Ghost In The Shell 2017
Reżyseria: Rupert Sanders
Scenariusz: Jamie Moss, William Wheeler, Ehren Kruger
Obsada: Scarlett Johansson, Pilou Asbæk, Takeshi Kitano, Juliette Binoche, Michael Pitt, Peter Ferdinando
Czas Trwania: 107 min

Witajcie moi Drodzy.

Adaptowanie przez Hollywood pomysłów na filmy, które sprawdziły się już kiedyś, gdzie indziej na świecie, nie jest niczym nowym. Weźmy choćby takich „Siedmiu Wspaniałych”, western z 1960 r., który oparty został na kultowych „Siedmiu Samurajach” Kurosawy z 1954. Ostatnimi czasy było tego więcej, żeby wymienić choćby nagrodzoną Oscarami „Infiltrację” Martina Scorsese, horror „Kwarantanna” czy kryminał „Dziewczyna z Tatuażem” Davida Finchera. Przedmiot niniejszej recenzji wpisuje się w ten nurt, Amerykanie wzięli się bowiem za kultowy film anime – „Ghost In The Shell”. Jak udała im się konfrontacja z klasykiem?

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że jestem ogromnym fanem oryginału z 1995 r. w reżyserii Mamoru Oshii. Uwielbiam ten film, jest to jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów, mógłbym oglądać go w nieskończoność, a do tego ubóstwiam ścieżkę dźwiękową autorstwa Kenji’ego Kawai. Recenzja ta napisana jest zatem z punktu widzenia osoby, która materiał źródłowy zna bardzo dobrze i bardzo obawiała się, że ów materiał zostanie przez tę adaptację skrzywdzony. Ale po kolei.

Słówko o fabule. Ludzkość osiągnęła kolejny krok w swej ewolucji. Po raz pierwszy naukowcom udało się z powodzeniem wszczepić ludzki mózg do cybernetycznego ciała, po tym jak jego białkowy odpowiednik przestał nadawać się do użytku. W ten oto sposób poznajemy panią major Mirę Killian (Scarlett Johansson). Dowiadujemy się, że jej ciało uległo zniszczeniu, ale ona dostała drugą szansę, gdy jej mózg, a wraz z nim jej „duch”, zostały przeniesione do organizmu syntetycznego. Ona sama zaś zostaje członkiem elitarnej Sekcji 9 zwalczającej przestępczość w Tokio w bliżej nieokreślonej, ale z pewnością nieodległej przyszłości. W momencie, gdy rozpoczyna się właściwa akcja filmu, Sekcja 9 pod dowództwem szefa Aramaki’ego (Takeshi Kitano) próbuje rozwikłać sprawę morderstw czołowych naukowców korporacji Hanka (która to, nota bene, jest twórcą ciała pani major), o które podejrzany jest niejaki Kuze. Oczywiście nic nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać, korporacja ma swoje tajemnice, Kuze ma swoje powody, żeby mordować naukowców, a pani Major wkrótce znajdzie się w centrum wydarzeń, które wywrócą jej obecne życie do góry nogami. Brzmi zawile, ale nie chcę zdradzać więcej szczegółów, żeby nie psuć frajdy z oglądania. I domyślam się, że fanom oryginału zdążyła się już zapalić lampka ostrzegawcza, a przez głowę przebiegła myśl „Co k…?! Mira kto?!”. Rozumiem to i wrócę do tego wątku za chwilę, najpierw bowiem chciałbym się skupić na aspektach czysto technicznych.

Bardzo mocną stroną filmu jest strona wizualna. Nasze oczy cieszą przede wszystkim iście przepiękne obrazy miasta, w którym dzieje się akcja. Doskonałe zdjęcia oddają jego monumentalne rozmiary, czujemy, że jest to ogromny, przeludniony moloch ze szkła, stali i betonu, ze strzelistymi drapaczami chmur rozświetlonymi neonami, telebimami i hologramami. Po ulicach tej przypominającej pulsujący organizm metropolii poruszają się niezliczone pojazdy oraz masy ludzi, z których bardzo wielu wyposażonych jest w różnorodne, mniej lub bardziej dziwaczne, ulepszenia cybernetyczne. Ogromne brawa należą się specjalistom od charakteryzacji i kostiumów, bo dzięki nim postaci, które widzimy na ekranie wyglądają naturalnie, wiarygodnie, a jednocześnie futurystycznie i intrygująco. Widz czuje, że znalazł się w miejscu, w którym granica między człowiekiem a maszyną zaciera się i, co najważniejsze, czuje również, że nie wygląda to jak czysta fikcja, ale jak zapowiedź tego, co może niedługo nadejść. Fani klimatów cyberpunk, jak niżej podpisany, powinni czuć się jak w domu. Na pochwałę zasługuje również robota wykonana przez speców od efektów specjalnych i komputerowych, spisali się na przysłowiową piątkę z plusem.

Strona audio nie odstaje poziomem od strony wideo. Efekty dźwiękowe stoją na bardzo wysokim poziomie, a w sukurs przychodzi im klimatyczna, doskonale pasująca do obrazu muzyka. Nie ma się jednak co dziwić, skoro jej autorem jest nikt inny jak Clint Mansell, który na koncie ma już ścieżki dźwiękowe do takich filmów jak „Requiem Dla Snu”, „Źródło” czy „Czarny Łabędż”. Ten facet z niejednego soundtrackowego pieca chleb jadł i tu również spisał się na medal.

Wróćmy zatem do tematów trudniejszych. „Ghost In The Shell” od początku wzbudzał niesamowite kontrowersje w związku z obsadzeniem białej aktorki – Scarlett Johansson – w roli azjatyckiej bohaterki, jaką w oryginale była major Motoko Kusanagi. Ukuto nawet termin „whitewashing” oznaczający obsadzanie białych aktorów w rolach, w których bohaterowie powinni być, przynajmniej zgodnie z pochodzeniem i/lub miejscem akcji oryginału, przedstawicielami innych ras niż biała. Podobne, choć chyba nie aż tak gorące, kontrowersje budziły postaci grane przez Tildę Swinton w „Doktorze Strange” czy Matta Damona w „Wielkim Murze”. Ja osobiście również nie jestem fanem tego typu rozwiązań, nikomu ich jednak nie zabronię, bo nie mam takiej mocy. Twórcy „Ghost In The Shell” poszli tą drogą i… No i właśnie, tu pojawia się dylemat, jak osądzić to, jak wybrnęli z tej sytuacji. Z jednej bowiem strony można uznać, że wyszli z twarzą modyfikując historię, przez co wykorzystanie białej aktorki nabiera sensu. Z drugiej jednak strony można mieć zarzuty, że zmieniono doskonałą historię oryginału tylko po to, by móc tam wcisnąć na siłę kogoś, kto ewidentnie tam nie pasuje. Bo trzeba Wam wiedzieć, drodzy fani dzieła anime z 1995 r., że nie dostaniecie tu wiernego odtworzenia historii, którą doskonale znacie i kochacie. Twórcy nowej odsłony „Ghost In The Shell” stworzyli nową historię, która bardzo silnie związana jest z obrazem Mamoru Oshii, bazuje na niej, momentami wręcz oddaje jej hołd, ale to nie jest 1:1 to samo. Ja osobiście jestem następującego zdania – skoro już mieli to robić ze Scarlett, to dobrze, że zrobili to tak, jak zrobili. Mogło być gorzej. 😉 Prawdą jest, że opowiedziana w oryginale historia dosyć mocno ucierpiała na swej głębi i nietuzinkowości. Tamten materiał był niezwykle frapujący, skłaniał do refleksji, pod przykrywką animowanej rozrywki stawiał ważne tezy i zadawał mądre pytania, z którymi niewykluczone, że za kilka, kilkanaście lat będziemy musieli się, jako ludzkość zmierzyć. Tu dostaliśmy dosyć prostą historię, którą opowiadał już niejeden film, niekoniecznie sci-fi, z zaskakującymi zwrotami akcji, które nie bardzo zaskakują i z zakończeniem, które mogło powstać tylko w Hollywood. Mimo tego jednak nie czuję, że mój ukochany film został zbezczeszczony. Dlaczego? Wspomniałem wcześniej o oddawaniu hołdu. To jest coś, czym twórcy, w moich oczach, odkupili nieco swoje winy popełnione względem fabuły materiału źródłowego. Wiele scen z oryginału zostało odtworzonych dosyć wiernie i muszę przyznać, że z przyjemnością patrzyłem na to jak wyglądają „w rzeczywistości”, z prawdziwymi aktorami. Nie chodzi zresztą tylko o sceny, ale o drobne smaczki w wyglądzie bohaterów, ich ekwipunku, w pojazdach, które widzimy na ekranie. Fani anime, jeśli podejdą do tego filmu bez zbytnich uprzedzeń, mogą mieć niezłą frajdę z wychwytywania różnego rodzaju detali i smaczków, które nawiązują do „Ghost In The Shell” z 1995. Ja, przyznam szczerze, chcę obejrzeć jeszcze raz oryginał, a potem amerykańską adaptację, żeby owych nawiązań jak najwięcej wyłapać.

Słówko jeszcze o aktorstwie. Nie ma tu może oskarowego materiału, ale nie jest też źle. Scarlett Johansson dała radę jako kobieta, której dusza zamknięta jest w pancerzu, i która próbuje znaleźć swoje miejsce pośród ludzi, znaleźć swoje człowieczeństwo. Przyjemnie patrzyło się na jej z pozoru chłodną i stricte profesjonalną, ale mimo wszystko serdeczną i przyjacielską relację z Batou (Pilou Asbæk). Przypominało mi się to, co widziałem w oryginalnym „Ghost In The Shell”. Miło też było zobaczyć na ekranie Takeshi’ego Kitano, legendę japońskiego kina sensacyjnego. Sądzę, że był to jakiś ukłon twórców kina w stronę jego dokonań i oddanie mu hołdu. Poza tym pasował do swojej roli jak ulał. :)

Niewykluczone, że jest to najdłuższa recenzja, jaka wyszła spod mojego palca, ale temat jest zbyt bliski mojemu kinomaniackiemu sercu, bym mógł streścić się w paru zdaniach. Gdy zobaczyłem pierwszy zwiastun do „Ghost In The Shell” mój poziom obaw i sceptycyzmu był tak wysoki, że zabrakło mi skali. Czułem gdzieś podskórnie, że amerykańska wytwórnia weźmie to, co tak uwielbiam i bandycko zbezcześci w pogoni za papierkami z podobiznami swoich prezydentów. Tak się jednak nie stało. Nie czuję się zgwałcony przez oczy ani uszy. Owszem, historia została spłycona, fabuła ma przez to kilka luk, są momenty, których sensowność można uznać za co najmniej dyskusyjną. Film broni się jednak stroną audio-wizualną, klimatem, a i – umówmy się – bardziej bzdurne historie się w kinie widziało. Dla fanów oryginału gratką może być odkrywanie tego co i z jaką wiernością zostało przeniesione do wersji „żywej”. Obawiam się tylko, że dla wielu osób niezaznajomionych z anime z 1995 r., ta odsłona „Ghost In The Shell” może okazać się tylko płytkim, efekciarskim, filmem akcji/sci-fi o niczym, jakich wiele już było i pewnie jeszcze będzie. Jednakże ocena moja, czyli fana oryginalnego „Ghost In The Shell”, to 7/10. Polecam, żeby sprawdzić i wyrobić sobie własną ocenę na temat tego filmu.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1