Recenzja: WINTER’S TALE ani ziębi ani grzeje…

Winter's Tale 2014
Reżyseria: Akiva Goldsman
Scenariusz: Akiva Goldsman
Obsada: Colin Farrell, Jessica Brown Findlay, Russell Crowe, William Hurt, Jennifer Connelly
Czas Trwania: 118 min

W sumie to nie wiem co o tym filmie myśleć. Jest to jedna z tych sytuacji, gdzie ocena 5/10 pasuje jak ulał, ponieważ ciężko jest mi się określić w jedną lub w drugą stronę. Tragiczny nie był. Miał w sobie sporo elementów, które sprawiały, że nie uważam tych dwóch godzin za jakoś szczególnie zmarnowane. Z drugiej strony dobrym też bym go nie nazwał. Najlepiej o tym świadczy fakt, że przez większość filmu walczyłem ze snem. Ziewający facet u Twojego boku w kinie – średnio romantyczny obrazek w Walentynki, prawda dziewczyny? No ale przyjrzyjmy się temu co zadziałało, a co nie.

Scenariusz zdecydowanie jest jednym z problemów tego filmu. Nie czytałem książki na podstawie której ten film został nakręcony, więc porównań nie będzie, ale coś czuję, że tam pewne aspekty historii były bardziej „mięsiste.” Nie ukrywam, że część odpowiedzialności za moje rozczarowanie  zrzucam na barki osób odpowiedzialnych za promocję tego arcydzieła. Otóż, po trailerach można było się spodziewać, że film będzie miał w sobie jakieś elementy fantasy, ale nie miałem pojęcia, że tego będzie aż tyle. Idę na film o miłości, a tu ni z gruchy ni z pietruchy oglądam latające konie, anioły, demony i nawet samego Lucyfera w pewnym momencie. Normalnie baśń, tylko zrealizowana w taki sposób, że do mnie to jakoś nie przemawiało przez większość filmu.

Przeważnie staram się nie zwalać w takich sytuacjach całej winy na reżysera, bo mogę zawsze powiedzieć, że nie miał za bardzo z czego zrobić porządnego filmu, bo scenariusz nie dawał szans. Tutaj jednak debiutujący reżyser Akiva Goldsman za podstawę miał scenariusz swojego autorstwa. Pan Goldsman jest niestety też scenarzystą bardzo nierównym, bo obok tak udanych filmów jak A BEATIFUL MIND ma kilka kaszan jak np. BATMAN & ROBIN. Obawiam się, że z czasem WINTER’S TALE zaliczy się bardziej do tej drugiej kategorii. Dialogi są toporne i łopatologiczne a fabuła przeskakuje po różnych elementach z zawrotną prędkością nie pozwalając się widzowi specjalnie nacieszyć żadnym z nich.

Szkoda, bo nie wszystko jest tu złe. Historia jakkolwiek prosta naprawdę mogła zrobić wrażenie i ogrzać serducha niektórym z nas. Mojej ukochanej np. się film bardzo podobał właśnie ze względu na prostotę fabuły i pozytywne przesłanie. Duża w tym zasługa odtwórców głównych ról czyli Colina Farrella i Jessici Brown Findlay. Szczególnie Findlay zwróciła moją uwagę. Byłą tak czarująca w scenach z Colinem, że strasznie żałowałem tego, że nie trafiła na lepszy materiał. Ogólnie aktorsko nie było źle. Drugoplanowy Russell Crowe był bardzo ciekawą postacią i widać po nim było, że się całkiem dobrze bawił na planie. Największym zaskoczeniem okazał się jednak aktor, który zagrał Lucyfera. Jest to bardzo znany aktor, który pojawia się tutaj raptem w dwóch scenach, ale zagrał tę postać świetnie. Nie zdradzę Wam o kogo chodzi, żebyście mieli jakąś frajdę z tego filmu.

Nie wiem czy na starość zrobiłem się bardziej cyniczny, czy ten film po prostu jest odrobinę przesadzony. Było parę śmiesznych fragmentów, główna para czarowała i nawet udało jej się wzbudzić we mnie jakąś drobną chęć kibicowania ich uczuciu, Lucyfer pozostawił pozytywne wrażenie, więc naprawdę ten film nie był porażką na całej linii. Sugerowałbym Wam jednak pozostawienie go sobie na nudny wieczór w domu, a nie na wyprawę do kina.

Kaczmar

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *