Tata Kontra Tata (oryg. Daddy’s Home) 2015
Reżyseria: Sean Anders
Scenariusz: Brian Burns, Sean Anders, John Morris
Obsada: Will Ferrell, Mark Wahlberg, Linda Cardellini, Thomas Haden Church, Hannibal Buress
Czas Trwania: 96 min

Witajcie geeki kochane!

Cytując za anglojęzyczną wikipedią, w tłumaczeniu na język polski oczywiście, filmy komediowe to takie, które „zaprojektowane są tak, by wywołać śmiech u widowni przez rozrywkę i najczęściej opierają się na wyolbrzymianiu charakterystyk celem osiągnięcia efektu humorystycznego”. Innymi słowy, komedia ma sprawiać, że będę się śmiał. Dlaczego ten wstęp? A dlatego, że po obejrzeniu filmu „Tata kontra tata” musiałem się upewnić, czy na pewno wiem, czym jest komedia.

Główny bohater filmu, Brad (Will Ferrell), jest na pierwszy rzut oka typowym, przykładnym, amerykańskim „Kowalskim”. Jest grzeczny, uprzejmy, odpowiedzialny, nie ubiera się ekstrawagancko, raczej nie przeklina, jeździ bezpiecznym, rodzinnym autem, kocha swoją żonę Sarę (Linda Cardellini) i dba o swoje dzieci. No, może nie do końca swoje, ponieważ Megan i Dylan nie są jego biologicznymi dziećmi, ale pochodzą z pierwszego małżeństwa Sary. Brad nie ma lekko, ponieważ proces akceptacji ze strony maluchów postępuje bardzo powoli, nasz bohater jednak nie poddaje się, nie zniechęca i z całych sił stara się, by dzieci uznały go wreszcie za swojego tatę. I wszystko płynęłoby swoim niespiesznym tempem gdyby nie to, że były mąż Sary – Dusty (Mark Wahlberg) – postanawia odwiedzić swoją eks i jej rodzinę. I to też nie byłoby problemem, gdyby nie fakt, że gość przybywa z zamiarem odbicia swojej byłej ukochanej i pozbycia się Brada.

Taka oto historia miała stać się tłem i przyczynkiem do mnóstwa zabawnych sytuacji, które wyciskałyby łzy śmiechu z naszych oczu, a przy okazji nauczyłyby nas cennej lekcji dotyczącej rodziny, ojcostwa, miłości i poświęceń. Czy tak było w istocie? W żadnym wypadku. Film możnaby podsumować jako zbiór suchych, nieśmiesznych i wyeksploatowanych do granic przyzwoitości gagów. Sytuacji, w których można się szczerze roześmiać jest tyle, co kot napłakał. Zamiast uśmiechu na twarzy pojawia się grymas politowania, a ciało ogarnia uczucie zażenowania. Na mieliznach marnego scenariusza osiadły nawet tak zasłużone jednostki jak Will Ferrell i Mark Wahlberg. Ferrell jest świetnym komikiem, a jego występy w Saturday Night Live mają status wręcz kultowych. Jego równie kultowa kreacja Rona Burgundy’ego w „Legendzie telewizji” (oryg. „Anchorman”) pokazała, że „żenujący” humor również nie jest mu obcy. Wiecie, to taki typ humoru, gdzie zachowanie bohatera wzbudza w Was uczucie zażenowania, ale jednocześnie bardzo Was to bawi, jak u wspomnianego Rona Burgundy’ego czy Michaela Scotta (Steve Carell) z „The Office”. Dlaczego więc w „Tata kontra tata” czujemy właściwie tylko zażenowanie…? Poległ również Mark Wahlberg, który przez praktycznie cały film ma przyklejoną do twarzy pewną siebie minę twardziela-dupka, która próbuje zamaskować fakt, że jego bohater jest jedną wielką, nudną, chodzącą kliszą. Paradoksalnie, najjaśniejszymi, w moim odczuciu, postaciami są te drugo-, czy wręcz trzecioplanowe, jak szef Brada – Leo (Thomas Hayden Church) czy ziomek Dusty’ego – Griff (Hannibal Buress).

Jak już wspomniałem, zamysłem filmu było nie tylko widza zabawić, ale i czegoś nauczyć. Motywacja szlachetna i godna pochwały, ale na zamiarach się skończyło. Poważne, słuszne przesłanie zostało całkowicie spłycone i ztrywializowane przez kiepski scenariusz.

Chciałbym móc powiedzieć, że „Tata kontra tata” to film, który zmarnował wysoki potencjał historii. Ale prawda jest taka, że już sama historia niewiele obiecywała, a film niewiele zrobił, by coś z niej wycisnąć. Dostaliśmy nudną, niezabawną papkę, o której zapomina się 5 minut po obejrzeniu. Są lepsze sposoby na spędzenie półtorej godziny.

Maggot