Ghostbusters. Pogromcy Duchów (oryg. Ghostbusters) 2016
Reżyseria: Paul Feig
Scenariusz: Katie Dippold, Paul Feig
Obsada: Kristen Wiig, Melissa McCarthy, Kate McKinnon, Leslie Jones, Chris Hemsworth, Neil Casey
Czas Trwania: 116 min

Witajcie moi drodzy!

Nie wiecie nawet jak bardzo kusiło mnie, żeby tę recenzję sprowadzić do jednego słowa – „dno”. Zaoszczędziłbym czas i sobie, i Wam, a do tego może jeszcze trafiłbym do księgi rekordów Guinessa za najkrótszą pisaną recenzję filmową w historii. Potem jednak zdałem sobie sprawę z tego, że przecież taki skrót myślowy nie wystarczy, że nierzetelnym i nieprofesjonalnym byłoby rzucić takim hasłem, nie popierając go niczym. Stąd niniejszy tekst.

Tak zwane rebooty są ostatnimi czasy na porządku dziennym. Rekordzistą na tym polu jest chyba Spider-Man, który wskrzeszany jest po raz drugi w ciągu 5 lat, a 3 lata po ostatnim filmie z ostatniej inkarnacji Człowieka Pająka w wykonaniu Andrew Garfielda. Nie o krzesaczu pajęczyny tu jednak powinna być mowa, a o słynnych „Pogromcach Duchów”. Oryginał z 1984 roku zna chyba każdy. Niezapomniana ekipa Murray-Aykroyd-Ramis (R.I.P.)-Hudson, mnóstwo humoru, doskonałe jak na tamte czasy efekty specjalne, ten film nadal broni się po ponad 20 latach i do tej pory ogląda się go z przyjemnością. Druga część z 1989 była co prawda powieleniem sprawdzonego schematu, ale i tę odsłonę Pogromców oglądało się dobrze. Przyszło nowe millenium i w końcu jakiś łasy na kasę boss wytwórni wpadł na pomysł, żeby uskutecznić małe świętokradztwo w postaci rebootu „Ghostbusters”, dodatkowo dołączając do tego mały eksperyment w postaci obsadzenia głównych ról… kobietami.

Zacznijmy może jednak od tego, o co w tym filmie chodzi. Erin Gilbert (Kristen Wiig), poważna pracownica uczelni odkrywa, że ktoś sprzedaje na portalu aukcyjnym napisaną dawno temu książkę o duchach, której była współautorką. Chcąc uniknąć rozgłosu, który może zagrozić jej obiecującej karierze naukowej, postanawia interweniować. I tak dochodzi do jej spotkania po wielu latach z drugą autorką książki – Abby Yates (Melissa McCarthy), bo to właśnie ona zaczęła rozprowadzać kontrowersyjne dzieło. Okazuje się, że Abby nigdy nie porzuciła badań nad zjawiskami nadprzyrodzonymi, a pomaga jej w tym zakręcona Jillian Holtzmann (Kate McKinnon). W międzyczasie, w Nowym Jorku notowanych jest coraz więcej zgłoszeń dotyczących obserwacji duchów. Na skutek splotu różnych niefortunnych wydarzeń nasze bohaterki łączą siły w celu zbadania i wyjaśnienia paranormalnych zajść w Wielkim Jabłku. Niedługo potem dołącza do nich jeszcze niejaka Patty Tolan (Leslie Jones) i klon oryginalnych Pogromców Duchów mamy w komplecie. Oczywiście, jak możecie się domyślać, miastu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, a Pogromczynie będą musiały uratować je przed staniem się „duchową” stolicą świata. Brzmi bardzo oryginalnie, nieprawdaż? 😛

Nie wiem nawet od czego zacząć punktowanie tego filmu. Może na pierwszy ogień weźmy scenariusz. Jest bzdurny i nieciekawy. Owszem, fabuła poprzednich części może też materiałem na film dokumentalny nie była, ale tam mieliśmy do czynienia albo z potężną istotą z innego wymiaru albo ze złowrogim duchem zaklętym w obrazie, którego spojrzenie autentycznie mogło wywołać ciarki, a tu… Nie chcę zdradzać szczegółów tym, którzy odważą się ten film zobaczyć, ale na tym polu jest po prostu słabizna.

No właśnie – ciarki, strach, podskakiwanie w fotelu. Co prawda oryginalne dwie części Ghostbusters horrorami sensu stricto nie były, to jednak pojawiały się momenty, gdy można było poczuć co najmniej niepokój, a wspomniany przeze mnie Vigo z Karpatii potrafił sprawić, że dreszczyk przechodził po plecach. W najnowszej odsłonie Pogromców klimatu grozy nie ma za grosz. Duża w tym wina twórców efektów komputerowych, którzy sprawili, że duchy są tak kolorowe, pastelowe i cukierkowe, że aż mdłości biorą. To nie są umarli, którzy wrócili z zaświatów, ma się raczej wrażenie jakby ktoś przywołał do życia żelki Haribo.

Nie można się bać, może w takim razie da się pośmiać? O to też bywa ciężko i tu dochodzimy do największego chyba minusu filmu, mianowicie do głównych bohaterek. Przede wszystkim brak im chemii. O ile jeszcze jeszcze w duecie McCarthy-Wiig coś iskrzy, o tyle cały kwartet sprawia wrażenie na siłę powpinanych puzzli, które do siebie nie pasują. Totalną porażką jest Kate McKinnon, co dziwi szczególnie, jeśli wziąć pod uwagę jej komediowe doświadczenie z Saturday Night Live. Tu sprawia wrażenie, jakby przez pomyłkę przyszła na zły plan zdjęciowy i tak już została. Pal licho, że jej teksty, mimika i gesty są kompletnie niezabawne. Najgorsze jest to, że Kate gra kompletnie bez przekonania, praktycznie od wszystkiego co robi na ekranie bije sztuczność i… niepewność. Daję słowo, aktorka wygląda tak, jakby coś powiedziała i szukała w koleżankach potwierdzenia, że zrobiła to dobrze. Jak taki kumpel, który za wszelką cenę i na siłę stara się być zabawny i wyluzowany, ale nikt z towarzystwa nie reaguje na jego próby, ale toleruje go z litości albo przyzwyczajenia. Z kolei Patty Tolan jest przykładem stereotypowej, czarnoskórej „siostry”. Jest głośna, obwieszona biżuterią, twarda, pewna siebie, ale przy tym nie wnosi niczego do filmu, absolutnie niczego. No i mamy jeszcze głupkowatego recepcjonistę Kevina, którego gra Thor. Przepraszam, Chris Hemsworth. Przy pierwszych paru gagach, uzmysławiających że jest półgłówkiem, jeszcze się zaśmiałem, po jakimś czasie stało się to jednak męczące, a w głowie pojawiła się myśl „OK, kumam, jest głupi, zrozumiałem, czy możecie już przestać męczyć mnie jego obecnością?”. Raczej nie będzie to rola, z której Thor… kurde, przepraszam, Chris Hemsworth będzie dumny. Gościnne występy bohaterów poprzednich części (nie będę zdradzał których) miały być zapewne oczkiem puszczonym w stronę fanów oryginału, a jedyne co zrobiły, to pokazały, że to za tamtą ekipą tęsknimy i ją chcielibyśmy oglądać. Film zadedykowany jest pamięci zmarłego w 2014 r. Harolda Ramisa, odtwórcy roli Egona Spenglera. Myślę, że aktor przewraca się w grobie widząc co zrobiono z materiałem źródłowym.

Jeszcze słowem chciałbym odnieść się do kontrowersji jakie narosły wokół obsadzenia w głównych rolach kobiet. Była to woda na młyn feministek, które każdy, najmniejszy chociaż, objaw wątpliwości czy sprzeciwu odbierały jako seksizm, mizoginię i inne takie tam rzeczy, o które ciągle oskarżają facetów. Ja nie mam problemu z tym, że główne role grają aktorki, a nie aktorzy. Problem mam natomiast z tym, że ten scenariusz i ta obsada nie podołały zadaniu, że nie odtworzono tej chemii, która łączyła bohaterów ponad 20 lat temu. Gdyby z równie miernym skutkiem obsadzono mężczyzn, moje wnioski byłyby identyczne.

Ghostbusters to, krótko ujmując, film absolutnie nikomu niepotrzebny, pozbawiony humoru, rozrywki, chemii między bohaterami i frajdy, jaką oferował oryginał, który nowa inkarnacja nieudolnie próbuje kalkować. Wyniki finansowe nie zwaliły z nóg, kontynuacji więc może nie będzie, czego sobie i Wam życzę. Serdecznie… odradzam.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1