Recenzja: JACK RYAN: SHADOW RECRUIT trochę w cieniu konkurencji, ale trzyma się mocno na własnych nogach!

JACK RYAN: SHADOW RECRUIT 2014
Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Adam Cozad, David Koepp
Obsada: Chris Pine, Keira Knightley, Kevin Costner, Kenneth Branagh
Czas Trwania: 105 min

Kto nie lubi filmów szpiegowskich? Od małego każdy chłopak marzył o tym, żeby choć przez chwilę zamienić się w takiego Jamesa Bonda, który jeździ niesamowitymi furami, sypia z najgorętszymi kobietami i potrafi rozwalić przeciwnika w kilkadziesiąt sekund maks. To marzenie jest wiecznie żywe, a najlepszym dowodem na to jest to, że ostatnio filmy szpiegowskie różnego rodzaju robią się coraz bardziej popularne. Sukcesy komercyjne takich filmów jak MISSION IMPOSSIBLE: GHOST PROTOCOL, SKYFALL, seria o Jasonie Bourne albo olbrzymi sukces artystyczny filmu TINKER, TAILOR, SOLDIER, SPY (aczkolwiek to jest film szpiegowski z nieco innej półki) pokazują, że widzowie na całym świecie w dalszym ciągu uwielbiają choć na chwilę przenieść się w świat super-szpiegów na tropie teorii spiskowych, które mogą sprowadzić świat do kolan. Nie dziwi w związku z tym to, że Hollywood postanowiło wskrzesić jedną ze swoich najpopularniejszych postaci literackich tego gatunku, czyli Jacka Ryana z cyklu powieści Toma Clancy’ego.

Na starcie powiem, że książek z tego cyklu nie czytałem, a z filmów to najlepiej kojarzę THE SUM OF ALL FEARS z 2002 roku. Wobec tego do tego filmu podchodziłem trochę jak do każdego innego, aczkolwiek w pełni świadom kultu, który tę postać otacza. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że film może w porównaniu do konkurencji widza nie powala, ale oglądało mi się go nad wyraz dobrze. Przede wszystkim dlatego, że ja po prostu lubię takie filmy i choćbym tego typu historii obejrzał tysiąc to zawsze kolejną chętnie zobaczę. Fabuła nie jest może skomplikowana, ale jest ciekawa. Pozytywnie zaskoczyła mnie decyzja scenarzystów, żeby całą intrygę umieścić w kontekście amerykańskiego rynku finansowego, który miał posłużyć jako narzędzie w rękach Rosjan, żeby amerykańskie imperium zaliczyło najpoważniejszy upadek od czasów amerykańskiego kryzysu. Była to nowinka, która dodawała pikanterii.

Nie zawiodła mnie też obsada. Chris Pine pojawił się na moim radarze dopiero dzięki filmowi STAR TREK, ale prawie od razu go polubiłem. Czas pokaże czy talent, którym on dysponuje będzie miał okazję ukazać się nam w produkcjach, które są nieco bardziej wymagające dla aktorów, ale póki co w tym co robi sprawdza się świetnie. Facet wygląda, mówi i rusza się jak prawdziwa gwiazda filmowa, a niemała dawka charyzmy, którą Pine został obdarzony sprawia, że z napięciem kibicujemy mu podczas jego wielu zmagań. Bardzo dobrze było też zobaczyć Kevina Costnera, który dzięki temu filmowi i zeszłorocznemu MAN OF STEEL przeżywa renesans swojej kariery. Już nie taki młody Costner w scenach z Pinem wypada bardzo przekonująco w roli nie tylko mentora, ale też bardziej doświadczonego kolegi, który przede wszystkim chce Ryanowi pomóc. W błyskawicznym tempie zdobywa zaufanie nasze i głównego bohatera. Z głównej czwórki najmniej do roboty miała chyba Keira Knightley, ale na szczęście zrobiła ze swoją rolą tyle ile mogła. Wyglądała dużo atrakcyjniej niż przeważnie, a jej amerykański akcent był o wiele bardziej przekonujący niż w masakrycznym THE JACKET. Na koniec pozostał nam Kenneth Branagh, który oprócz roli czarnego charakteru film wyreżyserował.

No właśnie, powiem szczerze, że nie wiem kto mi bardziej zaimponował: Branagh-aktor czy Branagh-reżyser. Co do jego aktorskich umiejętności to nikt chyba nie ma większych wątpliwości i są one tutaj bardzo dobrze wyeksponowane. Jako reżyser miał natomiast przed sobą nie lada wyzwanie. Kojarzony do niedawna jako reżyser adaptacji Szekspira do tej pory zrobił tylko jeden wysoko-budżetowy film hollywoodzki. Mowa tu o filmie THOR. Na szczęście poradził sobie z wymogami widzów przyzwyczajonych do wartkich scen akcji i sceny te w filmie SHADOW RECRUIT ogląda się bardzo dobrze. Są nakręcone i zmontowane bardzo energicznie, ale też przejrzyście czego nie można powiedzieć o niektórych filmach z cyklu BOURNE. Najbardziej mi się podobało jednak to, że właśnie jego doświadczenie z dziełami Szekspira sprawiło, że sceny dialogowe zostały zrobione z taką samą dbałością o szczegóły. Widać w tych scenach, że aktorzy nie rzucają sobie po prostu w twarz kolejnymi linijkami tekstu, tylko są to poważne rozmowy na poważne tematy, a każda z postaci ma swoją historię i jakąś swoją sprawę, którą chce załatwić. Duży plus dla Branagha za to, że w natłoku hollywoodzkich impulsów nie zapomniał o tym, co w filmach najważniejsze – o postaciach.

Powiem szczerze, że napisałem dużo więcej niż planowałem, ponieważ moje oryginalne przemyślenia na temat tego filmu były bardzo proste i zwięzłe 🙂 Reasumując: film na kolana nie rzuca, ale jest dobrze zrobiony, dobrze zagrany i bardzo fajnie się go ogląda. Polecam na „kanapowy” wieczór przed ekranem.

Kaczmar

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *