowiowymi „dobrymi, złego początkami”. Uprzedzając fakty – pary wystarczyło Joey’emu i koleżkom tylko na ten utwór. No dobra, przesadzam, nie tylko na ten, ale to trochę jak ze skoczkiem narciarskim, który świetnie wybił się z wyskoku, a potem nie złapał dobrego wiatru pod narty i wylądował daleko od punktu K (nie mylić z G). Lot niby po drodze próbował korygować, ale wiadomo, że punktów za odległość mało. Ale po kolei.

Żebym nie był jak ten Bolek co to siał defektyzm, zacznę może od pozytywów, zanim przejdę do lekkiego nad tym albumem się znęcania. Jest tu bowiem trochę dobrej muzyki. „My Retribution” jest jednym z lepszych kawałków – spójny, nie wydłużany na siłę, czyste wokale nie drażnią, jak ma to miejsce w przypadku wielu innych utworów. Potwierdza tylko, że odpowiednia długość piosenki robi różnicę. Nienajgorszy jest również „Blood Host”, tylko w tym wypadku melodyjny refren psuje nieco bardzo dobre wrażenie jakie robią ostre zwrotki. Najbardziej urozmaiconym muzycznie utworem jest chyba „Anatomy Of Erineyes”, z przyjemnie wkręcającym się, trochę niepokojącym klimatem zwrotek i podniosłymi refrenami oraz bardzo oryginalnym jak na ten album bridgem. I co najważniejsze, w odróżnieniu od bardzo wielu utworów na tej płycie, nie nudzi się.

Dobra, był miód, czas na dziegieć i to nie tylko przysłowiową łyżkę. Na „Scar The Martyr” pełno jest utworów, które swoją nijakością po prostu męczą, jak na przykład „Soul Disintegration”, „Cruel Ocean” czy „Preyer For Prey” (z irytującymi dzwoneczkami w tle refrenu), gdzie wszystko sprowadza się do „raczenia” słuchacza pseudo-ciężkim, nieznośnie melodyjnym, czasem wręcz ckliwym graniem, któremu brak jakiegokolwiek polotu czy prawdziwego, a nie udawanego pazura. Próbując zrecenzować „Scar The Martyr” ciężko tak na prawdę wymieniać jakieś poszczególne utwory, bo większość z nich zlewa się w jedną, trudną do przełknięcia masę. Choć przepraszam, o jednym utworze zdecydowanie można, wręcz trzeba wspomnieć – „White Nights In A Day Room”. Jest to power-ballada, która pasuje do całego albumu jak świni siodło i nawet dynamiczna, agresywna końcówka jej nie ratuje. Ale to właśnie nuda jest największą wadą „Scar The Martyr”. Album trwa 1 godzinę i 14 minut, a jest na nim łącznie 14 utworów. Niestety twórcom po prostu zabrakło dobrych pomysłów, żeby wypełnić owe utwory muzyką, która nie pozostawi słuchacza w stanie znużenia. Uważam, że gdyby zmniejszyć liczbę piosenek, jak i ich średni czas trwania o 1/3, to mogłoby to być naprawdę ciekawe, przyjemne w odbiorze wydawnictwo, zapadające w pamięć na dłużej niż kilkanaście minut. Ale stało się inaczej.

To, do czego nie można się przyczepić to realizacja albumu w kontekście technicznym. Gitary brzmią ciężko i soczyście, perkusja jest bardzo wyrazista, pochwała należy się również Henry’emu Derekowi, który obdarzony jest całkiem niezłym głosem, pozwalającym mu na swobodne przechodzenie od partii bardzo szorstkich i agresywnych do czystych i melodyjnych. Niestety to wszystko można porównać do wręczenia mojemu tacie (którego z tego miejsca pozdrawiam) smartphone’a najnowszej generacji. No niby z niego zadzwoni, ale nie będzie w stanie wykorzystać w pełni drzemiącego w nim potencjału. Muzyka na „Scar The Martyr” podobna jest trochę do drugiego albumu „Divine Heresy”, nie dorównuje jednak kapeli Dino pod względem dynamiki oraz jakości partii gitar i perkusji. Joey Jordison nie zwykł poniżej pewnego poziomu schodzić, ale jego bębnienie na tej płycie zdaje się być zachowawcze, brakuje polotu czy odrobiny szaleństwa. W wielu utworach gra sprowadza się do cięcia riffami w rytm centralek, ale jak to jednak mówią – „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie” i co sprawdza się dla np. Fear Factory, tu nie działa już tak dobrze.

„Scar The Martyr” nie jest najgorszą płytą jaką w życiu słyszałem, ale na czele peletonu na pewno nie jedzie. Niestety panuje na niej wszechobecna nijakość, utwory są zbyt długie i monotonne, by czas jej trwania skutecznie zapełnić. Może znajdzie się ktoś, komu album przypadnie do gustu, ja niestety nie zaliczam się do tego grona. Jest on dla mnie swoistą mieszanką Static-X, Disturbed, kilku bliżej nieokreślonych kapel nu-metalowych i metal-core’owych, która – mam wrażenie – z muzyki każdego z wymienionych czerpie akurat więcej tego co gorsze, niż tego co się sprawdza. Na pewno moje życie nie zubożeje, jeśli „Scar The Martyr” przestanie gościć w moim odtwarzaczu. Chyba posłucham sobie „Iowa” Slipknot, by przypomnieć sobie jak potrafi grać Joey Jordison i jak już w szeregach tej formacji raczej grać nie będzie.

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *