Recenzja: Behemoth – „The Satanist”

The Satanist
Premiera 04.02.2014
Czas Trwania 44:17
Adam „ Nergal" Darski Gitara, wokal
Tomasz „ Orion" Wróblewski Bas
Zbigniew „ Inferno" Promiński Perkusja
Patryk „ Seth" Sztyber Gitara

Jak już się drodzy czytelnicy zapewne za pośrednictwem Facebooka dowiedzieliście, nie tak dawno razem z klubowym kolegą Kaczmarem urlopowaliśmy się w pięknej Norwegii. Kraj ten słynie z fiordów, troli, śmiesznie niskich kar za wielokrotne zabójstwo i – last but not least – black metalu. Cóż, na ośnieżonych zboczach górskich nie wypatrzyłem ani wspomnianych wcześniej mitycznych stworzeń, ani Abbatha z kumplami z Immortal. Dla niewtajemniczonych poniższy teledysk.

Anyway, jak najlepiej po takiej wyprawie wrócić na łono tejże strony, jeśli nie opisując coś z gatunku muzycznego tak w Norwegii popularnego? Pozostaję jednak na podwórku lokalnym, a na tapetę biorę jeden z najpopularniejszych za granicą polskich, muzycznych towarów eksportowych, jedyny w swoim rodzaju, na równi kochany i nienawidzony, Behemoth.

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie zamierzam poruszać tu tematu Dody, „The Voice Of Poland”, darcia Biblii czy procesów sądowych. Zainteresowanych tymi tematami zapraszam na portale plotkarskie, mnie interesuje przede wszystkim muzyka i wyłącznie na niej skupiam się w niniejszej recenzji. A ta dotyczy najnowszego albumu zespołu – „The Satanist”.

Na dziesiąte, pełne studyjne wydawnictwo Nergala i s-ki trzeba było czekać długie 5 lat, ale w końcu, ku uciesze fanów i mojej, ukazało się. Oczekiwania były wysokie, wszyscy byli ciekawi jak brzmieć będzie Behemoth po przymusowej przerwie spowodowanej chorobą lidera, ponownym schodzeniu się zespołu, wznowieniu prób, koncertów. Zastanawiano się, czy pozamuzyczne doświadczenia tych kilku lat wpłyną na muzykę grupy, a jeśli tak, to w jaki sposób. No i oczywiście czy „The Satanist” dorówna swojemu poprzednikowi – „Evangelion” z 2009 r. Jako jeden z tych oczekujących, który się doczekał, spróbuję rzucić trochę światła na całą sprawę.

In Flames nagrali kiedyś album „Soundtrack To Your Escape” i faktycznie, brzmiał on tak, że chciało się od niego jak najdalej uciekać. Najnowszy LP Nergala i s-ki mógłby spokojnie nazywać się „Soundtrack To Armageddon”. Już pierwsze dźwięki gitar w otwierającym album „Blow Your Trumpets Gabriel” brzmią jak anielskie trąby zwiastujące nadejście Sądu Ostatecznego. Utwór toczy się jak ciężki, posępny walec, po czym, po krótkim wyciszeniu, atakuje słuchacza istną ścianą dźwięków, które brzmią jak cierpienia wszystkich ziemskich dusz płonących w oczyszczającym ogniu Dnia Sądu. Rwane riffy położone na fundamencie wściekłego blastu, w tle chóry, a na pierwszym planie wrzask Nergala. Nie jest to muzyka łatwa i przyjemna w odbiorze, trzeba wytężyć zmysły i skupić się, by wychwycić wszystkie jej składowe. Wyciszone zakończenie utworu to tylko przysłowiowa cisza przed burzą, jaka rozpętuje się wraz z rozpoczęciem „Furor Divinus”, soczystej, blackowej jazdy. Utwór krótki, ale do rzeczy, cholernie szybki i bezkompromisowo wściekły od pierwszej do ostatniej sekundy. Następnie na ruszt trafia „Messe Noir” o bardziej epickich i majestatycznych inklinacjach, które momentami przeistaczają się w krwawą, „czarną, jak dupa Szatana” (jak to kiedyś u Kuby Wojewódzkiego określił sam Nergal) jatkę, by po chwili powrócić na bardziej wzniosły poziom. Do tego nie można zapomnieć o zamykającej utwór solówce, która brzmi jakby była wyjęta z kompletnie innej, bardziej rock’n’rollowej bajki. Następny na liście to mój ulubiony na całej płycie „Ora Pro Nobis Lucifer”. Takich, w sumie nieskomplikowanych, ale niesamowicie dynamicznych i pierwotnie, naturalnie agresywnych strzałów brakowało mi na ostatnich albumach grupy. Ale parafrazując słowa jednej z ewangelii: „czekajcie, a będzie Wam dane”. Szybkie, melodyjne riffy, równo i energicznie napierdalająca perkusja Inferno, oszczędne solówki, prosty bridge, a do tego wszystkiego wściekły ryk Nergala. Moje pierwsze skojarzenie po usłyszeniu tego utworu, jeszcze przed premierą płyty, powiązało go z „Chant For Ezkaton 2000 e.v.”, który po prostu uwielbiam. Zresztą, mniejsza o skojarzenia, kawałek miażdży i tak ma być! Czasu na wytchnienie brak, bo piekielny kocioł bulgoce dalej w rytm „Amen”. Gdy usłyszałem ten utwór pierwszy raz, pomyślałem, że odtwarzacz zrobił mi psikusa i przeskoczył na „Defilig Morality Ov Black God” z „Evangelion”, tak podobne są początkowe partie obu utworów. „Amen” jest jednak o wiele ciekawszy i bardziej rozbudowany od swojego dwujajowego bliźniaka. Gniewny, wiedziony przez dziki blast, z nietypowym, naznaczonym elektroniką, spowolnionym bridgem, jeden z mocniejszych punktów płyty. Następny na liście utwór tytułowy, za sprawą swoich melodyjnych, okraszonych klawiszami zwrotek, bardzo zalatuje mi epickimi, skandynawskimi klimatami, choć Bathory to to nie jest. Końcowy, rozpędzony fragment utworu, przygotowuje nas na kolejny mocny punkt „The Satanist”, czyli „Ben Sahar”. Jest to utrzymany w średnio-szybkim tempie, naznaczony szczyptą orientu monumentalny walec, który miażdży bezlitośnie swoim ciężarem przez pięć i pół minuty. Absolutne cudeńko, jeden z moich ulubionych utworów na płycie. Po chwili wsiadamy znowu do napędzanego opętańczym blastem ekspresu pod tytułem „In The Absence Ov Light”. Pociąg pędzi aż miło, jednakże w pewnym momencie zatrzymuje się na środku spowitego ciszą pustkowia, a naszych uszu dobiega recytowany przez Nergala fragment dramatu „Ślub” Witolda Gombrowicza, będący zawarciem w małej pigułce przesłania całego albumu. No i na sam koniec pozostaje tylko wieńczący całość „O Father O Satan O Sun!”, najdłuższy spośród wszystkich utworów na płycie. Jest to tak naprawdę miniaturka całego „The Satanist”, znajdziemy tu wszystkie elementy przewijające się przez album. Są chóry, są klawisze, są partie cięższe i szybsze, jak również wolniejsze, bardziej epickie. Słyszałem opinie, że jest lepszy od „Lucifer”, który zamykał poprzednie wydawnictwo grupy – „Evangelion”. Osobiście się z nimi nie zgadzam, uważam, że geniuszu „Lucifer” nie da się już przebić, ale „O Father O Satan O Sun!” nadal pozostaje cholernie dobrym kawałkiem ciężkiego grania, idealnie wieńczącymn cały album. Tych, którzy dotrwali do tego miejsca, przepraszam, za to że się tak rozpisałem, ale… A w sumie, co mi tam. Mogę to piszę, w końcu taka jest idea ajgiwefak.

Co do brzemienia płyty, to mogę powiedzieć tylko jedno – jest prawdopodobnie najlepsze spośród całego studyjnego dorobku zespołu. Tłuste, wyraziste, organiczne, nie skażone nadmierną obróbką, nie przeprodukowane, najwyższa światowa półka. Mięsiste gitarowe riffy, położone na solidnym fundamencie genialnie brzmiącej perkusji i umiejętnie wyeksponowanego basu, a wszystko to współgrające w idealnej równowadze. Ktoś może uznać to za jakieś ślepe kadzenie Nergalowi i jego kolegom, ale naprawdę tak świetnie brzmiącej płyty nie słyszałem już dawno i mówię tu o ogóle wydawnictw muzycznych, nie tylko o albumach Behemoth. Do tego oczywiście dochodzi jeszcze wokal Nergala, wściekły, brutalny, ale brzmiący bardzo naturalnie, niewymuszenie i – co najważniejsze – szczerze.

Jeśli chodzi o warstwę liryczną „The Satanist” to odnoszę wrażenie, że już dawno teksty piosenek nie były tak nierozerwalnie związane z muzyką. Myślę, że można tu nawet mówić o swego rodzaju koncept albumie, którego motywem przewodnim jest Biblia oraz – w jej kontekście – konsekwentna, nieugięta manifestacja antyteizmu i intelektualnego satanizmu. Teksty chyba dawno już nie były tak bezpośrednie w swojej symbolice i metaforyczności. Słuchacz na pewno nie będzie miał wątpliwości o co w tym wszystkim chodzi i co autor miał na myśli.

Szczęśliwi nabywcy limitowanej edycji albumu (tak jak niżej podpisany) otrzymają jeszcze płytę DVD, na której znajdą materiały dokumentujące proces powstawania albumu oraz zapis koncertu. Jeśli chodzi o część pierwszą, to zaskoczeni będą Ci, którzy pamiętają zamieszczane w internecie filmowe zapiski z nagrywania dwóch poprzednich albumów zespołu. W niepamięć odeszła luźna atmosfera, żarty i różnego rodzaju naturalne scenki z życia wzięte. Tym razem mamy do czynienia z materiałem w pełni wyreżyserowanym, mającym na celu podkreślenie podniosłości atmosfery panującej na próbach i podczas nagrywania, wniknięcia w duchowe, metafizyczne aspekty powstawania muzyki, ukazania uczuć jakie towarzyszyły muzykom oraz źródeł ich inspiracji. Wszystko fajnie, ale niestety dla mnie było to trochę sztuczne. Nie kwestionuję słów artystów, nie neguję atmosfery jaka panowała podczas prób, nie twierdzę że cokolwiek ubarwiają czy wyolbrzymiają, ale jakoś nie do końca to kupuję. Wolałem ich przedstawianych jako czterech normalnych gości w studio, dyskutujących, śmiejących się, przeklinających, niż jako jakichś kapłanów black metalu, siedzących w ciemnym, wypełnionym świecami pokoju, jak na jakimś okultystycznym rytuale. Ale może tak faktycznie było, nie mnie osądzać. Jak już wspomniałem, na DVD znajdziemy też koncert, a dokładniej rzecz biorąc występ w rosyjskim Jekaterynburgu, 26.09.2012 r. Generalnie nie ma się do czego przyczepić – klasyczna setlista, niezłe brzmienie, przyzwoita scenografia, oświetlenie i inne takie, typowe, koncertowe motywy. Jedyne obiekcje może wzbudzać głos Nergala – albo Adaś miał gorszy dzień, albo inżynier dźwięku dał przysłowiowego „ciała”. Wokal lidera Behemoth brzmi dziwnie charcząco, a do tego jakby był zdławiony, przyduszony. O wiele lepiej na tle swojego kompana wypada Orion. Jakby jednak nie było, jest to nagranie jakąś gratką dla kolekcjonera.

Byłbym zapomniał wspomnieć o tym, jak płyta została wydana. W edycji limitowanej oczy szczęśliwego nabywcy raczy połyskujące, srebrne pudełko, wewnątrz którego kryje się drugie, rozkładane, czarne, okraszone klimatycznymi grafikami, wśród których znajduje się podstawowa okładka albumu autorstwa rosyjskiego malarza i okultysty Denisa Forkasa. Wierzcie mi, wydanie płyty dorównuje poziomem muzyce, a ów jest naprawdę światowy. Ba, zagraniczne zespoły, dysponujące większymi budżetami, mogłyby się od Behemoth uczyć.

Czas zatem na króciutkie podsumowanie. Moim ulubionym albumem Behemoth był do tej pory „The Apostasy” i najnowsze dzieło tego stanu rzeczy nie zmieniło. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to wydawnictwo wybitne, o doskonałym brzemieniu, pokazujące dobitnie, że pokłady kreatywności drzemią w muzykach ogromne, a Behemoth zasłużył na uznanie, jakim cieszy się w kraju i za granicą. Mimo, iż w porównaniu choćby z „Evangelion” muzyka na „The Satanist” jest prostsza kompozycyjnie, to paradoksalnie jest to album trudniejszy w odbiorze i trzeba się z nim odpowiednio oswoić. Jeśli jednak słuchacz nie wymięknie, przyjemność ze słuchania go będzie bardzo duża. Polecam rzecz jasna tylko wąskiej grupie odbiorców.

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *