Witajcie moi Drodzy!

To już ostatnia z moich zaległych relacji relacji koncertowych z 2016 r. Tym razem przedstawię Wam po krótce jak było na wigilii. Nie, nie mojej wigilii Bożego Narodzenia w moim domu, ale na Metalowej Wigilii w gdańskim klubie B90, w którym to zebrały się zespoły mające swój własny, lekko odmienny sposób radowania się z narodzin Jezuska. 😉 Na Pomorze zjechały się bowiem black metalowe ekipy, z legendarnym Mayhem na czele. Bez bicia przyznam, że nie znałem wcześniej dokonań żadnego z występujących tego dnia zespołów, bo fan black metalu ze mnie żaden. Po raz kolejny jednak górę wzięła myśl, że skoro takie ekipy przyjeżdżają tu, gdzie mieszkam, grzechem byłoby nie pójść. A może, biorąc pod uwagę twórczość i przesłanie, grzechem właśnie było pójść…? 😛

Jak to w przypadku poprzednich relacjonowanych przeze mnie koncertów już było, nie wszystkie zespoły udało mi się zobaczyć. Tym razem ten los spotkał Au-Dessus z Litwy i Morthus z Polski. Kolejnej kapeli nie mogłem jednak odpuścić, bo zbyt wiele dobrego o niej słyszałem, a mowa o polskiej Furii.

nl1

Jedyne co wiedziałem o Furii to to, że ich muzyka nie jest typową, blackową galopadą na jednej strunie w rytm perkusyjnej kanonady, że jest bardziej wymagająca, nietypowa i połamana. To się sprawdziło, nie należą te dźwięki do najłatwiejszych w odbiorze, dużo tu zmian tempa, klimatu. Jest jednak w tej muzyce coś pociągającego, hipnotyzującego.

nl1

Muszę przyznać, że nie oglądałem występu katowiczan jak zwykłego koncertu, ale jak swego rodzaju rytuał, spektakl i bardzo mi się to podobało. Chyba trzeba się będzie z ich repertuarem zapoznać bliżej. Furia grała ok. 45 min, a miejsca na scenie ustąpiła Szwedom z Watain. Zanim jednak grupa Erika Danielssona (wokalista i lider Watain) ukazała się publiczności, ich ekipa techniczna musiała rozstawić scenografię, a ta wyglądała rzeźnicko. Dosłownie. Po obu bokach perkusji rozstawione zostały bowiem rusztowania, na których zawisły zwierzęce gnaty i czaszki. Sympatycznie, czyż nie?

nl1

Warto tu dodać, że Watain jest, w odróźnieniu od wielu innych blackowych zespółów, teistycznie satanistyczny. Czytaj – naprawdę czczą rogatego, a nie tylko wykorzystują go jako symbol. Ciekawe dlaczego tym razem nie było pod klubem pikiety żadnego kółka różańcowego? Widać fanatycy swoje informacje na temat tego, kto jest bluźniercą, a kto nie, biorą z Pudelka, gdzie częściej można usłyszeć o Behemoth niż o Watain. 😛

nl1

Dobra, wybaczcie ten złośliwy wtręt, przecież o występie i muzyce miało być. Watain zagrał w całości swój klasyczny już album „Casus Luciferi” i tylko tyle, całość więc trwała niecałą godzinę. Jak było? Dla takiego laika jak ja brzmiało klasycznie blackowo – szybko, brudnie, bluźnierczo, skrzekliwie, ale przyznaję, że całkiem fajnie się tego słuchało. Była moc, był nawet jakiś kontakt z publicznością, brzmienie też było ok, nie mam się do czego przyczepić. Po występie Szwedów przyszła już tylko kolej na gwiazdę wieczoru – legendarny, norweski Mayhem.

nl1

Powiem to od razu – ten występ był największym rozczarowaniem nie tylko Metalowej Wigilii, ale całego mojego koncertowego roku, mimo iż podchodziłem do niego bez jakichkolwiek oczekiwań, chciałem po prostu zobaczyć Mayhem tak z ciekawości, bo… Bo to MAYHEM w końcu! Zacznijmy od tego, że ekipa z Oslo dosyć długo kazała na siebie czekać, zaczęli sporo po czasie, przez co nogi już trochę zaczęły w tyłek włazić. 😛

nl1

W końcu muzycy weszli na scenę w oparach dymu, wszyscy w pierwszej linii zakapturzeni, tylko Hellhammer (perkusista Mayhem) siedział za swoim zestawem beż żadnych krępujących ruchy i widoczność ciuchów. I tu od razu wspomnę o kolejnym, moim zdaniem, minusie. Na wejście zespołu i między utworami z głośników wydobywało się dziwne, bardzo basowe ni to buczenie, nie to rzężenie. Te dźwięki miały chyba potęgować mroczną atmosferę, a jedyne co robiły, to cholernie męczyły uszy i głowę. A jeśli już przy brzmieniu jesteśmy, to na tym polu też nie było ciekawie. Nie wiem, czy tak miało być, czy pan dźwiękowiec zrobił muzykom psikusa, ale to co można było usłyszeć, było fatalne. Ściana nierozróżnialnych, zlewających się w jedno dźwięków, jakby ktoś wrzucił gruz do blendera i mielił przez prawie godzinę. Co gorsza, bardzo słabo było słychać wokal, momentami odnosiło się wręcz wrażenie, że ktoś w ogóle wyłącza wokaliście mikrofon. Wierzcie mi, niejeden koncert przeżyłem, na rożne hałasy wystawiałem swoje uszy, ale występ Mayhem był dla mnie po prostu męczący i poważnie rozważałem wcześniejsze wyjście. A to wszystko mimo włożonych w uszy fachowych stoperów (takich specjalnych na koncerty).

nl1

Może za sprawą tego obrzydliwego brzmienia, a może po prostu mnie takie rzeczy nie bawią, ale kompletnie nie kupiłem tej całej niby mrocznej, przerażającej atmosfery, którą zespół próbował na scenie wykreować. Wymalowany, wystylizowany na jakiegoś zombi-księdza Attila Csihar (wokalist Mayhem) dwoił się i troił, żeby ów cel osiągnąć. Szeptał, jęczał i wrzeszczał do mikrofonu, wyginał się w dziwnych pozach, stroił miny do ustawionej pod sceną kamery (obraz szedł na ekrany po jej bokach), ale dla mnie to wszystko było równie groteskowe, co śmieszne i głupawe. Chyba jednak nie byłem „targetem” tego koncertu. 😛 Mayhem zagrali, zgodnie z zapowiedziami, swój klasyczny album „De Mysteriis Dom Sathanas” i zmyli się ze sceny, co przyjąłem z wielką ulgą. 😛

Summa summarum uważam ten wieczór za udany, Furia i Watain na plus, Mayhem na minus, bilans więc pozostaje dodatni. :) Kolejne kapele zaliczone, w tym jedna żywa legenda, czekam na kolejną „Wigilię”. 😀

Maggot