Blade Runner 2049

Rok: 2017
Reżyseria: Denis Villeneuve
Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green
Obsada: Ryan Gosling, Harrison Ford, Jared Leto, Robin Wright, Ana de Armas, Sylvia Hoeks, Dave Bautista
Czas Trwania: 164 min

Witam kinomanów!

Oryginalny „Łowca Androidów” (oryg. „Blade Runner”) z 1982 w reżyserii Ridley’a Scotta jest jednym z moich ulubionych filmów wszechczasów, a ścieżka dźwiękowa autorstwa greckiego kompozytora Vangelisa jest tą ulubioną. Możecie się zatem domyślać, że od momentu, gdy usłyszałem wieść o planowanej kontynuacji, czekałem na nią z dużą niecierpliwością, ale i z dużymi obawami. „Łowca Androidów” to film kultowy, a w dziejach kina aż nadto było przykładów, gdy kontynuacje kultowych dzieł, zamiast oddawać im hołd, tylko bezcześciły ich pamięć. Uspokoiłem się jednak nieco, gdy dowiedziałem się, że na krzesełku reżyserskim zasiądzie odpowiedzialny m.in. za „Labirynt” (oryg. „Prisoners”) i „Sicario” Denis Villeneuve, który w zeszłym roku pokazał już, że dobre, ambitne kino sci-fi też potrafi zrobić, czego dowodem był doskonały „Nowy Początek” (oryg. „Arrival”). Optymizmem zaczęła napawać również obsada, nie pozostawało więc już nic innego, jak tylko spokojnie czekać na premierę. I co otrzymałem, kiedy już się doczekałem? Czytajcie dalej, a się dowiecie.

Nie lada sztuką jest przybliżyć fabułę filmu, nie zdradzając istotnych dla niej wątków, zrobię to więc w bardzo telegraficznym skrócie. Jest rok 2049, korporacja Tyrella, odpowiedzialna za produkcję replikantów już nie istnieje, jej miejsce zajęła firma niejakiego Wallace’a (Jared Leto), która przejęła tę niszę rynku produkując nowe, bezgranicznie posłuszne androidy. Stare modele są ścigane i „odsyłane na emeryturę”. W tej scenerii poznajemy niejakiego K. (Ryan Gosling), łowcę androidów, który wpada na trop starej sprawy, a zarazem wielkiej tajemnicy, którą pomóc rozwikłać może tylko Deckard (Harrison Ford). Nic Wam to wszystko nie mówi? I dobrze! Bo tak naprawdę jedyną rzeczą, jaką powinno się zrobić, jest pójście na ten film do kina, bo wart jest każdych wydanych na niego pieniędzy.

Oryginalny „Blade Runner” był filmem niesamowicie klimatycznym, kreował na oczach widza tę niepowtarzalną, dystopijną, cyberpunkową wizję świata, z jednej strony urzekającą, z drugiej niepokojącą. Pytaniem rozbrzmiewającym chyba w każdej głowie fana oryginału było – czy uda się twórcom nowego „Łowcy” odtworzyć ten niepowtarzalny klimat? Wierzcie mi, udało się. „Blade Runner 2049” to istna uczta dla oka. Począwszy od dopracowanych w najdrobniejszym szczególe lokacji (postapokaliptyczna wizja Las Vegas – szczena na podłodze), przez kostiumy i charakteryzację aktorów i statystów, na efektach komputerowych skończywszy. Wszystko wygląda przepięknie, nawet jeśli jest brudne i zniszczone. Można odnieść wrażenie, że reżyser chodził z lupą po planach zdjęciowych i dopieszczał każdy, nawet najmniejszy detal. Na szczególną pochwałę zasługują zdjęcia autorstwa Rogera Deakinsa, po prostu maestria. Jeśli ten gość nie dostanie co najmniej nominacji do Oscara, to Akademię Filmową powinno się zaorać. :) Mógłbym o wizualnej stronie filmu nawijać jeszcze długo, ograniczę się więc do prostej rady – idźcie do kina i doświadczcie tego na własne oczy.

Dla mnie niezwykle ważne było, biorąc pod uwagę to, co napisałem na wstępie, jaka będzie muzyka. I tu też się nie zawiodłem. Duet Benjamin Wallfisch/Hans Zimmer odwalił kawał doskonałej roboty, oddając należny hołd kompozycjom Vangelisa, zachowując ich unikatowy klimat, tchnąc jednak w swoją muzykę własnego ducha, tak by była ona świeża, a nie tylko kopiowała pierwowzór. Ja, jako ultrafan oryginalnego soundtracku, byłem zachwycony. A skoro już przy sferze dźwiękowej filmu jesteśmy, należałoby wspomnieć, że całościowo stoi ona na wysokim poziomie, wszelkie efekty, montaż dźwięku, wszystko zasługuje na najwyższą notę i dopełnia tylko doskonałej całości.

Nieczęsto się to zdarza, ale muszę powiedzieć to wprost i z pełną odpowiedzialnością – w tym filmie nie ma, moim przynajmniej zdaniem, słabszych kreacji aktorskich. Każdy z aktorów stworzył unikatową postać, tchnął w nią życie i każdy zasługuje na słowa uznania, niezależnie od tego ile otrzymał czasu ekranowego. Ryan Gosling został wręcz stworzony do swojej roli, powracający jako Deckard Harrison Ford wzrusza i urzeka, mógłbym tak wymienić tu każdego, zatrzymując się na chwilę i chwaląc za świetnie wykonaną pracę. Największym chyba zaskoczeniem dla mnie był Dave Bautista, który bardzo mocno wyszedł ze swojej strefy komfortu siejącego dokoła zniszczenie osiłka. Ręce same składają się do oklasków. Można odnieść wrażenie, że nikt na planie nie znalazł się przez przypadek, że każdy chciał brać udział w tym przedsięwzięciu, chciał pisać dalej historię Blade Runnera i robił to z pasją.

Powrócę do myśli, którą rozpocząłem parę akapitów temu, a mianowicie oceny klimatu nowego „Łowcy andoidów”, bo trzeba to podkreślić – film Villeneuve’a w 100% oddaje klimat dzieła Scotta sprzed 35 lat. Mamy wrażenie, że to nadal to samo Los Angeles – brudne, mroczne, zlewane nieustanie strugami deszczu, swoisty kulturowo-etniczny tygiel, w którym mieszają się niezliczone języki i dialekty. Ja, siedząc w kinowej sali, byłem wprost zachwycony.

Jeśli miałbym się do jednej rzeczy przyczepić, to do jednego zabiegu narracyjnego, a mianowicie do powrotu do pewnych scen, ewidentnie celem przypomnienia widzowi, co będzie istotne z punktu widzenia tego, co ma się lada moment wydarzyć. Przyznam szczerze, że nie lubię takieg prowadzenia za rękę, jeśli coś przeoczyłem, to trudno, mój problem, trzeba będzie film obejrzeć jeszcze raz. 😉 To jest jednak sprawa bardzo subiektywna, podejrzewam, że wielu osobm w ogóle nie będzie przeszkadzać, a i dla mnie jest to minus tak mały, że ledwie zauważalny.

Mógłbym pisać o tym filmie jeszcze długo, ale nie o to tu chodzi. Chodzi o to, by udać się nań do kina i nacieszyć nim zmysły, a po wyjściu mieć go jeszcze w głowie, zastanawiając się nad jego wątkami, dyskutując, wspominając. „Blade Runner 2049” to wykwintna, smakowita, kinowa uczta, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach, oddająca należny hołd pierwszej części, rzadki przypadek kontynuacji, która nie jest karykaturą oryginału. Nie wiem czy stanie się dziełem kultowym, ale jestem przekonany, że zapisze się złotymi zgłoskami w historii kina sc-fi, a Dennis Vileneuve potwierdza, że należy mu się miejsce pośród wielkich.

Maggot

Ocena: 10/10

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1