RECENZJA: bardzo smaczny, ale odgrzany kotlet, czyli MISSION:IMPOSSIBLE – ROGUE NATION

Mission:Impossible – Rogue Nation 2015
Reżyseria: Christopher McQuarrie
Scenariusz: Christopher McQuarrie, Drew Pearce
Obsada: Tom Cruise, Simon Pegg, Jeremy Renner, Vingh Rames, Rebecca Fergusson, Sean Harris, Alec Baldwin
Czas Trwania: 131 min

Witajcie,

Powracam na łamy mojego bloga po raz pierwszy po długiej przerwie spowodowanej … moim ślubem:))!!! Tak jest moi drodzy, Kaczmar wziął ślub i dlatego przez ostatni miesiąc z hakiem nie miał czasu na nic, bo wszystko kręciło się wokół organizacji wesela. Nie chcę się tu jednak nad tym rozpisywać. Pragnę natomiast opowiedzieć Wam o swoich wrażeniach dot pierwszego filmu, który obejrzałem po zmianie stanu cywilnego: piątej części cyklu MISSION: IMPOSSIBLE.

Przede wszystkim trzeba oddać należyty szacunek głównemu bohaterowi, a właściwie aktorowi odgrywającemu jego rolę, czyli Tomowi Cruise’owi. Facet ma 53 lata, a to co wyczynia na ekranie jest po prostu niesamowite. Wiem co myślicie – komputer, charakteryzacja, kaskaderzy itp itd. Otóż bylibyście w błędzie. To, że Tom Cruise na własną rękę wykonuje zdecydowaną większość swoich scen akcji to fakt w Hollywood znany powszechnie. Simon Pegg nawet w jednym z wywiadów opowiadał, że podczas kręcenia sceny pościgu zapytał się koordynatora kaskaderów, który z nich będzie prowadził auto, a ten mu odpowiedział „Aaa … Tom będzie jechał.” Na widok zdziwienia na twarzy Pegga koordynator wytłumaczył mu na spokojnie, „że nie ma w zespole nikogo lepszego od Toma.”

Nie wiem czy wizualnie robi to jakąkolwiek różnicę, ale muszę przyznać, że świadomość tego ile Cruise ryzykuje dla swojej roli sprawia, że na całość patrzę jednak odrobinę inaczej. Zawsze doceniałem wysiłek, poświęcenie i ciężką pracę, a tego wszystkiego dostajemy od Cruise’a sporo. Szczególnego znaczenia to nabiera jak się pomyśli ile w filmie takowych scen było: lot na drzwiach samolotu z początku filmu, nurkowanie w wielkim serwerze, pościg samochodowo-motocyklowy ulicami Maroka – wszystkie te sceny dawały niesamowite pole do popisu ekipie filmowej i kaskaderom w sczególności.

Cały cykl MISSION: IMPOSSIBLE lubię też za to, że konsekwentnie co film zmieniają reżysera po to, żeby całość zachowała pewien powiew świeżości. McQuarrie (z którym Cruise współpracował przy filmie JACK REACHER) jest ewidentnie zwolennikem bardziej surowej i konserwatywnej stylistyki filmów szpiegowskich niż reżyser czwartej części cyklu Brad Bird. Zdawało to moim zdaniem egzamin, bo całość się oglądało jak dobry film szpiegowski sprzed kilkudziesięciu lat.

Nie zawiodła też obsada zgromadzona dookoła Cruise’a. Bardzo mi się podoba fakt, że Simon Pegg z filmu na film robi się postacią nie tylko istotnijeszą, ale też mającą coraz większy wpływ na rozwój fabuły. Vingh Rhames starzej się z klasą i dobrze go było znowu zobaczyć. Renner z kolei, który wyjątkowo zapisał się w naszej pamięci po części poprzedniej również powraca, ale niestety spędza większość filmu odsunięty od akcji głównej. Z nowych twarzy na jakąkolwiek uwagę zasługuje tak naprawdę tylko Alec Baldwin, który z wdziękiem kradnie każdą scenę swoim partnerom, a oni ewidentnie nie mają nic przeciwko.

Nie wszystko jednak w tym filmie mi odpowiadało. Przede wszystkim film poległ cholernie pod względem fabularnym. Ile razy możemy to samo oglądać? Ja rozumiem, że w pewnych filmowych sagach widzowie oczekują pewnych stałych elementów, ale to już jest lekkie przegięcie. Znowu Ethan Hunt jest ściganym przez swój rząd zbiegiem (tak jak w części pierwszej, trzeciej i czwartej), znowu kluczowym elementem fabuły jest wyciągnięcię czegoś z pilnie strzeżonego skądś (jak w części pierwszej, trzeciej i czwartej) i znowu mamy jakąś kobietę, która powala urodą, sprytem, charakterem i umiejętnością radzenia sobie w walce (jak we wszystkich częściach). Efektem tego wszystkiego było potworne znudzenie, które odczuwałem podczas seansu za każdym razem, gdy postacie przestawały się ruszać, a zaczynały mówić.

Czuję olbrzymi sentyment do tej sagi i pewnie dlatego w ostatecznym rozrachunku wystawiam filmowi dość wysoką notę, ale coś czuję, że jeżeli część szósta znowu będzie opowiadać tę samą historię bez krztyny innowacji, to się najzwyczajniej w świecie obrażę. Podobał mi się, ale nie tak bardzo jak przynajmniej dwie poprzednie części,

Kaczmar

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *