Recenzja: „Metallica Through The Never” – nigdy więcej!

Metallica Through The Never 2013
Reżyseria: Nimród Antal
Scenariusz: Nimród Antal, Metallica
Obsada: Dane DeHaan, James Hetfield, Lars Ulrich, Kirk Hammet, Robert Trujillo
Czas Trwania: 93 min

Prokrastynacja to (cytując wikipedię) „w psychologii patologiczna tendencja do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia.” Dlaczego piszę o tymże zjawisku? Ponieważ najwyraźniej dopadła już jakiś czas temu członków najbardziej chyba popularnego obecnie na Świecie zespołu metalowego. Czym objawia się owa prokrastynacja i co jest jej przedmiotem? Oczywiście chodzi o wydanie nowego albumu, bo o „Death Magnetic” każdy już chyba zdążył zapomnieć, nie tylko dlatego, że jego premiera miała miejsce w 2008 r., ale również z prostej przyczyny, że był po prostu nudny jak flaki z olejem. Żeby więc nie musieć wracać do studia i męczyć się z nagrywaniem nowego materiału, panowie wzięli się za tuzin innych przedsięwzięć. A to po raz tysięczny zjeżdżają świat z kolejnymi trasami koncertowymi, przyciągając fanów takimi chwytami jak granie całego „Czarnego Albumu” w rocznicę jego wydania (coś o tym wiem, bo sam dałem się namówić) albo skrzykiwanie „Wielkiej Czwórki Thrash Metalu”, a to organizują koncert na Antarktydzie, stając się tym samym pierwszym zespołem (teoretycznie, bo kto to udowodni), który zagrał na wszystkich kontynentach, a to znowu ze ś.p. legendą Lou Reedem nagrywają koszmarny, nie nadający się do słuchania album „Lulu”. A teraz jako wisienkę dokładają na czubek tortu prokrastynacji film będący połączeniem zapisu koncertu i… No właśnie. I czego? Trudno jednoznacznie określić tę drugą stronę filmu, ale po kolei.

Fabuła rysuje się bardzo prosto. Trip, młody chłopak wyglądający jak połączenie punka, skate’a i „mam na wszystko wyjebane”, pracuje przy mającym się właśnie odbyć koncercie Metalliki jako goniec. Występ dopiero co się rozpoczął, a ostrzący sobie nań zęby bohater wysłany zostaje w miasto z kanistrem benzyny i arcyważną misją dostarczenia go do ciężarówki, której skończyła się benzyna gdzieś po drodze, a która przewozi nie mniej arcyważny, tajemniczy ładunek, z punktu widzenia koncertu oczywiście. Naturalnie z wielkim zapałem zabiera się za realizację zadania, jednakże niedługo po opuszczenia terenu hali widowiskowej, gdzie gra Metallica, wpada w wir dziwacznych wydarzeń, brutalnych, surrealistycznych i, co najważniejsze, totalnie bzdurnych. W międzyczasie bogowie thrashu grają dla tłumnie zebranej publiczności. I cóż to za występ! Setlista jest dosyć klasyczna, więc oczywiście usłyszymy takie koncertowe pewniaki jak „Master Of Puppets”, „For Whom The Bell Tolls”, „One” czy „Enter Sandman”. Z rzadziej odgrywanych kawałków mamy „Ride The Lightning” czy „…And Justice For All”. Brzmienie jest bardzo zacne, wyraziste, tłuste, aż miło się słucha. Zmysł wzroku nie jest również zaniedbywany, oczy widza cieszy fenomenalna oprawa wizualna: doskonałe oświetlenie, scena na środku hali z wielkimi telebimami służącymi za podłogę, ogromne trumny wiszące nad sceną, na których zamocowane są światła i ekrany, transformatory Tesli naparzające piorunami w przerośnięte krzesło elektryczne, montowany na żywo podczas występu posąg Iustitii, świecące białe krzyże wyjeżdżające spod podłogi, czy wreszcie doskonała pirotechnika. Wierzcie mi, jest na czym oko i ucho zawiesić, do części koncertowej filmu nie można się przyczepić. Gorzej jest z częścią „fabularną”. Zacznijmy od tego, że stanowi ona znikomy fragment całości, są to zaledwie wstawki między kolejnymi utworami granymi na scenie na zasadzie „kończy się piosenka, wracamy na ulicę i odwrotnie”. Niekiedy tylko poczynania Tripa upiększone są muzyką Metalliki w tle, ale nawet wtedy, nie trwa to długo. Najgorsze jest jednak to, że ma się wrażenie, iż została ona doczepiona totalnie na siłę. Fabuła nie trzyma się kupy, z powodu krótkiego w sumie czasu trwania, nie ma możliwości logicznie się rozwinąć, a na domiar złego kompletnie nie ma związku z utworami, przerwy między którymi wypełnia. Każdą z piosenek można by wymienić na dowolną inną i nie zrobiłoby to zupełnie żadnej różnicy dla filmu. Ba, Trip przez cały film nie wypowiada nawet jednego pełnego zdania, oglądamy tylko ciągle jak ucieka, ktoś go goni, wszystko dookoła płonie, „wszędzie ruchawka, zniszczenie i pożoga” jak śpiewał Kazik Staszewski. Niestety cały film przypomina klasyczną sinusoidę, +1 na występach, -1 na fragmentach fabularnych.

Mam duży problem z tym filmem. Jak już wspomniałem, część muzyczna jest naprawdę świetna, część filmowa jest słaba. I nie chodzi nawet o fakt, że aktorstwo jest mierne, że efekty brzydkie, że zdjęcia trącą amatorszczyzną. Wydaje mi się, że Nimród Antal, węgierski reżyser opdowiedzialny m.in. za genialny „Kontrol”, nie mógł tu sobie za bardzo, że tak użyję kolokwializmu, „pohulać”. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ktoś próbuje mi tu wcisnąć gówno w ładnym opakowaniu. Kolejne koncertowe DVD mogłoby się nie sprzedać, więc trzeba było coś wymyślić, żeby machinę marketingową trochę naoliwić, by mogła ruszyć pełną parą. Czyżby panowie z Metalliki byli tak wyprani z weny twórczej, że chwytają się wszelkich możliwych sposobów, by móc zarobić, jednocześnie nie musząc brać się za nagrywanie nowego albumu, oddalając tę konieczność najbardziej, jak się tylko da? Nie wiem, ale tak to wygląda. Jeśli tak, to mam dla nich pomysł na nowy film. Wyglądałoby to tak. Z równoległego wszechświata do naszego przedostaje się szalony naukowiec, który jest jednocześnie fanem zespołu. Aby jednak mógł być tym złym, przybyłby tu z niecnym zamiarem kradzieży ulubionej gitary Jamesa Hetfielda. Oczywiście, tuż po tym spierdoliłby do swojego wszechświata. Nasi bohaterowie, z pomocą naszego odpowiednika owego szalonego naukowca przedostaliby się do tamtego uniwersum. Żeby jednak móc usprawiedliwić pokazanie jakiegoś występu Metalliki, to akurat ciekawym zbiegiem okoliczności nasza Metallica przybyłaby w momencie rozpoczęcie koncertu tamtej Metalliki, dzięki czemu moglibyśmy oglądać Metallikę na wyprawie po skradziony sprzęt, słuchając Metalliki, a na koniec, nasza Metallika stanęłaby na jednej scenie z tamtą Metalliką, grając utwory Metalliki na dwie Metalliki.

Czas podsumować całość. Koncert śmiało zasługuje na 9/10, reszta na zaledwie 2/10. Uśredniając zatem otrzymujemy 5.5/10, jednak uwzględniając zarówno proporcje koncertu do reszty, jak również uczucie bycia traktowanym przez zespół jak głupek, obniżam całkowitą notę o 0.5. Suma summarum „Metallica Through The Never” zasłużył u mnie na 5/10. Ujmę to tak: hardkorowi fani i tak kupią/obejrzą, pozostali mogą sobie odpuścić.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

3 thoughts on “Recenzja: „Metallica Through The Never” – nigdy więcej!

  1. czlowieku bluznisz to jest metallica oni moga wszystko ty nic a pozatym slucham jej w kulko od pul roku i mi sie nie znudzila

    1. Może i bluźnię, ale gdyby Metallica mogła wszystko, jak mówisz, to nagrałaby w końcu dobry album, taki który dałoby się przesłuchać cały za jednym podejściem, zamiast tylko odcinać kupony od niegdyś osiągniętej sławy. A ja też mogę to i owo, dlatego właśnie popełniłem tę recenzję, właśnie żeby pokazać, że mogę. A jeśli w kółko (nie kułko) słuchasz od pół (nie puł) roku ostatnich albumów Metalliki, to pozostaje mi tylko pogratulować Ci cierpliwości i wytrwałości. Jestem zaiste pełen podziwu, ja nie dałbym rady.

  2. pisze z bledami bo nie umiem pisac polskich znakuw natomiast co do albumu to ja jestem wieloletnim fanem metallici z tad moge ich sluchac w kulko

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *