Recenzja: EDGE OF TOMORROW – na skraju fotela!

Edge Of Tomorrow 2014
Reżyseria: Doug Liman
Scenariusz: Christopher McQuarrie, Jez Butterworth, John-Henry Butterworth
Obsada: Tom Cruise, Emily Blunt, Brendan Gleeson, Bill Paxton
Czas Trwania: 113 min

Lubię Toma Cruise’a. Wiem, że to mało popularne stwierdzenie ostatnimi czasy, ale dla mnie facet jest cholernie utalentowanym aktorem, który nie boi się wyzwań, stara się pracować z najlepszymi i nie cofnie się przed niczym, żeby nam szaraczkom zapewnić parę godzin świetnej rozrywki. Za to go szanuję i powiem szczerze, że nie pamiętam ostatniego filmu z jego udziałem, który by mi się nie podobał i nie inaczej jest w przypadku EDGE OF TOMORROW. Na szczęście nie widziałem ROCK OF AGES i po tym co słyszałem, raczej nie obejrzę 😉

Zacznijmy od oczywistego skojarzenia, które praktycznie nasuwa się samo po obejrzeniu zwiastunu. Podobieństw pomiędzy nowym filmem Cruise’a, a kultową komedią GROUNDHOG DAY z Billem Murrayem w roli głównej jest trochę. Oprócz naturalnie głównej koncepcji oba filmy miały w sobie sporą dawką humoru najlepiej ukazaną w sekwencji kilku pod rząd zgonów głównego bohatera. Brzmi to może dość mrocznie, ale zaufajcie mi – jest to naprawdę śmieszne.

Podstawowe różnice, to jednak fakt, że w przeciwieństwie do DNIA ŚWISTAKA, tutaj otrzymujemy wyjaśnienie czemu tak się dzieje. Nie jest ono oczywiście jakoś specjalnie wyszukane, ale przynajmniej to pytanie nie wisi nad nami przez cały seans.

Całość ogląda się cholernie przyjemnie dzięki dynamicznej, ale klarownej reżyserii Doug’a Limana, który miał nie lada okazję wytrenować te umiejętności podczas pracy nad takimi filmami jak MR & MRS SMITH czy THE BOURNE IDENTITY z Mattem Damonem. Aktorzy go godnie wspierają. Cruise jak zwykle daje z siebie 110%. Doskonale sprzedaje postać człowieka, który został zesłany na linię frontu bez żadnego przygotowania i następnie stopniowo zamienia się w istną maszynę do zabijania. Dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem okazała się Emily Blunt, którą uwielbiam odkąd obejrzałem ją w THE FIVE-YEAR ENGAGEMENT. Tutaj jednak mogła nam się pokazać od zupełnie innej strony. Często jak ma się do czynienia z tak doświadczonym w kinie akcji aktorem jak Cruise to dorzymanie mu kroku okazuje się wyjątkowo trudne. Blunt jednak nie tylko dotrzymuje mu kroku, ale też bardzo wiarygodnie sprawdza się w roli osoby o wiele bardziej doświadczonej.

Muszę się jednak przyczepić do zakończenia. Nie będę go oczywiście zdradzał, ale wiecie jak to jest kiedy film się doskonale ogląda, po czym skopane zakończenie sprawia, że opuszczamy kino z poczuciem niesmaku. Tak właśnie jest w tym przypadku. Nie mówię, że to zakończenie nie pasuje. Mój problem polega na tym, że nie mogłem kupić, że to jest koniec. Po wszystkim co się wydarzyło i co się dowiedzieliśmy na temat tego jak działają kosmici byłem przekonany, że coś więcej się wydarzy, co sprawi, że kino opuszczę ze szczęką bardzo blisko ziemi. Tak niestety nie było, a zamiast tego spojrzałem się na swoją ukochaną i powiedziałem „To koniec? Serio? Może jest coś po napisach..” Po napisach nic jednak nie było.

Uważam jednak, że fani kina science-fiction absolutnie znajdą w tym filmie dużo dobrego i im więcej czasu upływa odkąd obejrzałem ten film, tym lepiej go wspominam. Solidna rozrywka, kolejna solidna kreacja Toma Cruise’a i kopiąca ostro tyłki Blunt sprawiają, że ten film mogę z czystym sumieniem polecić.

Kaczmar

 

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *