RECENZJA: Zew Cthulhu (The Call Of Cthulhu)

The Call Of Cthulhu

Rok: 2005
Reżyseria: Andrew Leman
Scenariusz: Sean Branney
Obsada: Matt Foyer, John Bolen, Ralph Lucas, Chad Fifer, David Mersault
Czas Trwania: 47 min

Witajcie moi Drodzy!

Oto pierwsza z dwóch recenzji filmowych w ramach wydarzenia #lovercraftmonth, którego pomysłodawcą jest Angry BoardGamer, nasz zaprzyjaźniony maniak gier planszowych. Sprawdźcie jego profil na FB, jeśli chcecie zobaczyć więcej materiałów związanych z H.P. Lovercraftem, szczególnie jeśli chodzi o planszówki. Do rzeczy jednak.

„Zew Cthulhu” (oryg. „The Call Of Cthulhu”) jest wierną adaptacją opowiadania legendarnego pisarza, opublikowanego w 1928 roku. Opowiada historię mężczyzny (Matt Foyer), który porządkując przedmioty należące do swojego zmarłego stryjecznego dziadka, profesora Angella (Ralph Lucas), odnajduje dokumenty i zapiski dotyczące dziwnych snów, figurek bożków, sekt, zaginionego statku, tajemniczej wyspy, a spoiwem wszystkich wątków jest jedno imię – Cthulhu. Więcej zdradzać nie będę, żeby nie odbierać Wam frajdy z oglądania.

I tu od razu trzeba przejść do kwestii zasadniczej, gdy ktoś będzie chciał zmierzyć się z tym filmem. Jest to mianowicie obraz krótkometrażowy i… niemy. Tak, to nie pomyłka. Film został zrealizowany na modłę rodem z początku ubiegłego stulecia, obraz jest czarno-biały, kwestie aktorów ukazywane są nam na nieruchomych planszach, a jedynym dźwiękiem jaki dobiega naszych uszu jest muzyka. Ten „niuansik” jest bardzo istotny, gdyż powoduje, że filmu nie sposób oceniać według aktualnie obowiązujących norm. Mamy tu więc aż nazbyt ekspresyjną, jakby to Anglosasi powiedzieli „over the top”, grę aktorską, która jednak musi taka być, gdy środki wyrazu ograniczone są o brak głosu. I jeśli spojrzeć na nią z tej perspektywy, dojdziemy do wniosku, że nie razi, nie wzbudza uśmiechu politowania, a wręcz sprawdza się i oddaje atmosferę poszczególnych scen. Retro klimat filmu znajduje również odzwierciedlenie w scenografii, przede wszystkim w ujęciach spoza wnętrz budynków. Widać jak na dłoni, że skały są z dykty, a drzewa z drutu, ale i to ma swój nieodparty urok. Do tego dochodzi muzyka sugestywnie budująca klimat poszczególnych scen, a szczególnie tych bardziej dramatycznych, kiedy to staje się bardzo pompatyczna i głośna, tak jakby chciała wgnieść widza w fotel.

Czym by jednak były te wszystkie artystyczne i realizatorskie zabiegi, bez dobrej historii i umiejętnego jej opowiedzenia? Historia sama w sobie to, bez dwóch zdań, klasyk, który wyszedł spod pióra mistrza, legendy gatunku i jedyne, co można z nią było zrobić, to ją popsuć. Tak się jednak nie stało. To za co należą się twórcom filmowej adaptacji brawa to fakt, że operując tak ograniczonymi środkami wyrazu, udało im się zachować tę atmosferę grozy, tajemnicy i postępującego szaleństwa. Ja jako widz chłonąłem każdą minutę filmu z autentyczną ciekawością, zastanawiając się cały czas, co się stanie za chwilę i jak się to wszystko skończy. Jest to sztuka, która nie udaje się wielu twórcom i wytwórniom z ich wielomilionowymi budżetami.

Problemem dla wielu widzów może być przebicie się przez tę retro-łupinkę, jaką otoczony jest „Zew Cthulhu”. Jeśli kogoś bardzo stare kino razi, może nie przekonać się do opisywanej tu adaptacji dzieła Lovercrafta. Jeśli jednak postanowicie się przez nią przegryźć lub rozłupać ją dziadkiem do uprzedzeń, gwarantuję, że miąższ jest soczysty i smakowity. 🙂 Ode mnie 9/10.

Maggot

Ocena: 9/10

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1

One thought on “RECENZJA: Zew Cthulhu (The Call Of Cthulhu)

  1. wnioskuje ze film przypomina Nosferatu więc mnie napewno podejdzie, dzieki za polecenie, pora szukać linku (linka?)
    ps a jak wciskam strona główna to zabiera mnie do nie istniejącej ajgiveafak wiec adres sobie poprawcie czy link. .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *