Obcy: Przymierze (oryg. Alien: Covenant) 2017
Reżyseria: Ridley Scott
Scenariusz: John Logan, Dante Harper
Obsada: Michael Fassbender, Katherine Waterston, Billy Crudup, Danny McBride, Demián Bichir, Carmen Ejogo, Callie Hernandez
Czas Trwania: 122 min

Witajcie moi drodzy!

Ta recenzja zacznie się nietypowo, bo od mojego apelu do Was. Tuż przed premierą Obcego: Przymierze wytwórnia Fox udostępniła w sieci krótki filmik, będący prologiem do wspomnianego filmu i łącznikiem między nim a Prometeuszem. Dowiadujemy się z niego, co stało się po tym jak Elizabeth Shaw i David odlecieli z LV-223. Moja prośba – nie oglądajcie go, jeśli planujecie obejrzeć najnowszą odsłonę Obcego. Nie zepsuje Wam on kompletnie seansu, ale z drugiej strony odbierze sporo z elementu niepewności i zaskoczenia, jaki mógłby Was czekać. Zobaczcie go sobie już po obejrzeniu filmu. A teraz przejdźmy do właściwej recenzji.

Jeśli śledzicie nasz kanał na YouTube, to wiecie, że Obcy: Przymierze był najbardziej przeze mnie oczekiwanym filmem tego roku (zapraszam do obejrzenia nagrania tutaj). Wyraziłem wtedy duże obawy, że film będzie tylko nędzną kalką poprzednich części, że rozczaruje, że pozbawiony będzie tej niezbędnej Obcemu, mrocznej i klaustrofobicznej atmosfery. Już na wstępie mogę powiedzieć, że gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, odetchnąłem z ulgą. Nie było tak źle, jak się obawiałem.

Akcja filmu dzieje się 10 lat po wydarzeniach z Prometeusza. Statek kolonizacyjny Przymierze zmierza w stronę egzoplanety, która według wszelkich danych nadaje się do kolonizacji. Na pokładzie statku, poza załogą, podróżuje ok 2 tys. zahibernowanych kolonistów oraz ludzkie zarodki. Na skutek pewnych kosmicznych zdarzeń załoga statku ląduje na innej planecie, która – teoretycznie – też jest w stanie gościć życie. I faktycznie, powierzchnię planety pokrywają bujne lasy i łąki, jest woda, atmosfera pozwala ludziom swobodnie oddychać, na pierwszy rzut oka wszystko zdaje się być w porządku. Zastanawia jedynie brak jakichkolwiek zwierzęcych form życia. W miarę rozwoju wydarzeń bohaterowie odkrywają, iż ciało niebieskie, na którym się znaleźli, skrywa mroczną tajemnicę. Więcej Wam nie zdradzę, żeby nie odbierać satysfakcji z oglądania. Nie jest natomiast tajemnicą, że Obcy: Przymierze jest oficjalną zarówno kontynuacją Prometeusza, jak i prequelem do Ósmego Pasażera Nostromo (choć nie bezpośrednio, bo już wiadomo, że będzie przynajmniej jeden film, chronologicznie między Przymierzem a oryginałem sprzed prawie 40 lat), dlatego też pewnych wątków możecie się domyślać, zanim jeszcze sam film zobaczycie.

Obcy: Przymierze to powrót Ridley’a Scotta po 5 latach do uniwersum swojego dziecka, stwora, którego z pomocą ś.p. H.R. Gigera powołał do życia w 1979 r. wraz z filmem Obcy: Ośmy Pasażer Nostromo. Jest to zarazem trzeci film ze świata obcego (po wspomnianym Ósmym Pasażerze i Prometeuszu) wyreżyserowany przez Scotta. Prometeusz był filmem, który wzbudził mnóstwo kontrowersji i przez bardzo wielu widzów uznany został – moim zdaniem niesłusznie – za wielkie rozczarowanie, przy czym jest to temat na osobną dyskusję. I to co widoczne było w Prometeuszu, mamy i tu, a mianowicie przepiękne zdjęcia. Surowe krajobrazy Islandii (m.in. podnóże wulkanu Hekla czy wodospad Dettifoss) zastąpiono przepięknymi widokami Nowej Zelandii i Australii. Uwierzcie mi, to czym raczone są nasze oczy, to prawdziwa uczta, od pomieszczeń na statkach kosmicznych, po panoramy górskich przełęczy, wszystko zaiste urzeka widza. Kawał dobrej roboty wykonali spece od efektów specjalnych, od kostiumów, charakteryzacji, scenografii, każda osoba zaangażowana w powstawanie wizualnej strony filmu zasłużyła na swój czek z wypłatą.

Dobrze jest też od strony audio, mamy dużo klimatycznej, czasem wręcz pompatycznej muzyki, efekty dźwiękowe na wysokim poziomie, nie ma się absolutnie do czego przyczepić.

Na wyróżnienie zasługuje również praca wykonana przez aktorów. Nominacje oskarowe zapewne się nie posypią, ale każdy członek obsady spisał się co najmniej dobrze. Na szczególną uwagę, w moim odczuciu, zasługują Michael Fassbender w swojej podwójnej roli, Billy Crudup w roli nie do końca pewnego siebie kapitana oraz Danny McBride, na którym chciałbym skupić się chwilę dłużej. Jeśli oglądaliście takie filmy jak Boski Chillout (oryg. Pineaplle Express), Jaja W Tropikach (oryg. Tropic Thunder) czy To Już Jest Koniec (oryg. This Is The End), to wiecie, że Danny McBride to koleś, który jest w swoim żywiole, gdy w wulgarnych komediach raczy widza ciętym, chamskim, czasem wręcz rynsztokowym humorem. I nagle pojawia się w poważnym, kosmicznym dreszczowcu. Obawiałem się, że posłuży tu za tzw. comic relief, czyli będzie tym wyluzowanym członkiem załogi, który ciągle śmieszkuje i którego ciężko jest brać na poważnie. I ku mojemu zaskoczeniu nic takiego nie ma miejsca, owszem grany przez niego Tennessee jest wyluzowanym gościem, ale nie wyrasta na okrętowego błazna, a sam McBride dał radę w roli dramatycznej, gdy trzeba było okazać również smutek, żal i gniew. Duże zaskoczenie in plus.

Niby wszystko ok, nie ma się do czego przyczepić, więc chyba film roku, prawda? Niezupełnie. Zanim jednak przejdę dalej, podkreślę jeszcze raz, że jestem dużym fanem „starego, dobrego” Obcego z 1979 w reżyserii Scotta i jego kontynuacji z 1986, za którą odpowiedzialny był James Cameron. Staram się jednak najnowszego Obcego nie oceniać przez pryzmat tamtych filmów, ponieważ to z góry skazałoby tak jego, jak i kolejne filmy z tego uniwersum, na automatyczną porażkę. W końcu nic nigdy nie będzie tak dobre jak klasyk, prawda? Należy jednak pamiętać, że w momencie premiery Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo nie otrzymał wcale jakiegoś powalająco ciepłego przyjęcia od krytyków, a jego legenda i kult tworzyły się przez wiele lat. Dwoma największymi problemami Obcego: Przymierze są wtórność i nadmierne komplikowanie i tak już skomplikowanej fabuły całego cyklu. Zauważyłem, że im więcej filmów oglądam, tym paradoksalnie mniej staję się wymagający, a coraz bardziej dociera do mnie, że w kinie już chyba wszystko wymyślono, w związku z czym co i rusz oglądając jakiś film mam wrażenie, że kiedyś już to widziałem. I akceptuję to ze zrozumieniem, nie obruszam się, że jakiś film jest bliźniaczo podobny do innego. Kino to biznes, filmy są jak produkty schodzące z taśmociągu, a studia filmowe są ich fabrykami, nie sposób więc ustrzec się przed powielaniem pomysłów, schematów czy wątków fabularnych. Ale Ridley’owi Scottowi zawiesiłem poprzeczkę wyżej niż to, co pokazał w najnowszej odsłonie Obcego. A ten film niejednokrotnie zjada swój własny ogon, czy też inne kończyny, począwszy od samego motywu załogi statku lądującej na planecie, na której czeka na nią coś niedobrego, przez silną rolę kobiecą w postaci Daniels (Katherine Waterston) na finałowych scenach skończywszy. Od jednego z moich ulubionych reżyserów, który aspiruje do miana twórcy, który stara się tworzyć kino ambitne, niesztampowe, wymagam więcej. I drugi problem, o którym wspomniałem – komplikacja fabuły. Prometeusz zostawił widza z bardzo wieloma pytaniami. Obcy: Przymierze nie dość, że praktycznie na żadne z nich nie odpowiada, to jeszcze dorzuca kolejną hałdę niejasności i pytań, przez co widz wychodzi z kina lekko przytłoczony i zrezygnowany, że kiedykolwiek jeszcze dane mu będzie zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. Można momentami odnieść wrażenie, że scenarzyści nie do końca wiedzieli, jaki efekt chcą finalnie osiągnąć, nawrzucali więc do jednego wora mnóstwo z pozoru powiązanych wątków, efekt końcowy jest jednak taki, że bardzo ciężko się w tym wszystkim połapać. Przez to wszystko siada też trochę klimat, bo widz zamiast skupić się na tym, co się dzieje, cały czas zmuszony jest do łączenia w całość poszczególnych elementów fabularnej układanki. Inna sprawa, że film nie jest tak mroczny i klaustrofobiczny jak oryginał z 1979 czy jego kontynuacja, choć jest kilka scen, w których ręce miałem zaciśnięte, a po paru chwilach łapałem się na tym, że mam wstrzymany oddech. Szczególnie odczuwalne było to w scenie na lądowniku na powierzchni planety, a duża w tym zasługa aktorek, które zbudowały bardzo sugestywny klimat przerażenia i bezradności.

Wybaczcie rozmiar recenzji, ale jak już wiecie materiał ten jest bardzo bliski memu sercu, nie byłbym więc w stanie poprzestać na paru zdaniach. Podsumowując, uważam film Obcy: Przymierze za solidny dodatek do uniwersum znanego i lubianego ksenomorfa, przepiękny wizualnie, ale niepozbawiony wad, ze wskazaniem na przekombinowanie i tak już zawiłej fabuły. Polecam, żebyście na własnej skórze przekonali się, jak zadziała na Was nowa inkarnacja obcego.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1