Wojna o planetę małp (oryg. War for the planet of the apes) 2017
Reżyseria: Matt Reeves
Scenariusz: Mark Bomback, Matt Reeves
Obsada: Andy Serkis, Woody Harrelson, Karin Konoval, Terry Notary, Michael Adamthwaite, Amiah Miller
Czas Trwania: 140 min

Witam kinomanów!

Zakładam, iż mało jest osób, które – o ile nie przeleżały pod lodem ostatnich 50 lat – nie słyszało o „Planecie Małp”. Klasyczny obraz z 1968 r., z którego ja najlepiej zapamiętałem ciekawą historię, wykręconą scenę końcową i przesadzone aktorstwo śp. Charltona Hestona. 😛 Kolejne lata przyniosły kilka kontynuacji o coraz bardziej kiczowych nazwach, po czym na małpim froncie ucichło na wiele lat, aż do roku 2001, kiedy to za klasyk wziął się, z mizernym skutkiem, Tim Burton. Kiedy w 2011 do kin weszła „Geneza Planety Małp”, prequel do oryginału sprzed paru dekad, byłem niezwykle sceptyczny, wręcz niechętny, pozytywne recenzje zachęciły mnie jednak do zapoznania się z filmem. Decyzji nie żałuję, bo tamten film stał się początkiem jednej z najciekawszych serii sci-fi ostatnich lat. Ostatni odsłona nowopowstałej trylogii – „Wojna o planetę małp” – niedawno weszła do kin.

Akcja filmu dzieje się 2 lata po wydarzeniach z „Ewolucji planety małp”, kiedy to ludzie z San Francisco wezwali na pomoc żołnierzy z północy, by obronić ich przed małpami. I ci właśnie żołnierze, dowodzeni przez tajemniczego, czczonego wręcz przez podkomendnych pułkownika (Woody Harrelson) toczą walkę z małpami, a ich głównym celem jest rzecz jasna Cezar (Andy Serkis). W obliczu śmiertelnego zagrożenia swych braci i sióstr, nasz bohater postanawia uciekać ze strefy wojennej i znaleźć swym pobratymcom nowy dom. Nie będzie to jednak takie proste, a sam Cezar będzie musiał podążyć drogą, która może zawieść go tam, gdzie niegdyś zawiodła jego towarzysza – Kobę. Ok, wiem, mój opis fabuły brzmi bardziej jak slogan reklamowy dla filmu, ale nie mogę zbyt wiele zdradzić, bo nie chcę zepsuć Wam frajdy z jego oglądania.

Oceniając ten film najprościej rzecz jasna zacząć od strony wizualnej, a ta powala na kolana. Już w poprzednich częściach generowane komputerowo małpy wyglądały jak żywe, ale w trzeciej odsłonie trylogii naprawdę można mieć tęgie rozkminy czy aby oglądane przez nas stworzenie jest komputerowe, czy po prostu ktoś sprowadził na plan bardzo inteligentną, prawdziwą małpę, która grała tak samo, jak ludzcy aktorzy. Widać każdy włosek, każdy osadzający się na nim płatek śniegu, każdą zmarszczkę, bliznę, a to wszystko połączone z genialną mimiką i ruchem ciała, po prostu majstersztyk. Do tego dochodzą bardzo fajnie nakręcone sceny batalistyczne, szczególnie ta w lesie, którą możecie zobaczyć w zwiastunie, zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Do tego wszystkiego dokładamy jeszcze bardzo ładne zdjęcia i fajną pracę kamery, i uczta dla oczu gotowa.

Muzyka jest… standardowa. Nie kłuje w uszy, ale nie wyróżnia się specjalnie. Po prostu jest i dobrze komponuje się z oglądanymi na ekranie wydarzeniami.

To co mogłoby umknąć schowane pod warstwami komputerowych efektów to aktorstwo, które stoi na bardzo wysokim poziomie. Jeśli ten film nie przekona ludzi, że motion capture to już nie tylko odwzorowywanie ruchów, ale aktorstwo pełną gębą, tylko trochę komputerowo przypudrowane, to już chyba nic tego nie zrobi. Andy Serkis i jego koledzy po fachu pokazali, że tu nie chodzi tylko o skanowanie twarzy i ruchów, ale o tchnięcie życia w kreowanych bohaterów, przekazanie im cząstki siebie. To nie są tylko animacje, to aktorskie kreacje. Do tego dochodzi jeszcze bardzo przekonujący w swojej roli Woody Harrelson oraz młodziutka nowicjuszka Amiah Miller, o którą, jestem pewien, Hollywood zacznie się upominać częściej.

Przechodząc do tematu historii wkraczamy na grunt, na którym – przynajmniej dla mnie – zaczyna się robić trochę grząsko, a na nieskazitelnym obrazie zaczynają pojawiać się pewne skazy. Powiem to wprost – fabuła trzeciej części trylogii prequeli rozczarowała mnie. Być może ma to związek z faktem, że moje oczekiwania były wysokie, ale nie wzięło się to znikąd, urosły wszak na pożywce podanej przez poprzednie części. Od pewnego, bardzo istotnego momentu na początku filmu, dalsze wydarzenia były aż do bólu przewidywalne, zbyt wiele już filmów widziałem, żeby pewne motywy mogły mnie zaskoczyć. Nie podobało mi się również bardzo czarno-białe rozgraniczenie na tych dobrych i tych złych. Zaletą poprzedniej części było to, że bohaterowie byli szarzy. Nie było jednoznacznie dobrych i złych ludzi, ani dobrych i złych małp. Były dylematy, były rany emocjonalne, było dobro, troska, uczciwość, ale i nienawiść, gniew, żal, wiele skrajnych, przeciwstawnych uczuć kotłowało się poszczególnych bohaterach. Tutaj, moim przynajmniej zdaniem, tego zabrakło. Są dobre małpy i źli ludzie, koniec kropka. Nie przekonuje mnie również postać Złej Małpy (tak, to nie pomyłka ;)). Nie zgodzę się co prawda z głosami, że to taki kolejny Jar-Jar Binks. Jar-Jar był śmiesznym (nie mylić z „zabawnym”) i żałosnym kretynem, Zła Małpa to ciekawy, inteligentny bohater, który sporo wnosi do fabuły. Problem w tym, że wnosi zbyt dużo lekkiego, sytuacyjnego humoru, przez co film o tematyce bardzo poważnej staje się momentami wręcz infantylny i mi ten dysonans przeszkadzał. No i jeszcze jeden przytyk, ale taki malutki, wynikający tylko z mojego hopla na punkcie kina wojennego. Końcowa bitwa, mimo wizualnej maestrii, dla każdego, kto ma choć szczątkowe pojęcie o wojskowości, będzie trochę… bzdurna. Ale chyba się po prostu czepiam. :)

Mimo minusów fabularnych uważam „Wojnę o planetę małp” za dobry film. Spłycenie fabuły nie zmienia faktu, że jest to solidny kawałek kina, przepiękny wizualnie, dobrze zagrany, stanowiący nie idealne, ale jednak godne zakończenie świetnej trylogii science fiction. Polecam z czystym sumieniem.

Maggot

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1