Muzyczne podsumowanie 2014: TOP 10 – cz. 1

Stwierdzenie, że rok 2014 obfitował w mnóstwo wydawnictw muzycznych aż samo prosi się o ciętą ripostę typu „No shit, Sherlock…”. Tak jednakże było. Jedne były lepsze, jedne gorsze, niektóre elektryzowały jak widok przaśnych dziewcząt z teledysków Donatana, inne usypiały jak całodniowy maraton obrad sejmowych w TV. Było tego jednakowoż mnóstwo, o wiele za dużo dla jednego człowieka do przerobienia. Trzeba by rzucić pracę, dziewczynę, sklonować się, podłączyć pod kroplówkę i cewnik, żeby nie tracić czasu na jedzenie i fizjologię, a i tak szanse na ogarnięcie wszystkiego, co godne uwagi na muzycznym rynku, byłyby mizerne. Ja też nie zdołałem zapoznać się ze wszystkimi wartymi przesłuchania albumami z minionego roku, cały czas jeszcze odrabiam pewne drobne zaległości, ale niniejsze podsumowanie trzeba było kiedyś wreszcie skompilować i na łamach naszej szacownej strony zamieścić. Oto więc przed Wami, w końcu, pierwsza odsłona mojego TOP 10 roku 2014.

10. Cavalera Conspiracy – „Pandemonium”


Copyright Napalm Records

Bracia Max i Igor Cavalera (dla niewtajemniczonych, założyciele legendarnej, brazylijskiej formacji Sepultura) powracają z trzecim albumem swojej „rodzinnej” formacji i – jak to mawiają anglosasi – „they mean business”. Niech sam za siebie mówi fakt, że wstępnie dzieło miało być zatytułowane „Fuck The Groove”. Tu nie ma miejsca na środki wyrazu lekkie i przyjemne. Myzuka wali w ryj od pierwszysch taktów otwierającego „Babylonian Pandemonium”, aż po ostatnie minuty albumu, a środkiem rażenia jest zręcznie skomponowana mikstura grindu i hardcore’a. W porównaniu ze swoją poprzedniczką („Blunt Force Trauma” z 2011) nie nudzi się tak szybko, a utwory na dłużej pozostają w głowie po skończonym słuchaniu. Bardzo solidny album, choć koła bracia Cavalera na nowo nie wymyślili.

9. At The Gates – „At War With Reality”


Copyright Century Media Records

Prekursor i legenda melodyjnego death metalu powraca po 19 latach (sic!) z nowym materiałem studyjnym i pokazuje, jak z tego ze wszech miar wyeksploatowanego gatunku można wycisnąć jeszcze trochę życia, nie skazując się jednocześnie na śmieszność i nie uprawiając autoparodii, tak jak to robią ich koledzy po fachu z In Flames (zainteresowanych zapraszam tutaj). Jest agresywnie, dynamicznie, jest energia, riffy są soczyste, partie melodyjne nadają muzyce głębi, a wokalista Tomas Lindberg prezentuje świetną formę, wykrzykując jadowicie słowa krytyki wobec rzeczywistości, w której egzystujemy. Gdzieś tak od połowy albumu zaczyna się odczuwać delikatną monotonię, można odnieść lekkie wrażenie, że kolejne utwory są zbyt podobne do siebie nawzajem, ale nie zmienia to faktu, że „At War With Reality” to album udany, będący dla zespołu powrotem z klasą.

8. (ex aequo)

W tym miejscu muszę się przyznać do jednego – lista to TOP 10, ale albumów jest 11. W jednym przypadku po prostu nie mogłem się zdecydować, który jest lepszy, nie chciałem też musieć wyrzucać poza ranking żadnego z albumów, które się na nim znalazły, bo czułem, że wszystkie zasłużyły, by tu być. W związku z tym na miejscu 8. ex aequo dwoje wyróżnionych.

CETi – „Brutus Syndrome”


Copyright Metal Mind Productions

Pierwszy na tej liście (i nie ostatni) polski akcent. Przyznam szczerze, że nigdy nie słuchałem za dużo klasycznego hard rocka i heavy metalu, ale ostatnia płyta zespołu legendy polskiej sceny heavy – Grzegorza Kupczyka – bardzo przypadła mi do gustu. Album jest przede wszystkim świetny od strony technicznej – nietuzinkowe riffy, intrygujące partie basu, solidne brzmienie perkusji, a to wszystko na tle bardzo subtelnych, ale nadających całości własciwego klimatu partii klawiszowych. Nie można również zapomnieć o wokalu Kupczyka, po którym w ogóle nie słychać, że w tym roku skończy 57 lat. I tu dochodzimy do drugiego aspektu, myślę, że nie mniej ważnego. Słuchając „Brutus Syndrome” czuje się autentyczną, namacalną wręcz radość z grania, taką szczeniacką, szczerą, pozbawioną śladów jakiejkolwiek rutyny czy wyrachowania. Spójrzcie zresztą na teledysk, na którym widać jak na dłoni, że zespoł świetnie bawi się robiąc to, co robi. Album naprawdę godny polecenia.

Lana Del Rey – „Ultraviolence”


Copyright Polydor Records/Interscope Records

To najprawdopodobniej zostanie odebrane jako najbardziej kontrowersyjny wybór na mojej liście. Pomijając już fakt, że repertuar Lany Del Rey odbiega znacząco stylistycznie od pozostałych wyróżnionych, to i sama artystka wzbudza sporo kontrowersji. Bardzo wiele zarzutów było kierowanych pod jej adresem, m.in. że brak jej talentu, co rekompensuje sobie wyzywającym wyglądem, że na albumach brzmi pięknie, a na żywo nie domaga wokalnie, itd., itp. Co ja na to? Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się… zarobiony jestem! Wiem jedno – mnie głos Lany urzekł już przy okazji jej wcześniejszego albumu – „Born To Die” – i do tej pory nic się w tym temacie nie zmieniło. Dziewczyna ma smykałkę do nagrywania świetnych pościelówek, które jednakże nie są pozbawione pazura, swoistego wyuzdania, erotyzmu i niemoralności. A do tego wszystko to zanurzone w klimacie USA lat ’50 i ’60 ubiegłego stulecia, a „The Other Woman” kojarzy mi się wręcz z zadymionymi klubami okresu międzywojennego, gdzie bawili się zamożni Amerykanie. Heh, ale popłynąłem… 😛 Jak by nie było, album zaiste udany, nadający się nie tylko na romantyczny wieczór z kimś bliskim sercu.

7. Machine Head – „Bloodstone & Diamonds”


Copyright Nuclear Blast

Machine Head to jeden z moich ulubionych zespołów i zasmucił mnie fakt, że po pierwszych paru przesłuchaniach ich najnowszy album typowałem do miana rozczarowania roku. Dałem mu jednak trochę czasu, spróbowałem podejść do niego bez oczekiwań, które narosły po świetnym „Unto The Locust” z 2011 i moja opinia o nim diametralnie się zmieniła. To co początkowo miałem do zarzucenia tej płycie to to, że została przekombinowana, że lider i mózg zespołu Rob Flynn porwał się na zrealizowanie zbyt wielu pomysłów, które kłębiły się w jego głowie. Mamy tu bowiem thrash, mamy naleciałości ze stonera i sludge’u, pojawia się punk, są smyczki, fortepian, są chóry, tylko przysłowiowego dziada z babą brakuje. Można by pomyśleć, że co za dużo to niezdrowo, ale do „Bloodstone & Diamonds” pasuje jednak lepiej inne przysłowie – „od przybytku głowa nie boli”. Może tych wszystkich elementów jest dużo, ale nie kłują się one nawzajem, w obrębie pojedynczych utworów brzmienie jest spójne i nie odnosi się wrażenia, że całość kupy się nie trzyma. Poprzedniczce ta płyta niestety nie dorównuje, ale nadal jest to kawał solidnego, doskonale wyprodukowanego i dość eklektycznego, ciężkiego grania.

6. Decapitated – „Blood Mantra”


Copyright Mystic Production/Nuclear Blast

Na koniec tej części mojego muzycznego TOP 10 roku 2014 wracamy do ojczyzny. Decapitated to zespół na rodzimej scenie już wręcz legendarny, na arenie międzynarodowej posiada również pokaźną i wierną rzeszę fanów. Zespół którego świetlana przyszłość zdawała się być przekreślona ogromną tragedią, ale jej lider – Wacław „Vogg” Kiełtyka – nie poddał się, czego efektem jest kolejny już album zespołu – „Blood Mantra”. Album, który wzbudził pewne zamieszanie w kręgach co bardziej ortodoksyjnych fanów metalu śmierci, bo brzmienie zespołu uległo lekkiemu przeobrażeniu. Death ustąpił nieco pola djentowi, ja osobiście słyszę tu sporo podobieństw do muzyki Szwedów z Meshuggah, w utworze tytułowym pojawia się też klimat death’n roll, ale moim zdaniem ta ewolucja nie jest niczym negatywnym. Brzmienie jest doskonałe, riffy mocarne, urozmaicone, są świetne solówki, jest energia, jest siła, album się nie nudzi, czego chcieć więcej? Nie ma sensu deprecjonować tej muzyki tylko dlatego, że poszła w innym kierunku niż na poprzednich wydawnictwach. A do tego nowy materiał świetnie sprawdza się na koncertach. Wiem, bo przetestowałem to na własnej skórze. Albo raczej na uszach.

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *