Witam!

22 kwietnie 2017 r. to data może nie historyczna, ale na pewno bardzo ważna, szczególnie dla polskiej braci metalowej. Tego dnia bowiem odbył się po raz kolejny, wskrzeszony po 9 latach niebytu, najpopularniejszy polski festiwal metalowy – Metalmania. A niżej podpisanemu przypadł zaszczyt uczestniczenia po raz pierwszy w życiu w tej imprezie, o czym co nieco Wam opowie.

W katowickim Spodku stawiliśmy się wraz z ekipą tuż po 10:00, kiedy to otwarto bramy. Na wejściu standard – „gruntowne” przeszukanie kieszeni, torebek i plecaków (mógłbym worek granatów wnieść i nikt by się nie kapnął), sprawdzenie biletów i… no właśnie. Przyzwyczajony do obowiązujących standardów spodziewałem się umieszczenia na moim nadgarstku opaseczki, dzięki której będę mógł swobodnie wychodzić z hali i wchodzić. Spytanie paru zdezorientowanych ochroniarzy wykazało, że owe opaski rozdawane są przy szatniach. Kierujemy się zatem tam. Jak wiecie, połowa kwietnia była w tym roku zarazem połową zimy, trzeba się było więc wierzchnich odzień pozbyć. I tu kolejne zaskoczenie. Szatni jest kilka, ale obsługują tylko w jednej, całe 2 osoby (sic!) a kolejka powoli zaczyna przypominać te rodem z PRL-u. Najwyraźniej strategia była taka, że jak się jedna szatnia zapełni, to potem otworzą kolejną, zachowując przy tym ograniczony stan osobowy. Mistrzostwo planowania. Idziemy po opaski… w jednym kolorze. Biorąc pod uwagę fakt, że miejsca na dużej scenie są i na płytę i na trybuny, posunięcie cokolwiek zastanawiające… Ale co tam, olać szczegóły, jesteśmy na miejscu, przejechaliśmy całą Polskę i gotowi jesteśmy na cały dzień ciężkich dźwięków. \m/

Pierwsza wystartowała mała scena, która zlokalizowana była w holu Spodka, tuż przy schodach prowadzących do wyższych sektorów trybun. Fatalny wybór, ponieważ owe schody mocno ograniczały powierzchnię dla widzów (pomijając je same, ale doliczyć trzeba niewykorzystaną przestrzeń za nimi, bo przecież nikt nie przyjechał oglądać schody, tylko grające kapele), a dodatkowo zaczęły stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia, gdy pod sceną zaczęło się robić gorąco.

nl1
Lineup Metalmanii 2017.

Zaszczytne, ale i niezwykle trudne zadanie rozpoczęcia Metalmanii 2017 przypadło polskiej ekipie Mentor. I muszę przyznać, że z tego zadania wywiązali się wzorowo. Ciężko mi jednoznacznie powiedzieć, co chłopaki grają (Metal Archives wskazuje na mieszankę black, thrash i hardcore’a), ale było to brudne, głośne jak cholera i bardzo energetyczne. Krótki, ale bardzo treściwy set, prawdziwa petarda odpalona na start festiwalu. Fanem kapeli raczej nie zostanę, nie moje klimaty, ale ogromny szacunek dla nich za wejście z taką werwą i bez śladów tremy. Wiem, że muzycy tego zespołu grają w tak okrzepłych już ze sceną formacjach jak Furia, Thaw czy J.D. Overdrive, ale jednak to otwarcie Metalmanii, stresik pewnie mógłby być, a nie było po nim nawet śladu.

nl1
Mentor

Harmonogram festiwalu ustawiony był tak, że gdy kończył się występ na małej scenie, od razu zaczynał się kolejny na dużej i tak na przemian. Po występie Mentor czas więc przyszedł, aby udać się na dużą scenę i… kolejne niemiłe zaskoczenie organizacyjne. Panowie ochroniarze pilnujący wejścia na płytę sprawdzają opaski i… bilety. A to dlatego, że wszystkie opaski są w jednakowym kolorze, więc muszą to robić, żeby stwierdzić, kto ma prawo wejść na płytę, a kto nie. Naprawdę tak ciężko było przygotować dwa zestawy opasek, żeby i ochronie i fanom było łatwiej? Anyway, na dużej scenie rozstawił się już polski zespół Animations i… z przykrością muszę stwierdzić, że był to najsłabszy z występów, jakie ujrzeliśmy tego dnia. Zaprezentowany przez ekipę z Jaworzna rozmiękczony miks nu-metalu i metalcore’a kompletnie do mnie nie przemówił. I do tego perkusista strojący miny jak kiedyś pudel-metalowcy w latach 80. Cała ekipa zgodnie stwierdziła, że czas ten lepiej poświęcić na zakup piwka i znalezienie dobrego miejsca na obejrzenie na małej scenie death metalowego składu Stillborn.

nl1
Animations

Kolejny występ przy schodach i kolejna petarda. Pan Killer ze swoją ekipą wychłostał uszy publiki swoją diabelską mieszanką death i black, a takiej wściekłości na twarzy wokalisty nie widziałem chyba nigdy. Nie wiem kogo tak bardzo nienawidzi lider Stillborn i co go tak wnerwia, ale dał temu wszystkiemu upust na scenie pokazując, że death metal to nie kołysanki a brutalność, agresja i dźwiękowy gruz. Doskonały występ, który nie mógł pozostawić obojętnym nikogo, kto znalazł się pod sceną.

nl1
Stillborn

Rachu, ciachu i zrobiła się 12:30, a kiszki zaczęły grać marsza, na czym niestety ucierpieli Anglicy z Tygers Of Pan Tang, ponieważ nie dostąpili zaszczytu naszej obecności pod sceną podczas ich występu. :) Cóż, jeśli program skonstruowany jest tak, że występy są na przemian, bez przerw, to w końcu któreś zespoły będą musiały przegrać z pragnieniem, głodem i potrzebami fizjologicznymi widzów. Wychodzimy na zewnątrz, a tam food trucków sztuk… trzy. Trzy żarłodajnie na kilka tysięcy ludzi… Tylko zima, która postanowiła dłużej zagościć w naszym kraju, sprawiła, że nie ustawiły się do nich kolejki jak po nowe iPhone’y w dniu premiery. Gdyby nie odstraszające zimno, dam głowę, że mało kto decydowałby się jeść sflaczałe zapiekanki i wysuszone hot-dogi serwowane w punktach gastronomicznych wewnątrz hali.

Po zapełnieniu żołądków wróciliśmy pod małą scenę, gdzie grzała już ekipa z Thermit. Tu jednak należy wspomnieć o kolejnej wpadce organizacyjnej. Otóż kierujemy się do bramek na wejściu do Spodka, zawiadywanych przez ochronę, a ta prosi nas o… bilety! To nic, że mam festiwalową opaskę na łapie, potrzebny jest też bilet… Ręce mi opadły. Wracając jednak do Thermit – dużo dobrego słyszałem o tym zespole, ale do ujrzenia ich występu na Metalmanii nie słyszałem ich materiału. Słowa dziennikarzy potwierdziła rzeczywistość, zespół grał z werwą, energią, z uśmiechami na twarzach, a ich mieszanka heavy i thrashu doskonale sprawdza się tak na żywo, jak i z głośników w zaciszu domowym. Wiem, bo zaraz po festiwalu postanowiłem się z ich twórczością zapoznać i nie żałuję. Wam polecam również sprawdzić, co mają do zaoferowania.

nl1
Thermit

Koniec występu i szybki desant na dużą scenę, celem zobaczenia holenderskich death metalowców z Sinister. Oczywiście wchodząc na płytę znów należało okazać bilety… Ehh. Sinister do tej pory znałem tylko z nazwy, ale byłem ciekaw, co zaprezentują. Zaskoczenia nie było – gitary sypały z głośników gruz, trzewia wibrowały w rytm perkusyjnych blastów, a wokalista ryczał tak, jakby żarł żyletki i zapijał olejem silnikowym, innymi słowy death metal bez zbędnych udziwnień. W oczy rzucały się też włosy jednego z gitarzystów, które sięgały mu – dosłownie – do pasa, a kiedy zarzucił je do przodu, to praktycznie go zasłaniały, przez co wyglądał jak kuzyn Coś z Rodziny Addamsów. :)

nl1
Sinister

Kolejny występ na małej scenie – In Twilight’s Embrace – był kolejnym, który opuściliśmy celem „wymiany płynów”. No wiecie, jedne płyny się wylewa, inne się wlewa. 😉 A że do jednych i drugich alei serwisowych kolejki, a występ tylko 30 min., więc niestety trzeba było go poświęcić dla celów wyższych.

Powrót na dużą scenę, a tam już grali Norwegowie z Arcturus i był to drugi już tego dnia występ, z którego wyszedłem, bo kompletnie do mnie nie przemówił. Muzycznie jeszcze nie najgorzej, ale nie przypadła mi do gustu maniera wokalna wokalisty, brzmiał jakby kompletnie mijał się z muzyką. Całość brzmiała jak fałszowane, pijackie zaśpiewy do jakiegoś podkładu muzycznego. Oczywiście to subiektywna opinia.

nl1
Arcturus

Kolejnym zespołem na małej scenie był Mord’A’Stigmata, którego występ w ramach supportu dla Triptykon przegapiłem, teraz więc nadarzyła się okazja, żeby zobaczyć zespół, o którym słyszałem sporo dobrego. Nie zawiodłem się, ich mroczny, klimatyczny post-black bardzo przypadł mi do gustu. Efektu tajemniczości i mroku dopełnić miało spowicie muzyków we mgle, ale biorąc pod uwagę, że było ok. 15:30 nie do końca się to udało. Nie wizualne wrażenia były jednak najważniejsze, a te dźwiękowe i pod tym względem było świetnie. Dość powiedzieć, że zachęcony tym występem, słucham ostatniego wydawnictwa ekipy z Bochni – „Hope” – już od miesiąca i ciągle odkrywam w nim coś nowego.

nl1
Mord’A’Stigmata

Powrót na dużą sceną i znów gruz, tym razem sypany przez Entombed A.D. pod wodzą legendarnego już ambasadora tego gatunku, niejakiego L.G. Petrova, który jak zawsze, z właściwym sobie wdziękiem, pluł, smarkał i wydobywał ze swojego apartu dźwiękowego odgłosy jakby topił się we własnych wymiocinach. Idealna oprawa dla serwowanej przeze jego zespół death uczty. Tu przyznam, że przyszedł pierwszy kryzys sił, spowodowany niechybnie faktem, iż pobudka miała tego dnia miejsce ok. godziny 4:00. Występ Szwedów został więc spożytkowany na odsapnięcie na trybunie i odzyskanie odrobiny sił, bo zaraz na małej scenie miał pojawić się…

nl1
Entombed A.D.

…Infernal War! W mojej relacji z koncertu Vader w gdańskim B90 (zapraszam tutaj) napisałem, że jeśli kiedyś będzie szansa zobaczyć częstochowian na żywo, to na pewno z niej skorzystam. No i nadarzyła się! :) Pamiętacie, co napisałem o scenicznej prezencji lidera Stillborn. No więc Herr Warcrimer, głównodowodzący częstochowskiego Infernal War plasuje się tuż za nim jeśli chodzi o emanowanie wkurwem na scenie. Muzycznie, było tak samo, jak wtedy, gdy widziałem ich na żywo w Gdańsku, supportujących Vader i tu pozwolę sobie użyć słów samego lidera Infernal War – „konkretnie, prosto w pysk i na pełnej kurwie”. Nic dodać, nic ująć! :)

nl1
Infernal War

Co ciekawe, właśnie miała miejsce powtórka z gdańskiej rozrywki, ponieważ po Infernal War, tylko że na dużej scenie, grał właśnie Vader i tym razem nie mogłem mieć żadnych wątpliwości co do świeżości, energii i zaangażowania zespołu. Ekipa z Olsztyna wymiotła i udowodniła, że mimo tylu lat na scenie, chodzi przede wszystkim o Petera, któremu stuknęła już 50-tka, nadal jest siłą, z którą trzeba się liczyć. Set wypełniły głównie starsze kawałki, w szczególności z The Ultimate Incantation, który zapełnił go w ponad 50%. Widać jednak było, że publika właśnie na to czekała i doskonale się bawiła.

nl1
Vader

Sosnowiecki Thaw był kolejnym zespołem który przegrał z prozą życia, która raczej Was, drodzy czytelnicy, nie interesuje, przejdę więc od razu do kolejnego występu na dużej scenie, a tę wziął w posiadanie legendarny Sodom. Zespół został zapowiedziany bardzo trafnymi słowami „przed Wami trzech wkurwionych Niemców”. Zaiste, to co gra Tom Angelripper wkurzone zdecydowanie jest, a do tego szybkie, brudne i pełne energii, która udzieliła się praktycznie wszystkim zgromadzonym pod sceną. Widać było, że zespół ma w Polsce spore grono fanów. Ja raczej jednym z nich nie zostanę, ale występ ten doceniam i oceniam na duży plus.

nl1
Sodom

I znów szybkie przemieszczenie się pod małą scenę gdzie już za moment miał zagrać Obscure Sphinx. Dużo dobrego słyszałem o tym zespole, ale nic a nic z ich muzyki. Było już dobrze po 19:00 więc w końcu zaczęła robić się aura pod mroczne, metalowe występy, a w takiej Obscure Sphinx czuje się ewidentnie bardzo dobrze. Ciemne światła, dym i mocarne dźwięki wygrywane przez muzyków połączone ze sceniczną prezencją wokalistki – Zofii „Wielebnej” Fraś – sprawiły, że oglądało się to bardziej jak jakąś ceremonię, misterium niż li tylko występ zespołu muzycznego. Oczywiście, jak w przypadku Thermit czy Mord’A’Stigmata, ostatnie wydawnictwo Obscure Sphinx jest regularnie katowane, a do tego niedługo będzie kolejna okazja zobaczenia warszawskiej ekipy na żywo, będę bowiem supportować Francuzów z Gojira. :)

nl1
Obscure Sphinx

Maratonu ciąg dalszy, przenosiny na dużą scenę, a tam grali już szwajcarscy thrashowcy z Coroner. To co zaprezentowali bardzo mi się spodobało, całkowite przeciwieństwo tego, co pokazali Niemcy z Sodom. Brud i szarża na złamanie karku ustąpiły miejsca większej technice, selektywności brzmienia i złożoności kompozycji. Nie chcę w ten sposób powiedzieć, że Sodom gra gorzej. Nie wartościuję, po prostu propozycja Coroner bardziej przypadła mi tego wieczoru do gustu. Najważniejsze jednak, że fani zgromadzeni pod sceną dobrze się bawili, a ja wśród nich.

nl1
Coroner

Zaczęło się robić późno i odezwały się żołądki, muzykom fińskiego Impaled Nazarene nie było więc dane poznać nas osobiście. 😛 Trzeba jednak było trochę się pożywić, żeby wytrzymać jeszcze tych parę godzin.

Nadszedł w końcu czas na pierwszą z dwóch gwiazd wieczoru – Portugalczyków z Moonspell. Fanem zespołu nie jestem, są ze 2-3 utwory, które lubię, generalnie jednak nie przemawia do mnie za bardzo takie granie. Bardzo byłem jednak ciekaw tego występu i muszę przyznać, że bardzo mi się podobał. Zespół grał z zaangażowaniem, dźwiękowcom udało się ukręcić solidne, mocarne brzmienie, całości towarzyszyła przyjemna dla oka oprawa. I do tego lider zespołu, Fernando Ribeiro, który nie dość że dobrze prezentował się wokalnie, to jeszcze miał świetny kontakt z publicznością, która – gdyby tylko jej kazał – jadłaby mu zapewne z ręki. :)

nl1
Moonspell

Z występu Moonspell trzeba się było urwać przed jego końcem, bo na małą scenę wchodził już zespół, na który czekałem najbardziej – CETi. Mógłbym długo pisać o tym, co było w tym występie dobrego, ale wtedy musiałbym tę relację wydrukować i sprzedawać w księgarniach. :) W skrócie zatem – totalny czad. Na scenie było tyle energii, że możnaby zasilić tego wieczoru całe Katowice. A Grzegorz Kupczyk jest bogiem, facet na żywo brzmi jeszcze lepiej niż na albumach, coś po prostu niesamowitego. W mojej ocenie, najlepszy występ z tych, które tego dnia widziałem, a intuicja podpowiada mi, że gdybym zobaczył wszystko, to i tak zdania bym nie zmienił. 😀

nl1
CETi

Metalmania 2017 była już w tym momencie na ostatniej prostej. Przedostatnim zespołem goszczącym na dużej scenie była druga z gwiazd festiwalu – szwajcarski Samael. Nie wiem, czy to już zmęczenie (było już po 23:00) czy po prostu nie są to moje klimaty, ale muzyka Vorpha i s-ki kompletnie do mnie nie przemówiła. Razem z dziewczyną przeczekaliśmy ten występ w holu Spodka, na leżaczkach, sącząc piwko i czekając na kolegę, który Samaela uwielbia i rzeczą oczywistą było, że będzie chciał zobaczyć i usłyszeć całość.

nl1
Samael

Po koncercie Samaela na małej scenie grał jeszcze zespół Entropia, po czym festiwal na dużej scenie zamknąć miał występ Furii. Entropii nie znałem i już nie bardzo mi zależało, Furię natomiast widziałem w ramach Metalowej Wigilii, więc nie miałem takiego ciśnienia, żeby na nich czekać. Zmęczenie powoli wygrywało. Zapadła więc decyzja, że odpuszczamy i udajemy się do hotelu.

I tak zakończyła się Metalmania 2017, festiwal bardzo udany, na bardzo wysokim poziomie artystycznym, z paroma drobnymi zgrzytami organizacyjnymi, które nie miały jednak wpływu na ostateczną oceną i wrażenia. A te były doskonałe, świetnie się bawiliśmy, ja osobiście cieszę się, że mogłem zobaczyć na scenie kilka żywych legend, a do tego jeszcze uścisnąć rękę pana Romana Kostrzewskiego i dostać od niego autografik. Mała rzecz a cieszy. :) I czekam już na przyszłoroczną Metalmanię, może się tam spotkamy…

nl1
Tych panów chyba przedstawiać nie trzeba…

Maggot