In The Mouth Of Madness 1994
Reżyseria: John Carpenter
Scenariusz: Michael De Luca
Obsada: Sam Neil, Julie Carmen, Jürgen Prochnow, Charlton Heston
Czas Trwania: 95 min

Witajcie moi Drodzy!

Oto druga (po „Zew Cthulhu”) z dwóch recenzji filmowych w ramach wydarzenia #lovercraftmonth, którego pomysłodawcą jest Angry BoardGamer, nasz zaprzyjaźniony maniak gier planszowych. Sprawdźcie jego profil na FB, jeśli chcecie zobaczyć więcej materiałów związanych z H.P. Lovercraftem, szczególnie jeśli chodzi o planszówki. Przejdźmy zatem do filmu.

„W Paszczy Szaleństwa” (angielski tytuł nawiązuje do „At The Mountains Of Madness” H.P. Lovercrafta) koncentruje się na dwóch kluczowych postaciach. Pierwszą z nich jest John Trent (Sam Neil), śledczy ubezpieczeniowy, którego firmy z tego sektora rynku wynajmują, by zbadać, czy wnioski o odszkodowanie nie są przypadkiem dziełem przekrętu. Jest bezpośredni, sceptyczny i bezwzględny, ale to czyni go jednym z najlepszych w swoim fachu. Pewnego dnia zgłasza się do niego Jackson Harglow (Charlton Heston), szef wydawnictwa wydającego książki najpoczytniejszego autora horrorów – Suttera Cane’a (Jürgen Prochnow), po którego dzieła ustawiają się do księgarń dłuższe kolejki niż w PRL-u po mięso. I to Cane jest właśnie drugą kluczową postacią. Okazuje się, że Cane gdzieś zniknął, a lada moment ma zostać wydana jego najnowsza książka – tytułowe „W Paszczy Szaleństwa”. Problem w tym, że autor do tej pory nie dostarczył wydawnictwu skończonego tekstu. Należałoby jeszcze dodać, że powieści Cane’a wywierają ponoć wpływ na słabsze umysły czytelników, mogą wywoływać zwidy, utratę kontaktu z rzeczywistością i inne sympatyczne objawy. Trent, jako człowiek kierujący się empiryzmem, nie wierzy oczywiście w te bzdury i zabiera się za poszukiwania. Okazuje się, że okładki książek Cane’a zawierają wskazówki, gdzie może znajdować się, rzekomo fikcyjna, miejscowość Hobb’s End, w której rozgrywa się akcja jego powieści. Sądzi, że tam właśnie znajdzie zaginionego pisarza. Trent jedzie więc sprawdzić trop, a Harglow wysyła wraz z nim Lindę Styles (Julie Carmen) – redaktor odpowiedzialną za teksty Cane’a. Trent i Styles wyruszają więc w swoją wycieczkę, kompletnie nieświadomi i nieprzygotowani na to, co spotka ich u celu. Okazuje się bowiem, że dzieła króla horrorów potrafią wpływać nie tylko na ludzkie umysły, ale i na samą rzeczywistość świata, a jego kolejne powieści są tylko etapami sprowadzenia na nasz świat pierwotnego zła… Więcej Wam nie zdradzę. 😛

Musicie przyznać, że historia brzmi nawet ciekawie. Jak to jednak wygląda z jej przedstawieniem? Niestety, trochę nierówno. Można odnieść wrażenie, że scenariusz momentami nieco się gubi. Oczywiście, można patrzeć na to tak, że jak jest szaleństwo, to nie wszystko musi trzymać się przysłowiowej „kupy”. Jest też jednak powiedzenie, które mówi, że „w tym szaleństwie jest metoda”. Widz chciałby dokładniej poznać niektóre aspekty historii. Jak to się dzieje, że dzieła Cane’a mają na ludzi taki wpływ, jaki mają, co się dokładnie z nimi dzieje, poza tym, że – patrząc z boku – najzwyczajniej w świecie im odbija? Na czym polega to połączenie pisanego słowa Cane’a z mrocznymi otchłaniami, w których czai się nieopisane zło, chcące przedostać się do naszego świata? Momentami widz ma wrażenie, że dostaje strzępki informacji, które sam sobie musi poskładać w całość. Ale może takie właśnie było zamierzenie…?

Na plus trzeba oddać filmowi klimat. Jest niepokojąco, momentami mrocznie, momentami strasznie (mogę się założyć, że na widok dzieciaka na rowerze, nawet największym twardzielom parę włosów na głowie się zjeży ;)). Film, co ciekawe, mimo wielu niedomówień i luk w historii, jest w stanie trzymać w napięciu. Autentycznie ciekawi jesteśmy, co będzie dalej, jak potoczy się ta historia, nawet jeśli odpowiedzi, lub ich brak, nas ostatecznie rozczarują.

Jak film, to aktorstwo, prawda? Na tym polu nie jest imponująco. Główna gwiazda – Sam Neil – sprawia czasem wrażenie, jakby nie do końca odnajdywał się w tej stylistyce, jego gra wygląda momentami na wymuszoną i bez przekonania. Julie Carmen w roli Lindy Styles ma przyklejoną do twarzy praktycznie cały czas jedną minę i nie sposób stwierdzić, czy się boi, jest zamyślona czy się cieszy. Jurgen Prochnow jako Sutter Cane przykuwa natomiast całą naszą uwagę swoją komiczną fryzurą, przez co jego gra schodzi na drugi plan. 😛

Jedna rzecz, która działa na korzyść tego filmu z perspektywy dzisiejszych czasów, to efekty specjalne. Aż łezka się w oku kręci, jak niepokojące i sugestywne obrazy, jakie przerażające stwory byli ongiś w stanie wyczarować twórcy, nie mając do dyspozycji tego, co dostępne jest obecnie. Kiedyś naprawdę trzeba się było napracować, żeby stworzyć coś realistycznego, teraz wystarczy zatrudnić paru studentów 1-go roku informatyki, którzy wyczarują wszystko cyfrowo. No i fajnie, tylko czasem brak temu wszystkiemu duszy.

Zadajecie sobie pewnie pytanie „A co z tym Lovercraftem?”. Otóż „W Paszczy Szaleństwa” nie jest filmem na prozie mistrza opartym, ale luźno inspirowanym. Tytuły książek Cane’a oparte są na tytułach dzieł Lovercrafta, wypowiadane w filmie cytaty z książek Cane’a zaczerpnięte są również z jego twórczości. Poza tym, wspomniane uśpione zło, chcące przedostać się do naszego świata, od razu nasuwa skojarzenia ze stworami z mitologii Cthlulhu, jak również wszechobecna aura szaleństwa kojarzy się z prozą pisarza z Providence.

Podsumowując, „W Paszczy Szaleństwa” to film trochę nierówny, niepozbawiony wad, ale również posiadający swój klimat i urok. Jeśli szukacie lekkiego horroru (bo okazji do podskakiwania ze strachu nie ma tu zbyt wiele), a do tego lubicie Stephena Kinga (postać Cane’a jest na nim wzorowana) lub H.P. Lovercrafta, to śmiało możecie dać mu szansę. Ode mnie 6/10.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1