Wonder Woman 2017
Reżyseria: Patty Jenkins
Scenariusz: Allan Heinberg
Obsada: Gal Gadot, Chris Pine, Connie Nielsen, Robin Wright, David Thewlis, Danny Houston
Czas Trwania: 141 min

Witajcie moi drodzy!

Dwa tygodnie temu wszedł do kin jeden z najbardziej oczekiwanych, szczególnie przez komiksowych maniaków, filmów sci-fi tego roku, czyli Wonder Woman. Po mało udanych, zeszłorocznych ekranizacjach komiksów DC („Batman vs. Superman: Świt Sprawiedliwości” i „Legion samobójców”) świat drżał w obawach czym okaże się „Wonder Woman”, po czym odetchnął z ulgą, a następnie uradował się. Najnowszy film z uniwersum DC został przyjęty bardzo ciepło i pozytywnie (w momencie, gdy piszę te słowa na Rotten Tomatoes ma 92% pozytywnych recenzji, przy średniej ocenie 7,5/10), zarówno widzowie, jak i recenzenci, w większości rozpływają się w zachwytach. Ja jednak do tego grona nie należę. Ponieważ moja ocena filmu może okazać się kontrowersyjna, postanowiłem do tematu podejść odrobinę inaczej, a mianowicie napisać recenzję ze spoilerami. Uznałem, że uzasadnienie mojej oceny będzie możliwe tylko wtedy, kiedy odniosę się do kluczowych dla filmu wątków fabuły. Niniejsza recenzja jest zatem dla tych, którzy już film widzieli i chcieliby poznać moje zdanie albo dla tych, którzy filmu oglądać nie zamierzają. A zatem, żeby nie było nieporozumień, powtarzam jeszcze raz…

UWAGA NA SPOILERY!!!

Fabuła jest prawdopodobnie już wszystkim dobrze znana, nakreślę ją więc w telegraficznym skrócie. Diana (Gal Gadot) jest jedną z zamieszkujących ukrytą gdzieś w równoległej do naszej rzeczywistości wyspę Themyscira Amazonek, na czele których stoi królowa Hippolita (Connie Nielsen), matka Diany. Życie Amazonek przebiega pod znakiem trenowania się w wojennym rzemiośle, co przygotować je ma na powrót Aresa, boga wojny, który poprzysiągł zniszczyć ludzkość popychając ją do autodestrukcji. Codzienna rutyna zostaje przerwana, gdy na wyspie zjawia się Steve Trevor (Chris Pine), amerykański pilot i szpieg, od którego Amazonki dowiadują się, że w świecie ludzi toczy się Wielka Wojna (I Wojna Światowa), która pochłania miliony istnień. Diana postanawia, wbrew sprzeciwowi matki udać się ze Stevem do Europy licząc, że tam spotka Areas i zgładzi go.

Zacznę może od tego, co mi się podobało. Przede wszystkim film jest doskonały pod względem wizualnym. W wyspie Amazonek można się po prostu zakochać, kręcone na włoskim wybrzeżu Amalfi widoki są wprost cudne. Świetnie wygląda również Londyn z okresu wojennego, jak również sam teatr działań wojennych na granicy francusko-pruskiej. Klasą samą dla siebie jest sama główna bohaterka. Pomijając fakt, że Gal Gadot jest kobietą o nieprzeciętnej urodzie, to jeszcze doskonale wygląda w swoim stroju, który sprawia wrażenie równie praktycznego, co i stylowego. Ludzie od kostiumów i charakteryzacji wykonali kawał dobrej roboty, tak samo jak spece od efektów specjalnych, które stoją na bardzo wysokim poziomie. Scena eliminacji snajpera w wieży kościelnej – bezcenna. :) Brawa należą się również choreografom od walki wręcz, wszelkie potyczki naszych bohaterów wyglądają zarazem spektakularnie i realistycznie. Widać tu inspirację filmami Zacka Snydera (choćby pamiętne „300”), kiedy w momencie piruetu, zwodu, obrotu włącza się zwolnione tempo, po czym w momencie zadania ciosu obraz przyspiesza. Ach jak pięknie Ci Niemcy latają po ścianach podczas konfrontacji z WW. 😀 Aktorstwo stoi na przyzwoitym poziomie, wyróżniającą się osobą jest jednak Chris Pine, którego lekkość gry, urok i humor nadają filmowi jakiegoś takiego luzu i kolorytu. Warto również wspomnieć o miłej dla ucha ścieżce dźwiękowej. I… to by było na tyle…

Jak już zapewne zdążyliście zauważyć, to co w mojej opinii wyróżnia film to, poza grą Chrisa Pine’a, aspekty praktycznie czysto techniczne – zdjęcia, kostiumy, efekty. Niestety tym właśnie ten film dla mnie jest – widowiskiem dla oka, ale niekoniecznie dla duszy.

Zacznę od jednej istotnej rzeczy – nigdy nie czytałem żadnego komiksu o Wonder Woman, w ogóle jestem trochę na bakier z komiksami DC, zawsze jakoś bliżej mi było do Marvela. Nie oglądałem też serialu z lat 70-tych z Lyndą Carter w roli głównej. Nie jestem w stanie zatem patrzeć na ten film przez pryzmat papierowego pierwowzoru, co nie oznacza jednak, że swojego osądu wydać nie mogę. „Batman Początek” Christopher Nolana z 2005 r. był, moim zdaniem, pewnym punktem zwrotnym w historii filmów o herosach z kart komiksów. Z kolorowych, przerysowanych, czasem wręcz karykaturalnych postaci w dziwacznych, czasem cyrkowo wyglądających strojach, stali się postaciami na miarę naszych czasów. Zabawki Batmana nagle okazują się być prototypami pojazdów wojskowych. Superman przestaje nosić majtki na spodniach, Kapitan Ameryka nie wygląda już jakiś patriotyczny cyrkowiec, a Strach na Wróble nie wygląda już jak… strach na wróble. Bohaterowie i złoczyńcy stali się bardziej realistyczni, łatwiej jest nam sobie wyobrazić, że mogliby istnieć naprawdę w naszych czasach. Realizmu nabrały też historie i zachowania postaci. Dla mnie doskonałym przykładem jest generał Zod z „Człowieka ze Stali” z 2013 r. Nie dość, że nie wygląda już jak cyrkowy akrobata w połyskliwym wdzianku, to jeszcze widać, że jest faktycznie generałem, żołnierzem z krwi i kości, który ma cel, ma misję, i zrobi wszystko, żeby ją zrealizować. O wiele łatwiej kupuję takiego Zoda, niż jego inkarnację z 1983, kiedy to zachowywał się jak jakiś bufoniasty, intergalaktyczny arystokrata, któremu ktoś kiedyś nadepnął na odcisk. Oczywiście to moja opinia, nie musicie się z nią zgadzać. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Bo oglądając Wonder Woman miałem wrażenie, jakbym oglądał wierną ekranizację komiksu sprzed dziesiątek lat, do tego bardzo naiwną i prostą, jakby skierowaną do dzieci. Przede wszystkim chodzi mi o postać samej Diany, która jest tak nieskazitelna, tak dobra, prawa, odważna i bezinteresowna, igła w jej kompasie moralnym nigdy nawet nie drgnie od wyznaczonego kierunku, jest po prostu obrazem wszelkich cnót. Nawet moment, w którym zaczyna mieć wątpliwości co do sensu pomagania rodzajowi ludzkiemu, wiemy doskonale, że zaraz wróci na odpowiedni kurs. To jest trochę jak z tą przysłowiową strzelbą na ścianie, która musi w którymś momencie wystrzelić. Matka przestrzegała córkę, że dojdzie do takiej sytuacji, więc do sytuacji dojść musiało. Finał był jednak do bólu przewidywalny. Niestety, dla mnie postać Diany jest zbyt jednowymiarowa, a w tym wszystkim nie pomaga warsztat aktorski Gal Gadot, którą czeka jeszcze sporo pracy. Nie mówię, że jest źle, ale jeszcze trochę brakuje, żeby naprawdę tchnąć pełnię życia w graną postać.

Czytając i oglądając recenzje WW w internecie znajdowałem w nich pewien wspólny mianownik, którym zachwycali się recenzenci, a mianowicie duchową drogę, jaką przebywa główna bohaterka, jak poznaje świat ludzi, ich obyczaje, ich zalety, wady, różnice między ich realiami, a tymi które znała do tej pory z Themysciry. Ok, fakt, poznaje, doświadcza, uczy się, ale nie ma w tym nic wyjątkowego. Jeśli chodzi o przebytą drogę duchową, moralną, to na ten temat wypowiedziałem się już w poprzednim akapicie. Jeśli zaś chodzi o fakt, że Diana poznaje nasze obyczaje, przyzwyczajenie, konwenanse, to jest on przede wszystkim przyczynkiem do humorystycznych scen, ale w moim odczuciu nie różni się zbytnio chociażby od takiego Steve’a Rogersa (vel. Kapitana Ameryki), który stopniowo uczy się świata po spędzeniu kilkudziesięciu lat pod lodem – jest zabawnie, ale niczego do fabuły to nie wnosi.

Fatalnym wręcz aspektem Wonder Woman są czarne charaktery, co jest zresztą póki co klątwą DCEU od Batman vs. Superman. Pierwszym i póki co ostatnim fajnym złym w tym uniwersum był gen. Zod z „Człowieka ze Stali”, potem było już tylko gorzej. Mający, moim zdaniem, potencjał, ale spartolony przez scenariusz Lex Luthor, sklonowana małpa, którą nazwano Doomsday, o tych kretynizmach z „Legionu Samobójców” nawet nie chce mi się wspominać. A kogo dostajemy teraz – kompletnie nijaką Dr Maru (Elena Anaya), kompletnie niepotrzebnego gen. Ludendorffa (Danny Huston) i przewidywalnego do bólu Aresa (David Thewlis). Oglądając pierwszą dwójkę z wymienionych czułem się, jakbym oglądał jakąś starą kreskówkę albo ten niedorzeczny serial Batman z lat 60-tych. Już pomijam to wypowiadanie na głos, gdzieś w eter swoich diabolicznych planów, ale scena w której Maru i Ludendorff zamykają w pomieszczeniu wypełnionym gazem pruskich wojskowych i śmieją się do siebie, jakby wycięli numer kumplowi z akademika sprawiła, że miałem ochotę zapaść się pod kinowy fotel. Czułem się jakbym oglądał odcinek Scooby-Doo. Jeśli chodzi o samego gen. Ludendorffa to jest jeszcze jedna kwestia, która mnie uwiera, a wynika z mojego zainteresowania I i II Wojną Światową, jak również okresem międzywojennym. Nie mam problemu z wymyślaniem miejsc i wydarzeń, jeśli są one zręcznie wkomponowywane w rzeczywisty świat i jego historię, np. istnienie Gotham i Metropolis w DC, Wakandy i Sokovii u Marvela, czy powstanie Hydry równolegle do istnienia S.S. czy Gestapo. Jeśli już jednak bierzemy się za historyczną postać, jaką był gen. Erich Ludendorff, to przynajmniej nie wystawiajmy się na śmieszność. Fakt, Ludendorff był zwolennikiem wojny i to wojny totalnej, ale nie dość że nie ćpał jakichś niebieskich specyfików, to i nie zginął z rąk Amazonki w 1918 r., ale zmarł na raka wątroby w Monachium w roku 1937. Wiem, możecie to uznać za przytyk na siłę, ale dla mnie takie rzeczy mają znaczenie i ten wątek filmu mnie raził. No i Ares, wielki bóg wojny, który – jak już wspomniałem – jest przewidywalny do bólu i kompletnie nijaki. Nawet jego złowrogo wyglądająca zbroja i moce nie robią większego wrażenia, bo czy spodziewaliście się czegoś innego po bogu wojny? Nie sądzę. 😉

Skoro już jesteśmy przy Aresie, nie sposób nie wspomnieć o jego finałowej potyczce z Dianą. Wspomniałem wcześniej, że efekty specjalne stoją na wysokim poziomie. Owszem, pod warunkiem jednak, że sceny nie są nimi przeładowane, a tak właśnie jest w tej. Natłok CGI zaczyna aż mdlić, a do tego, czy byłem jedyną osobą, która miała wrażenie, że ogląda finałową scenę z „Batman vs. Superman”? A kto czuł, że ogląda końcówkę „Kapitan Ameryka: Pierwsze Starcie”? Bo ja tak. Amerykański żołnierz imieniem Steve wsiada na pokład samolotu, w którym znajduje się straszliwa broń wymierzona w jedną z alianckich stolic. Jedynym sposobem na unieszkodliwienie owej broni jest poświęcenie własnego życia, co też bohater robi. Brzmi znajomo?

Jeśli jeszcze nie zasnęliście, obiecuję, że zaraz kończę. Z czysto subiektywnych doznań wymienię jeszcze jedno – wynudziłem się na tym filmie, a – paradoksalnie – najbardziej pod jego koniec. Film jest przewidywalny do bólu, miejscami bardzo przegadany, a do tego przesycony patosem i bardzo naiwnymi, wyeksploatowanymi tezami. Powtórzę jeszcze raz, gdyby nie sceny walk i zniszczenia, pomyślałbym, że film skierowany jest do widowni w wieku przedszkolnym. Naprawdę, nie potrafię zrozumieć zachwytu, jaki wzbudził na świecie ten film. Może nie wypada mówić o nim źle, bo zarówno głównym bohaterem, jak i reżyserem są kobiety? Może środowiska feministyczne obraziłyby się gdyby się ten film skrytykowano? Może ludzie tak bardzo pragnęli zobaczyć coś lepszego od „Batman vs. Superman” i „Legion Samobójców”, że zobaczyli w nim to, co zobaczyć chcieli? Nie wiem. Dla mnie ten obraz jest jednak bardzo przeciętny, lepszy co prawda od „Legionu”, ale stawiam go na równi z „Batman vs. Superman”.

Byłbym bardzo wdzięczny za Wasze komentarze – co Wy sądzicie, czy się ze mną zgadzacie, czy nie, czy uważacie, że DC wychodzi na prostą, czy – jak ja – że powiela swoje błędy w desperackiej pogoni za Marvelem? Dajcie znać co myślicie. Dziękuję Wam za cierpliwość, że dotarliście do końca.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1