RECENZJA: PHILOMENA jest fenomenalna!!

Philomena 2013
Reżyseria: Stephen Frears
Scenariusz: Steve Coogan, Jeff Pope
Obsada: Judi Dench, Steve Coogan, Sophie Kennedy Clark
Czas Trwania:98 min

Bycie ojcem zmieniło wiele w moim życiu. Stałem się bardziej cierpliwy, wyrozumiały, odpowiedzialny i zacząłem chodzić do łóżka o normalnej porze. Nie spodziewałem się jednak, że zmieni to moje spojrzenie na świat do tego stopnia, że przeobrazi mnie w chodzący kłębek emocji, które wydostają się na wolność przy każdej możliwej okazji. Od wczoraj chodzę z uczuciem jakby coś mnie za gardło trzymało i nie chciało puścić. Coś co sprawia, że czuję się, jakbym miał za sekundę się rozbeczeć. Tym czymś jest wczorajszy seans filmu PHILOMENA. Ten film jest w moim skromnym mniemaniu lekturą obowiązkową dla każdego miłośnika dobrego kina, a lekturą bardziej niż obowiązkową dla wszystkich rodziców, w szczególności matek.

PHILOMENA przemówił do mnie na tylu poziomach, że przez większość drogi do domu miałem niezłe zamieszanie w głowie próbując sobie to wszystko poukładać. Jest aspekt rodzicielski, ale też religijny. Ciekawym zbiegiem okoliczności Dziennikarz Martin, który jest ateistą trafił na historię Filomeny, której dziecko zostało odebrane przez zakon, który to dziecko następnie oddał w ręce pewnej amerykańskiej rodziny. Nic więc dziwnego, że część rozmów naszych bohaterów schodzi właśnie na temat istnienia Boga i Jego roli w naszym życiu. Temat ten pochłonął kiedyś sporą część mojego czasu angażując się w bezsensowne debaty z wierzącymi znajomymi na facebooku. Zgodnie z zasadą „ze ślepym o kolorach nie pogadasz” ani ja ani Martin do porozumienia nie doszliśmy. Nie sposób jednak nie być pod wrażeniem siły wiary, którą przejawiła Filomena. W końcu, jeżeli ktoś mógłby mieć dobre powody, żeby czuć nienawiść do Kościoła i religii to jest to właśnie ona. Mimo wszystko jej przeżycia nie złamały jej wiary. Przyznaję się, że cholernie mi to zaimponowało.

To co Filomena przeszła nie ogląda się lekko, zwłaszcza jeżeli jest się rodzicem. Koszmar, którego doświadczyła jest dla mnie nie do wyobrażenia i powiem szczerze, że nigdy nie miałem takiej ochoty na przytulenie swoich dzieci jak po obejrzeniu tego filmu. Raz na jakiś czas zdarzy się taki seans, podczas którego masz ochotę wejść do filmu i przypierd**ić komuś, bo tak mocno Cię wkurzał. Właśnie takie emocje towarzyszyły mi podczas scen z udziałem sióstr z zakonu w Roscrea. Najgorsze jest chyba to, co czytamy podczas napisów końcowych, czyli fakt, że tysiące ludzi do dzisiaj próbuje zlokalizować swoje rodziny, po tym jak zostali swoim rodzicom bezprawnie odebrane, a kochane siostrzyczki sprawy dalej nie ułatwiają. Bardzo chrześcijańskie, prawda? Podobne słowa padły zresztą z ust Martina w scenie pod koniec filmu, kiedy nerwy mu już puściły i nie mógł wytrzymać. To co mnie wówczas zaskoczyło, to postawa samej Filomeny. Powiedziała bardzo prosto „Nie chcę ludzi nienawidzić.” Było to tak cholernie … mądre. Naprawdę, lepsze słowo nie przychodziło mi do głowy. Cała ta scena mnie poruszyła swoją mądrością, bo tak naprawdę zarówno Martin jak i Filomena mieli w tej scenie rację. Absolutnie popieram i rozumiem jej postawę, ale nie sposób zobaczyć przez cały film co Filomena przeszła w związku z poszukiwaniami jej syna i nie mieć 100% pewności, że ta stara wredna sucz zakonna powinna była usłyszeć to co usłyszała … co do słowa.

Właśnie ta historia i jej moc są największym atutem tego filmu. Nie oznacza to, że tzw „sztuka filmowa” została w tym przypadku zaniedbana. Stephen Frears po raz kolejny pokazuje, że wie na co w historiach trzeba zwracać uwagę – na ludzi. Na nich się skupia i pozwala dzięki temu filmowi płynąć, a płynął bardzo lekko i przyjemnie. 98 minut zleciało bardzo prędko i ani na sekundę nie spojrzałem się na zegarek. Czuję się za to naprawdę wdzięczny. Przede wszystkim dziękuję aktorom za to, że pomogli mi się wciągnąć i wzruszyć tą historią. Dziękuję Judi Dench, która nie bez powodu od niedawna funkcjonuje jako Dame Judi Dench za to, że po raz kolejny położyła mnie na łopatki. Jedno spojrzenie, jedno załamanie głosu i ja miałem mokre oczy. Dziękuję Steve’owi Cooganowi za to, że przede wszystkim podjął się zadania, żeby ten film w ogóle powstał (on go wyprodukował i był współ-autorem scenariusza) i za to, że nie bał się oddalić się od swojego dotychczasowego komediowego repertuaru, żeby spróbować swoich sił w czymś zupełnie innym. Jeżeli nie wiecie o co mi chodzi wpiszcie „Alan Partridge” na youtube. Nie ma za co ;)Dench i Coogan byli elektryzujący w swoich rolach. Jak po seansie wsiadłem do samochodu ze swoją mamą (tak, wziąłem swoją mamę na ten film i uważam, że był to jeden z najmilszych wieczorów, które razem spędziliśmy)  to powiedziałem jej „Jeżeli będziesz się kiedyś zastanawiać co czuję w związku z tym, że porzuciłem marzenia o aktorstwie, to między innymi czuję olbrzymi ból, że nigdy nie zagram w takim filmie jak ten.” Oczywiście nigdy w życiu nie byłbym w stanie zagrać w 1/10 tak dobrze jak Dench czy Coogan, ale być częścią czegoś takiego to musi być nie lada przeżycie i na maksa im tego zazdroszczę.

Jak zapewne zauważyliście film mi się strasznie podobał i pozostawił na mnie wrażenie, które podejrzewam będzie mnie trzymać jeszcze przez długi czas. Obudził we mnie strasznie dużo emocji i nie mogę się doczekać aż obejrzę go ponownie. Rzadko wystawiam filmom tutaj 10kę po pierwszym seansie, ale nie mam teraz za bardzo wyboru. Mistrzostwo świata.

Kaczmar

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *