W bardzo interesujących czasach przyszło nam żyć. W czasach, w których najwięcej ciekawego materiału dociera do nas nie z sali kinowej, tylko z ekranu telewizora. Tak naprawdę to trudno znaleźć przyczynę. Moim skromnym zdaniem przyczyn jest kilka, ale mam wrażenie, że twórcy kinowych przebojów zorientowali się, że film wcale nie musi być dobry, żeby zarobił kupę kasy. Kiedyś było inaczej, bo widownia była bardziej wymagająca. Teraz o ile jest kolorowo, dużo akcji i pięknych ludzi, to reszta się nie liczy. Nie inwestuje się już w scenariusz. Nie mówię, że tak jest w każdym przypadku, ale takich sytuacji dostrzegam coraz więcej. W telewizji natomiast oprócz tzw głupiej rozrywki, czyli serialu pokroju CSI, NCIS czy GLEE, to jest cała masa twórców, którzy walczą o jakość. Świadczą o tym sukcesy takich seriali jak GAME OF THRONES, BREAKING BAD, HOUSE OF CARDS lub THE WALKING DEAD. Najlepszym miejscem dla takich seriali zdaje się ostatnio być HBO. Dlaczego? Otóż na większości innych stacji twórcy są uzależnieni od reklamodawców. Jeżeli serial ma niską oglądalność, to na siebie nie zarobi – banał. W HBO natomiast stacja żyje z abonamentów, więc reklam nie ma w ogóle. Dlatego też oglądalność ich aż tak nie interesuje co jakość tego co puszczają. Najlepszym przykładem na to jest moja ostatnia telewizyjna miłość: TRUE DETECTIVE. Co takiego jest w nim do kochania? Wiele rzeczy. Przede wszystkim serial wita nas tym:

KLIMAT

TD Crime Scene

Już powyższa czołówka pokazuje nam na starcie z czym będziemy mieli do czynienia. Osobiście nie oglądam/czytam jakże popularnych ostatnio skandynawskich kryminałów, ale moja ukochana, która rzeczoną literaturę i kinematografię uwielbia powiedziała, że TRUE DETECTIVE bardzo się w tę konwencję wpisuje. Uprzedzam od razu – to nie jest serial ku pokrzepieniu serc. Nie będziecie mieli po seansie każdego odcinka zbyt wiele pozytywnych emocji. Po pierwszych scenach i rozmowach głównych bohaterów wiemy, że to nie będzie serial o dobrych ludziach i  pięknych miejscach, a o happy endzie możemy raczej zapomnieć. Ten film zaprowadzi nas do najgorszych zakamarków ludzkiej natury. Nawet pozytywne postacie mają swoje za uszami i prędzej czy później ujrzy to światło dzienne.

REŻYSERIA

TD long take

Cary Fukunaga – zapamiętajcie to imię i nazwisko. Ten człowiek wyreżyserował każdy z 8 odcinków pierwszego sezonu i prędzej czy później przebije się do pierwszej ligi podobnie jak teraz przebija się reżyser GAME OF THRONES Alan Taylor. Wszystko w tym serialu jest perfekcyjnie dopięte na ostatni guzik. Prowadzenie aktorów, dobór scenografii, ujęcia, wygląd statystów i epizodystów – po prostu wszystko jest na najwyższym możliwym poziomie. Widać to w każdym odcinku, ale tak naprawdę rzuca się to w odcinku czwartym, gdzie pod koniec mamy prawie 7-minutową scenę akcji nakręconą jednym ujęciem bez żadnego cięcia montażowego. To właśnie z tej sceny pochodzi powyższe zdjęcie. Stopień skomplikowania i efekt końcowy po prostu wbiły mnie w fotel.

SCENARIUSZ

TD Matthew McConaughey

Rzadko kiedy człowiek ma okazję doświadczyć jakości scenariusza na takim poziomie. Czym jest scenariusz? Co się na niego składa? Mówiąc największymi możliwymi skrótami: fabuła i dialogi. W związku z tym powiem tak – fabuła jest świetnie poprowadzona, a dialogi rewelacyjne. Większość dialogów dotyczy religii i życia duchowego. Policjani Hart i Cohle reprezentują dwa zgoła odmienne światopoglądy, ale jednocześnie ich wzajemny szacunek do siebie nawzajem nie pozwala nigdy na to, żeby te rozmowy były czymkolwiek innym jak szczerą wymianą poglądów. Fabuła natomiast zaskoczyła mnie w jednym aspekcie. Przeważnie w tego typu produkcjach jedyną rzeczą, która mnie tak naprawdę interesuje jest główny wątek kryminalny, a wszystko dookoła to dla mnie wypełniacz. Tutaj z kolei życie osobiste bohaterów i ich relacje okazały się dla mnie dokładnie tak samo wciągające jak i rozwiązanie zagadki morderstwa Dory Lane. Patrząc na poziom scenariusza trudno się dziwić aktorom, że postanowili wcisnąć pauzę swoim kwitnącym karierom filmowym, żeby zagrać w tym serialu.

AKTORSTWO

TD Matt Woody

Moje ulubione zostawiłem sobie na deser :) Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak mnie zachwyciło aktorstwo w serialu telewizyjnym. Tutaj wszyscy są świetni, ale największą uwagę zwracają naturalnie odtwórcy głównych ról czyli Matthew McConaughey i Woody Harrelson. Obaj panowie zresztą spotkali się już wcześniej na planie filmu EDtv. Odrobinę większe wrażenie zrobił jednak na mnie Matthew, ponieważ talent Woody’ego jest mi znany już od dawna. McConaughey jednak od zawsze jawił mi się jako taki typowy hollywoodzki piękniś, głównie dzięki rolom w takich filmach jak SAHARA czy HOW TO LOSE A GUY IN 10 DAYS. Ostatnio jednak wszyscy trąbią o niesamowitym zwrocie jaki ten facet dokonał w swojej karierze dzięki kapitalnym rolom w takich filmach jak KILLER JOE, MUD i DALLAS BUYERS CLUB. Nagle się okazało, że facet potrafi grać i robi to w dodatku za-je-bi-ście. Jego Cohle to postać tak skomplikowana i tak złożona, że niejeden aktor nie byłby w stanie się tego podjąć. Różnice między Russem z lat 90tych, a z roku 2012 są niesamowite właśnie dzięki jego grze. Harrelson stanowi natomiast idealną przeciwwagę dla niego … do czasu.

Przepraszam Was jeżeli zbytnio się rozpisałem, ale chciałem Wam jak najdokładniej opisać moje uczucia do tego serialu, ale jednocześnie nie zdradzić zbyt wiele. W tej chwili obejrzałem 5 odcinków, a z tego co słyszałem ostatnie 3 są jeszcze lepsze. Zamysł dotyczący tego serialu jest taki, że o ile HBO zamówi kolejne sezony, to każdy sezon będzie dotyczył innej zagadki i innych bohaterów. Także z wielkim smutkiem pożegnam się z postaciami odtwarzanymi przez Harrelsona i McConaghuey’a, ale z niecierpliwością będę wyczekiwał momentu, w którym HBO ogłosi drugi sezon (a nie mam cienia wątpliwości, że to zrobią) i dowiem się kto będzie w nim grał. Na koniec przedstawiam Wam trailer do TRUE DETECTIVE. Jeżeli jeszcze się nie zorientowaliście, to powiem to wprost – GORĄCO POLECAM!!

Kaczmar