SKYFALL przywraca Bonda do łask

Skyfall (2012)


Skyfall 2012
Reżyseria: Sam Mendes
Scenariusz: Neal Purvis, Robert Wade, John Logan
Obsada: Daniel Craig, Javier Bardem, Judi Dench, Naomie Harris, Ben Whishaw, Ralph Fiennes, Berenice Marlohe
Czas Trwania: 144 min

Pamiętam jak byłem mały i TVP postanowiło co tydzień w sobotę wieczorem emitować kolejne filmy o przygodach 007. Dla małego dziecka dopiero odkrywającego piękno X muzy była to nie lada rozrywka, która łączyła w sobie kapitalne filmy z przyjemnie spędzonym czasem, kiedy to cała rodzina zasiadała przed telewizorem. Pamiętam też jak na lekcji matematyki nasza nauczycielka próbowała nam coś wytłumaczyć na temat miejsca po/przed przecinkiem i za przykład podała Jamesa Bonda, który równie dobrze mógłby nosić oznaczenie ‚7’, ale z jakiegoś powodu postanowił postawić sobie dwa zera, na co ja z dumą w głosie rzekłem „Dwa zera, proszę pani, oznaczają, że on może zabijać.” Hehe, tępa sucz. Takie niewielkie zwycięstwo nad ogólnie znienawidzoną panią od matmy. James Bond był moim bohaterem i pozostał nim do dziś. Po genialnym CASINO ROYALE i rozczarowującym (ale dalej dobrym) QUANTUM OF SOLACE moje oczekiwania co do SKYFALL były ogromne. Z wielką ulgą mogę oznajmić, że najnowsza odsłona perypetii brytyjskiego szpiega plasuje się w ścisłej czołówce całej sagi.

James Bond po odniesieniu poważnych ran podczas wykonywania jednej z misji udaje się na wielce zasłużony odpoczynek. Poczucie obowiązku jednak wyciąga go z letargu, kiedy przeszłość M (Judi Dench) odbija się głośnym echem w całej Anglii. Najlepszy agent MI6 musi zmierzyć się z jednym ze swoich najgroźniejszych przeciwników.

Już kiedyś wspominałem, że najważniejszym dla mnie kryterium jest to jak się czuję po obejrzeniu filmu. Jeżeli nie mogę się doczekać aż wrócę do domu i po godzinie mam problemy z przypomnieniem sobie nazwisk postaci oznacza to, że film był kiepski. Tutaj natomiast motyw przewodni w wykonaniu Thomasa Newmana dudnił mi w uszach i czułem się nabuzowany energią. Klimat szpiegowskiego thrillera z najwyższej półki udzielał mi się przez najbliższe parę dni.

Jakby spojrzeć na części pierwsze to pojawia się pytanie: jak to się mogło nie udać? Za kamerą stanął Sam Mendes, scenariusz napisał John Logan (GLADIATOR, THE LAST SAMURAI) a na głównego przeciwnika wybrano Javiera Bardem. Żaden z tych panów nie zawiódł. Logan nie pozwolił na to, żeby intryga szpiegowska przysłoniła relacje między postaciami czyniąc z nich najważniejszy element całej historii. Mendes był idealnym kandydatem do zrealizowania takiej wizji biorąc pod uwagę fakt, że mroczne postacie ze skomplikowanym charakterem to jego specjalność. Doświadczenie teatralne reżysera przełożyło się na to, że sceny, w których główni bohaterowie po prostu ze sobą rozmawiają są równie emocjonujące co przeładowane adrenaliną sceny akcji.

To była moja jedyna obawa: jak Mendes, twórca AMERICAN BEAUTY i ROAD TO PERDITION, poradzi sobie z widowiskowymi scenami akcji, do których przyzwyczaiła nas seria o Bondzie? Mogę zagwarantować, że nie będziecie rozczarowani. Tych scen jest może mniej niż w poprzednich częściach, ale każda dostarcza dwa razy więcej emocji niż całość QUANTUM OF SOLACE.

Trudno też o lepszą obsadę niż w tym filmie. Prym wiedzie naturalnie Craig, ale zarówno Dench, której rolę rozbudowano najbardziej ze wszystkich części z jej udziałem, jak i Bardem bezproblemowo kradną sporą część naszej uwagi. Pamiętacie Javiera Bardem w NO COUNTRY FOR OLD MEN? Wyobraźcie sobie, że z podobnym zaangażowaniem podszedł do swojej roli tutaj dodając nawet trochę charyzmy i szaleństwa. Jego scena rozmowy z Bondem przeradzająca się w swego rodzaju chorą grę będzie na długie lata wymieniana jako jedna z najlepszych scen przedstawiających główny czarny charakter widzom w historii filmów szpiegowskich. Wielkie wrażenie zrobił też Ben Whishaw jako Q. Niektórzy się czepiają, że jest za młody i że zrobienie z niego takiego typowego nerda było błędem. Mi to nie przeszkadzało w ogóle. Jest kapitalny w tej roli, a jego przekomarzanie się z 007 przywodzi na myśl najlepsze sceny z udziałem tej postaci z filmów poprzednich.

Ten film się po prostu udał. Wszystkie elementy zagrały doskonale i ułożyły się w idealną całość. Świetna muzyka Thomasa Newmana , kapitalne zdjęcia, montaż – nie mam się czego tak naprawdę przyczepić. Jedyne zastrzeżenia mam do samej końcówki, której zdradzić oczywiście nie mogę, więc siłą rzeczy nie mogę też o nich pisać. W samej końcówce były też zresztą momenty, które wywołały olbrzymi uśmiech na mojej twarzy, więc uwagi były naprawdę drobne. Przekonajcie się sami. Gorąco polecam.

Kaczmar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *