RECENZJA: DAWN OF THE PLANET OF THE APES = świt lepszego kina sci-fi!!

Dawn Of The Planet Of The Apes 2014
Reżyseria: Matt Revves
Scenariusz: Mark Bomback, Rick Jaffa, Amanda Silver
Obsada: Andy Serkis, Jason Clarke, Keri Russell, Kodi Scot-Mcphee, Gary Oldman, Kirk Acevedo
Czas Trwania: 130 min

W ostatnim NA CO DO KINA dobitnie dałem do zrozumienia, że bardzo na ten film czekałem. Jego poprzednik, czyli RISE OF THE PLANET OF THE APES wziął mnie (i sporo innych ludzi) z zaskoczenia. Po fatalnym remake’u PLANET OF THE APES Tima Burtona z 2001 roku nikt chyba nie podejrzewał, że z tej sagi można cokolwiek jeszcze wycisnąć. RISE jednak okazał się nie tylko zgrabnym kinem science-fiction, ale był też wyjątkowo ambitny jak na ten gatunek, a na deser otrzymaliśmy kolejną po Gollumie i King Kongu kapitalną kreację Andy’ego Serkisa. Z przyjemnością powiem Wam, że część druga, czyli DAWN dostarcza nam wszystko to co w pierwszej części się udało i robi to dodatkowo dużo lepiej.

Na początek powiem o efektach specjalnych. Trzy lata temu przed obejrzeniem RISE nasłuchałem się jak świetnie były zrobione małpy w tym filmie i że podobno nie sposób było się dopatrzyć tam pracy komputera. Trochę się pod tym względem rozczarowałem, ponieważ dla mnie to komputerowa budowa tych małp trochę się rzucała w oczy. Były zrobione świetnie, ale nie na tyle, żeby tego nie dostrzec. Tutaj jednak muszę przyznać, że momentami zapominałem, że jest to sprawa animacji komputerowej, bo wykonanie poszło w górę o parę oczek. Jedynie w zupełnie pierwszej scenie polowania na jelenia ten komputerowy niedźwiedź nie do końca mnie przekonał, ale główni bohaterowie filmu, czyli małpy były zrobione naprawdę cholernie dobrze.

Właśnie – główni bohaterowie. Nie dajcie się zmylić materiałom promocyjnym, które sugerują, że film opowiada o ludziach, którzy 10 lat po pandemii, która wybiła większość ludzkości napotykają na swojej drodze jakieś inteligentne małpy i muszą z nimi walczyć o przetrwanie. Owszem, przetrwanie jest jednym z głównych motywów tego filmu, ale to Cezar (Serkis) i tytułowe małpy wiodą w tym filmie prym. Śledzimy poczynania Cezara, który w średnim wieku po raz kolejny został ojcem i dopiero pomału zaczyna wierzyć w to, że małpom jest dane żyć w spokoju.  To jest dla niego najważniejsze, ponieważ nie traktuje małp jako swojego stada, tylko jako swoją rodzinę i właśnie też dla nich za wszelką ceną stara się utrzymać pokój jak pojawiają się ludzie.

No właśnie – ludzie. Pomimo tego, że postacie ludzkie nie są aż tak rozbudowane, to jednak są na tyle ciekawe, że mamy możliwość i czujemy potrzebę im kibicować. Dobre jest też to, że nikt tak naprawdę nie jest taki jak by się to mogło wydawać po zapowiedziach. Gary Oldman mógłby być kolejnym sztampowym czarnym charakterem, ale widać, że decyzje które podejmuje są umotywowane tylko i wyłącznie dobrem swoich ludzi oraz przetrwaniem gatunku. Króciutka scena z tabletem w drugiej połowie filmu też pokazuje go w trochę innym świetle i nie sposób nie czuć do niego chociaż odrobiny sympatii. Jason Clarke, którego bardzo lubię od czasu niedocenionego serialu THE CHICAGO CODE też nie jest typowym, banalnym peacekeeperem. Jego motywacja jest prosta – chce zadbać o to, żeby jego syn już nigdy więcej nie musiał widzieć tego, co widział kiedy małpia grypa pomału burzyła podwaliny społeczeństwa.

Oczywiście, nie przeszkadzało aktorom (małpim i ludzkim), że historia też była świetnie skonstruowana i rozwijała się w idealnym wręcz tempie. Fanom scen akcji muszę powiedzieć, że tych scen nie ma za dużo, a główna akcja zaczyna się pod koniec. Nie martwice się jednak. Całość ogląda się tak dobrze, że jesteśmy się  w stanie zaangażować w losy naszych bohaterów i dzięki temu te sceny są dla nas o tyle bardziej emocjonujące. Powiem też, że ten film był zaskakująco mądry jak dla mnie. Zaskakująco, bo jednak jest to film o małpach, które walczą z ludźmi. Po pierwsze przez cały film poza praktycznie jednym ujęciem, kiedy Koba (prawa ręka Cezara) jedzie na koniu strzelając z dwóch karabinów maszynowych udało się reżyserowi Mattowi Reevesowi uniknąć tandety. Drugą kwestią jest to, że film genialnie pokazał, że w takich sytuacjach, kiedy potencjalnie może dojść do wojny, okazuje się jak delikatną sprawą jest pokój i jak łatwo go zniszczyć. Cezar i bohater grany przez Clarke’a robili co w ich mocy, żeby nie dopuścić do wojny. Prawdą jest jednak, że jeżeli chcemy pokoju, to wszyscy musimy go chcieć po obu stronach, bo wystarczy jedna osoba (czy małpa w tym przypadku) która się wyłamie, spróbuje być mądrzejsza od wszystkich i wszystko legnie w gruzach.

Wszystko co opisałem powyżej sprawiło, że DAWN OF THE PLANET OF THE APES oceniam jako jeden z najlepszych filmów science-fiction ostatnich kilku (kilkunastu) lat i zdecydowanie jak na razie najlepszy film tego roku. Nie mogę się doczekać części trzeciej, która mam nadzieję nie zepsuje wszystkiego, na co Serkis, Reeves i spółka zapracowali tutaj. Fanom nie tylko dobrego kina sci-fi, ale dobrego kina w ogóle szczerze polecam.

Kaczmar

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *