Recenzja: LONE SURVIVOR

Lone Survivor 2013
Reżyseria: Peter Berg
Scenariusz: Peter Berg, Marcus Lutrell, Patrick Robinson
Obsada: Mark Wahlberg, Ben Foster, Emile Hirsch, Taylor Kitsch, Eric Bana
Czas Trwania: 121 min

Uwielbiam kino wojenne. Nie bez powodu „Szeregowiec Ryan” jest moim ulubionym filmem. Przyznam, że nigdy nie byłem pasjonatem historii, nie jestem chodzącą encyklopedią, ale druga wojna światowa oraz powojenne konflikty zbrojne, to te epizody w naszych dziejach, które zawsze mnie interesowały. Do takich konfliktów niewątpliwie należy operacja w Afganistanie (oficjalna nazwa „Operation Enduring Freedom”), która rozpoczęła się w październiku 2001 r., będąca również tłem dla ostatniego filmu Petera Berga – „Lone Survivor”.

Latem 2005 r. wojska amerykańskie rozpoczęły operację „Red Wings”, której celem miało być zakłócenie działań antykoalicyjnych bojówek w prowincji Kunar, pośród których operowały oddziały niejakiego Ahmada Shaha. Jednym z etapów operacji było wysłanie w teren 4-osobowego oddziału Navy Seals, który miał za zadanie namierzyć Shaha, co miało doprowadzić do jego pojmania bądź zabicia. Niestety, oddział wpadł w zasadzkę bojowników, a z potyczki z życiem uszedł tylko jeden żołnierz, tytułowy „Lone Survivor”. Tym jedynym ocalałym był Marcus Luttrell, późniejszy autor powieści o tym samym tytule co film, na kanwie której powstał jego scenariusz. Sama książka wzbudziła trochę kontrowersji. Nie ma jak dotąd wiarygodnej informacji dotyczącej liczebności wroga, z którym starli się Seals, wersje podawane przez amerykański wywiad nie pokrywają się z relacją Luttrella. Sporo emocji wzbudził też opis sytuacji, w której żołnierze musieli dokonać pewnego trudnego wyboru. Nie chcę jednak psuć zabawy, więc nic więcej nie powiem. Tyle historii, przejdźmy do jej ekranizacji.

Ameryki nie odkryję, jeśli powiem, że Hollywood potrafi nakręcić film wojenny jak mało kto. Nie inaczej jest i z „Lone Survivor”. Pierwsze co rzuca się w oczy, to przepiękne zdjęcia krajobrazów. Fakt, nie widzimy na ekranie Afganistanu (zdjęcia kręcone były w USA, w stanie Nowy Meksyk), ale i tak widoki ukazane widzowi są niezwykle urokliwe. Pozostając przy tej bardziej technicznej stronie realizacji, należy zwrócić również uwagę na dźwięk. Nie bez powodu film otrzymał dwie nominacje do Oscara w kategoriach realizacji dźwięku, strona audio jest naprawdę mocnym punktem dzieła Petera Berga. W końcu ktoś zdał sobie sprawę z faktu, że wystrzał z karabinu z zamocowanym tłumikiem nie brzmi jak puszczanie ukradkiem cichacza w zatłoczonym metrze. Reżyser ponownie zaprosił do współpracy wojskowych wteranów, w tym samego Marcusa Luttrella, więc co do realizmu zachowania aktorów odtwarzających główne role również nie można się przyczepić. Do tego należy wspomnieć o tytanicznej wręcz pracy wykonanej przez kaskaderów (nagroda przyznana przez Gildię Aktorów Ekranowych), za sprawą której podczas sceny, kiedy Seals spadają ze zbocza góry, odruchowo wykrzywiałem się tak, jakbym to i ja spadał razem z nimi i czuł to co oni, obijając się o skały.

Aktorstwo nie ustępuje wyraźnie stronie audio-wizualnej filmu, stoi na przyzwoitym poziomie. Trzeba mieć na uwadze, że głównymi bohaterami są żołnierze, ich język jest prosty, dosadny, pełen wulgaryzmów. Śmieszy mnie, gdy w niektórych filmach wojacy w sytuacjach kryzysowych używają sformułowań typu „niech to szlag”, „o kurde” czy „jasny gwint”. Niestety, tak to nie wygląda i nie można o tym zapominać chcąc oddać wiernie wojskowe realia. A Bergowi się to udało. Wracając jeszcze do aktorów, to mi osobiście najbardziej przypadła do gustu gra Bena Fostera, którego bardzo lubię, a który wydaje mi się być aktorem mocno niedocenionym. Podsumowując, jest oszczędnie, bez fajerwerków w wyrażaniu emocji, ale mimo wszystko bardzo solidnie. Choć sceny śmierci Danny’ego Dietza (Emile Hirsch) i Matta Axelsona (Ben Foster) są w stanie poruszyć. Skoro już przy obrazowaniu śmierci jesteśmy, należy zauważyć, że film nie wykazuje się nadmiarem patetyzmu, jest go absolutne minimum jak na amerykański obraz o „amerykańskich chłopcach”. Nie ma też upolitycznienia, nikt nie próbuje podsuwać nam w tle przekazu, że oto oglądamy tych dobrych i prawych, niosących wolność i demokrację ucieśnionemu ludowi Afganistanu. Towarzyszymy po prostu oddziałowi doskonale wyszkolonych żołnierzy oddziałów specjalnych, realizujących swoje zadanie, walczących i ginących. Większy nacisk położony jest na pokazanie bardzo specyficznej, braterskiej więzi łączącej ludzi należących do formacji takich, jak właśnie Navy Seals, która może zostać uznana za przejaskrawioną przez widzów, którzy mają niewielkie pojęcie o wojsku i jednostkach specjalnych.

Recenzję czas kończyć, podsumowanie zaczynając. „Lone Survivor” będzie gratką dla każdego fana kina wojennego. W tej kategorii śmiało plasuje się w czołówce filmów gatunku z ostatnich lat, choć do klasyków trochę mu brakuje i sam się takowym zapewne nie stanie. Jest to jednak porządne, męskie kino, dostarczające dużej dawki rozrywki, nienaganne od strony realizacji. Dodatkowo, i te słowa kieruję do kolegi Kaczmara, film powinien przypaść do gustu każdemu fanowi „Call of Duty: Modern Warfare”. Gorąco polecam.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *