RECENZJA: Enslaved – „In Times”

In Times
Premiera 10.03.2015
Wytwórnia Nuclear Blast
Czas Trwania 53:05
Grutle Kjellson Wokal, bas
Ivar Bjørnson Gitara, syntezatory, fortepian, wokal wspierający
Cato Bekkevold Perkusja
Herbrand Larsen Klawisze, organy, wokal
Arve „ Ice Dale" Isdal Gitara, wokal wspierający

Ostatnio przy okazji recenzji „Epistemology” Keep Of Kalessin powiedziałem, że nigdy nie byłem fanem black metalu. Ta teza chyba coraz bardziej będzie się nadawała do śmietnika, bo oto kolejna recenzja i znów wpadam z wizytą do kraju trolli i płonących kościołów – Norwegii, a celem tejże wizyty jest zapoznanie się z najnowszym dziełem Enslaved – „In Times”. No dobrze, do śmietnika może nie trafi, bo większa część blackowego dziedzictwa kulturowego i tak mnie nie kręci, ale bardziej progresywna, mniej ortodoksyjna odmiana czarnego metalu w wykonaniu Enslaved jak najbardziej do mnie przemawia. Do rzeczy jednak.

Gdy na tapetę brałem wspomniane już „Epistemology” (recenzja tutaj), poniosła mnie trochę wena twórcza i napisałem, że muzyka na najnowszym dziele Keep Of Kalessin kojarzy mi się z nalotem. W przypadku „In Times” w głowie kołacze mi się zgoła odmienne skojarzenie – muzyka zawarta na tym albumie płynie. Tak, po prostu płynie, a zasługa w tym bardzo przestrzennych, zadziornych, ale jednak melodyjnych riffów, klawiszowych teł i czystego wokalu Herbranda Larsena. Wracając na moment jeszcze do „Epistemology”, pisałem, że końcówka utworu tytułowego z tego albumu przywodzi mi na myśl skojarzenia ze statkiem Wikingów odpływającym w dal. „In Times” mógłby, moim zdaniem, robić za ścieżkę dźwiękową do podróży tychże Wikingów, ich przygód, stoczonych bitew i uczt ku czci Odyna i poległych kompanów.

Cała muzyka zawarta na najnowszym albumie kwintetu z Bergen charakteryzuje się bardzo dużą różnorodnością, zmiennością nastrojów, tempa. Na dzień dobry słuchacz dostaje Mjollnirem prosto w twarz za sprawą otwierającego płytę „Thurisaz Dreaming”. Wściekły riff, perkusyjna kanonada i złowrogi ryk Grutle to znak firmowy tego utworu. Cóż to nagle? Kurz bitewny opada, nastrój zmienia się na bardziej melancholijny, a do głosu dochodzi Herbrand ze swoim czystym śpiewem. Właśnie takie nagłe zmiany, to wspomniana przez mnie cecha charakterystyczna całego albumu. Następny w kolejności „Building With Fire” usypia nieco czujność słuchacza leniwym, otwierającym utwór riffem i melodyjną partią wokalną Larsena, ale i tu po chwili dochodzi do głosu ciężar i agresja, a wszystkie nastroje zgrabnie mieszają się przez cały czas trwania kawałka. Następny „One Thousand Years Of Rain” powiela tę tendencję, jest jak rejs drakkarem po wzburzonym morzu – raz wiatr wieje mocniej, a potężne fale rozbijają się o kadłub statku, raz wicher traci na sile, a Słońce ma szansę wyjrzeć spomiędzy czarnych chmur. Genialny utwór i mój osobisty faworyt. Następny w kolejności „Nauthir Bleeding” przynosi zaskoczenie. Tak brzmiący, spokojny wstęp pasowałby nawet na płytę Coldplay! Co się dzieje?! Spokojnie, cierpliwość popłaca, a po tym lekko usypiającym czujność otwarciu utwór wraca na odpowiednie tory. Znów jest bardzo przestrzennie, zróżnicowanie i po prostu przepięknie. Kolejny, najdłuższy na płycie utwór tytułowy zaczyna się tak, jak niejeden kawałek się kończy. Prosty, krótki, powtarzany w kółko riff, a w tle wybrzmiewają sobie subtelne partie solowe i tak przez ponad dwie z ponad dziesięciu minut jego trwania. Potem mamy już standard, czyli pełna różnorodność, jak najbardziej jednak trzymająca spójność i klimat. Ostatni „Daylight” otwiera dosyć monumentalny, upiększony chóralnymi zaśpiewami wstęp, a potem już jatka, bardzo klimatyczne i subtelne wyciszenie gdzieś w środku, potem jeszcze odrobinę jatki i zakończenie w klimacie otwarcia.

A potem, zaczynamy od nowa. Tak, tak, po tym jak wybrzmią ostatnie dźwięki zamykającego „In Times” utworu, instynktownie chce się wrócić do początku i słuchać albumu od nowa, bo doznania oferuje zaiste zacne. Wspomniana już różnorodność, te wszystkie zmiany brzmienia, tempa i klimatu, które muzycy serwują słuchaczowi, są naprawdę godne podziwu, szczególnie że wszystko do siebie pasuje, nie ma mowy o przekombinowaniu, niespójności czy niezdrowym przesycie. Wszystkie elementy muzycznej układanki się zazębiają, a brzmienie instrumentów i poziom produkcji dopełniają efektu. Żaden z utworów nie trwa krócej niż 8 min., a jednak nie ma tu mowy o nudzie, monotonii, czy uczuciu zmęczenia. To nie lada sztuka osiągnąć taki efekt, a chłopakom z Enslaved się to udało. Czy mam się do czego przyczepić? Ok, tak na siłę, to Grutle prezentuje ten typ skrzekliwej maniery wokalnej, która na ogół odstrasza mnie od black metalu. Jestem jednak w stanie tolerować go jako zło konieczne w obliczu tak przyjemnych dźwięków, jakie są mi serwowane, o ile „przyjemne” to dobre określenie w przypadku tego gatunku muzycznego. Whatever, dla mnie są przyjemne i tyle 😛 Polecam gorąco każdemu fanowi metalu nieco bardziej ekstremalnego, ale zarazem ambitnego.

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *