Tetramorph
Premiera 18.09.2015
Wytwórnia Witching Hour
Czas Trwania 16:14
Bleyzabel Balberith Wokal
Nameless Immenus Gitara
Patrick „Seth” Bilmorgh Gitara
Grosheck Perkusja

Znacie to?
„Cudze chwalicie,
Swego nie znacie,
Sami nie wiecie,
Co posiadacie.”
Było jeszcze coś takiego, że wszystkich książek się nie przeczyta, całej wódki się nie wypije, i tak dalej, ale starać się trzeba. Po co przytaczam to wszystko? Ano dlatego, że te cytaty jak ulał pasują mi do niniejszej recenzji mini albumu zespołu Nomad, zatytułowanej „Tetramorph”. Przyznam bez bicia, ale również z lekkim wstydem, że nie miałem pojęcia, iż na naszej rodzimej scenie metalowej istnieje takowy zespół. I niby wszystkich zespołów znać i całej muzyki przesłuchać nie sposób, to jednak próbować trzeba. Wszak w zespole tym na wiośle wymiata nikt inny, jak tylko Seth, znany szerszej publiczności ze współpracy z Behemoth. Sam Seth pewnie nie chciałby jednak, żeby o Nomad mówić jako o „kapeli tego kolesia, co gra z Nergalem”. Byłoby to wszak niesprawiedliwe, bo to cały kolektyw działający pod szyldem Nomad nagrał ten świetny materiał. Ups, uprzedzam fakty. 😛 Do rzeczy zatem.

„Tetramorph” składa się z 4 utworów. Pierwszym w kolejności jest „Tetrawind”. Niepokojące intro przechodzi w młóckę na całego. Tempo jest szybkie, jest to bezkompromisowa jazda od początku do końca. Lubię taki dynamiczny death, bez zbędnych zwolnień, nieprzesadzony technicznie. Ot taki szybki i ciężki strzał w pysk na rozgrzewkę. Kolejny „Tetrawater” przynosi totalną zmianę klimatu. Wstęp, brzmiący jak przesterowana melodia ze starego horroru, przechodzi w połamane, trochę matematyczne klimaty. W dalszej części utworu robi się bardziej black metalowo, po czym hałas stopniowo wycisza się, a utwór bardzo klimatycznie się zamyka. Cudeńko. Wraz z „Tetrafire” wracamy do ciężkiego, walcowatego brzmienia, w które bardzo zręcznie jest jednak wpleciona subtelna melodia, uwidaczniająca się szczególnie w połowie utworu. Mimo tego kawałek cały czas pruje bezkompromisowo do przodu i jeńców nie bierze. Na zakończenie mamy „Tetraearth”, który znów przynosi zmiany. Ponownie klimatyczny, niepokojący wstęp, który przenosi nas w rejony będące hybrydą black i doom. Wokal płynnie przechodzi z ryku w coś z pogranicza chóru i melorecytacji, tyle że w lekko demonicznej postaci. Leniwie i niepokojąco snująca się gitarowa melodia nałożona na solidny fundament rytmiczny to główne atuty tego utworu. I oczywiście klimat – utwór idealnie nadawałby się na akompaniament do jakiejś okultystycznej ceremonii. Muszę przyznać, że cholernie dobrze się tego słucha.

Produkcja albumu stoi na wysokim poziomie, brzmienie jest bardzo solidne i mięsiste. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to tylko do tego, że wokal jest trochę zbyt schowany i wyciszony. Momentami aż prosi się, żeby te nieludzkie, wydobywające się z piekielnej otchłani ryki bardziej wyeksponować, żeby dopełnić dzieła zniszczenia, które inicjuje muzyka. Siłą „Tetramorph” jest jego duże zróżnicowanie, każdy kawałek oferuje nam coś zupełnie innego, pokazując kunszt Nomad i spektrum klimatów, w których zespół zręcznie się porusza. Czekam z ciekawością na kolejne wydawnictwa kapeli, a z dotychczasową twórczością muszę się koniecznie zapoznać. A „Tetramorph” dostaje ode mnie 9/10.

Maggot