183 Metry Strachu (oryg. The Shallows) 2016
Reżyseria: Jaume Collet-Serra
Scenariusz: Anthony Jaswinski
Obsada: Blake Lively, Brett Cullen, Óscar Jaenada
Czas Trwania: 86 min

Witajcie moi drodzy!

Kto nie oglądał filmu „Szczęki” w reżyserii Stevena Spielberga ręka do góry! Nie widzę, nie słyszę, dziękuję. „Szczęki” są filmem kultowym, który do tej pory ogląda się z przyjemnością, nie tylko za sprawą krwawych scen i napięcia, których autorem jest wielki gumowy rekin, ale i ze względu na fajną relację między głównymi bohaterami, którzy wyprawiają się, aby wielkiego ludojada zabić (tekst „You’re gonna need a bigger boat” to już klasyk). „Szczęki” doczekały się kilku słabych kontynuacji, zainspirowały też wiele filmów, w których rekiny były głównymi antagonistami, żeby wymienić choćby „Piekielną Głębię”, „Bestię z Otchłani” czy „Ocean Strachu”. W ten trend wpisują się również „183 Metry Strachu” w reżyserii Jaume’a Collet-Serry. Swoją drogą dawno już chyba nie wiedziałem polskiego tytułu, który tak bardzo odbiegałby od oryginału (oryg. „The Shallows” – pol. mielizna). Nie wiem czy ganić tłumaczy za kretyński przekład czy chwalić za kreatywność…? Może obawiali się, że tytuł „Mielizna” zdradziłby za dużo informacji dotyczących poziomu prezentowanego przez film… 😛 Ale po kolei.

Młoda Amerykanka – Nancy (Blake Lively), przyjeżdża do Meksyku, gdzie z pomocą lokalsów udaje jej się odnaleźć ukrytą w pewnej zatoce, praktycznie nieuczęszczaną plażę, którą uwielbiała jej zmarła matka. Dziewczyna chce spędzić tam trochę czasu, popływać na desce surfingowej i pomyśleć nad swoim życiem. Sielanka nie trwa jednak długo. Okazuje się, że zatoka w której Nancy chciała oddać się szaleństwom wodnym to teren łowiecki żarłacza ludojada, który nie toleruje intruzów na swoim rewirze. Dziewczyna zostaje zaatakowana i raniona przez rekina. Udaje jej się co prawda znaleźć schronienie na wystającej z wody skale, ale od bezpiecznego brzegu dzielą ją tytułowe 183 metry, a skała wkrótce zostanie zatopiona przez nadchodzący przypływ…

Gdy myślę o tym filmie, to do głowy przychodzi mi przede wszystkim jeden przymiotnik: nierówny. Z jednej strony mamy dużo przepięknych zdjęć, a w szczególności scena w której Nancy wypływa w stronę otwartego oceanu na desce, nurkując z nią pod napływającymi falami. Widok naprawdę urzekający. Z drugiej jednak są momenty, gdzie jak na dłoni widać, że scena kręcona jest w jakimś basenie, bo wiatr nie wieje, bo światła jakieś dziwne i wszystko wygląda sztucznie. Podobnie jest z komputerowo wygenerowanym rekinem. Są ujęcia w których ciężko poznać, że to nie prawdziwe zwierzę, w innych zaś mamy wrażenie, jakbyśmy cofnęli się o jakieś 20 kinematograficznych lat wstecz. Mam też wątpliwości co do zobrazowania głównej bohaterki. Z jednej strony pokazuje się nam, że nie jest tylko tępą, ładną blondynką – jest inteligentna, wrażliwa, a do tego niezwykle zaradna i bystra. Taki MacGyver w bikini. :) Dodatkowo Blake Lively dała radę udźwignąć ten film na swoich barkach, ponieważ „183 Metry Strachu” to de facto teatr jednego aktora. Lively gra przekonująco, jej emocje są wiarygodne. Z drugiej jednak strony pani Deadpool (Blake Lively jest prywatnie żoną Ryana Reynoldsa) jest kobietą bardzo atrakcyjną i sporo jest ujęć, które nastawione są tylko na to, by jej wdzięki w pełnej okazałości ukazać. Jestem pewien, że duża część męskiej widowni będzie się na te widoki ślinić, choćby w myślach (jeśli będą oglądać ten film ze swoimi partnerkami). No i właśnie – z jednej strony silna, łebska bohaterka, faworytka feministek ( 😉 ), a z drugiej typowe – jak to określają Anglosasi – eye candy. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem seksistą, który uważa, że atrakcyjna kobieta nie może być inteligentna, czy coś w tym stylu. Chodzi mi wyłącznie o intencje twórców i środki wyrazu, jakie wykorzystali. Śmiem twierdzić, że wytyczne na casting brzmiały – szczupła, ładna, z wdziękiem, gracją, kształtnym biustem, a przy okazji, jak umie zagrać, to też spoko. 😛 Tym samym, jeśli aktorsko nie dałaby rady, to przynajmniej wygląd mógłby ją ratować, a to już nie jest fair ani wobec samej aktorki ani wobec widza. Ale cóż, takie jest Hollywood. 😛

Jestem przekonany, że wszelkim astronomom, fizykom, lekarzom i zoologom (ichtiologom w szczególności), którzy zdecydowali się ten film obejrzeć, śni się on po nocach w najgorszych koszmarach. Ilość bzdur na centymetr kwadratowy kliszy filmowej jest wprost porażająca. Od zachowań samego rekina, przez detale dotyczące lokacji, na kompletnie nierealistycznym ukazaniu zjawiska przypływów i odpływów skończywszy. Można odnieść wrażenie, że akcja filmu dzieje się w jakimś równoległym wszechświecie, gdzie przypływy i odpływy pojawiają się jak chcą, a rekiny obrażają się na ludzi. Spytacie pewnie z jakiej racji się czepiam, skoro „Szczęki” też szczytem logiki nie były? Ano dlatego, że „Szczęki” były pierwsze, stały się filmem kultowym i powielanie tego samego schematu jest w tym momencie tylko tanim skokiem na kasę widzów.

Ok, odsuwając wszystkie techniczne przytyki na bok, w tego typu filmach bardzo istotna jest atmosfera. Widz ma się bać, ściskać kurczowo oparcie fotela i kibicować głównemu bohaterowi z całego serca. Czy ma to miejsce podczas oglądania „183 Metrów Strachu”? Owszem są momenty napięcia, w których wydarzenia na ekranie wstrzymują na chwilę oddech widza. Są to jednak momenty krótkie, a na twarzy najczęściej gości uśmiech politowania. Dodatkowo, od samego początku czujemy podskórnie, jak film się skończy i jego finał, którego tu rzecz jasna zdradzać nie będę, nie jest wielkim zaskoczeniem.

„183 Metry Strachu” to bardzo nierówny, pełen wyeksploatowanych klisz obraz, którego nie jest w stanie uratować przed osiąściem na mieliźnie nawet dobra postawa odtwórczyni głównej roli. Można obejrzeć, ale nie trzeba.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1