Witajcie Kochani!

Jak już zapewne zauważyliście, odrabiam pewne zaległości w relacjonowaniu koncertów, w których miałem ostatnio przyjemność uczestniczyć. Dopiero co wrzuciłem relację z koncertu Vader, a dziś na tapet biorę występ szwedzkiej grupy Amon Amarth, który odbył się 08.12.2016, gdzieżby indziej, w gdańskim klubie B90.

nl1

Przyznam bez bicia, że przed tym koncertem praktycznie bohaterów tej relacji nie znałem. Wiedziałem, że jest sobie taki zespół, który gra melodyjny death metal i śpiewa o Thorze, Odynie i Wikingach. I tyle. Stwierdziłem jednak „przyjeżdżają do Gdańska, dlaczego by się nie przejść i nie zobaczyć”. Ale żeby nie pójść tak „na sucho”, postanowiłem zapoznać się z ich twórczością i… I wsiąkłem po uszy. Mogę śmiało powiedzieć, że Amon Amarth to dla mnie odkrycie roku. Ale nie o moje olśnienia tu chodzi, a o koncert, prawda?

nl1

W roli support na deskach B90 wystąpili Niemcy z Dawn Of Disease i Szwedzi z Grand Magus. Niestety, z różnych powodów nie udało mi się zobaczyć ani jednych ani drugich, miałem więc danie główne, bez przystawki i bez zupki. 😛

nl1

A owo danie główne zostało przygotowane zaiste smakowicie. Przede wszystkim doskonałe brzmienie – klarowne, selektywne, pan dźwiękowiec wywiązał się ze swojego zadania bez zarzutu. Jeśli chodzi o zaprezentowany repertuar, to swoich przedstawicieli miały wszystkie albumu począwszy od wydanego w 2002 „Versus The World”. Siedemnaście kawałków, same hiciory. 🙂

nl1

To co jednak było esencją tego koncertu, to doskonała atmosfera, która zapanowała w klubie. Po pierwsze utwory Amon Amarth mają w somie mnóstwo mocy, czadu, są ciężkie, a przy tym cholernie melodyjne i przebojowe. Już sam ten fakt sprawił, że ludzie pod sceną wariowali, było skakanie, machanie łbami, noszenie na rękach, circle pity, istne szaleństwo.

nl1

Jest dodatkowo coś takiego… uroczego w ich twórczości i wyglądzie scenicznym. Pięciu kolesi udaje Wikingów, młoty Thora zawieszone na ich szyjach, Johan Hegg (wokalista Amon Amarth – przyp. Maggot) paraduje z rogiem do picia przypiętym do pasa. Do tego te słowa piosenek traktujące o podbojach, wyprawach, o nordyckich bogach, o ucztach w Walhalli. Wszysko to jest jakieś takie pocieszne, przaśne, trochę kiczowe, ale mimo wszystko pozbawione śmieszności, żenady. Zespół ma doskonały kontakt z publicznością, można odnieść wrażenie, że między muzykami a fanami wytwarza się jakaś taka specyficzna, braterska więź, jakby wszyscy zaraz mieli wsiąść na drakkar i odpłynąć na podbój nowych lądów. 😉

nl1

Apogeum tej atmosfery nastąpiło, gdy zespół zagrał kawałek „Raise Your Horns” z ostatniego albumu „Jomsviking”. Utwór, który mówi o piciu na cześć tych, co walczyli dzielnie i powrócili z wyprawy, jak i za tych, którzy niestety od nas odeszli. Normalnie biesiada, tylko w trochę cięższym, północnym klimacie. 😛

nl1

To był naprawdę świetny koncert i czekam z niecierpliwością na kolejny występ Amon Amarth w naszym kraju. Będę tam na pewno! A Wam również polecam sprawdzić ich na żywo, jeśli jeszcze nie mieliście ku temu okazji. Jeżeli lubicie czadową, ciężką muzykę, a dodatkowo cenicie sobie fajną, przyjacielską atmosferę na koncertach, to coś czuję, że na nich się nie zawiedziecie.

Maggot