Witam moi drodzy!

Gdy w muzycznym światku, a szczególnie tym bardziej ekstremalnym, gruchnęła wieść, że oto mroczny książę polskiej sceny muzycznej, kontrowersyjny, na równi ubóstwiany i znienawidzony lider Behemoth – Adam „Nergal” Darski postanowił, pod szyldem Me And That Man, połączyć siły z Johnem Porterem celem nagrania bluesowego materiału, melomani byli co najmniej skonsternowani. Zaskoczenie, niedowierzanie, a może nawet szok, były raczej częstszymi reakcjami na te wieści. Jedni posądzali Nergala o sprzedanie duszy komercji, inni obawiali się, że jest to ponury zwiastun niechybnego złagodzenia brzmienia jego rodzimej kapeli, Portera natomiast oskarżali o chęć katapultowania na plecach Darskiego swojej podupadającej kariery. Było też grono, które bardzo zaciekawiła perspektywa takiej kolaboracji, a w tymże gronie znalazł się i niżej podpisany. Płyta się ukazała, została przyjęta raczej ciepło, logicznym więc było, że lada moment będzie jakiś koncert. I takowy właśnie odbył się 30.09 w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku.

Z żalem, ale rozpocząć tę relację muszę od narzekań, a chodzi mi o kwestie organizacyjne. Tego samego dnia w gdańskim klubie B90 odbywał się festiwal Smoke Over Dock, a ponieważ postanowiłem zrobić mały muzyczny maraton, chciałem tego dnia zobaczyć możliwie jak najwięcej z obu imprez. Niestety, w trybiki mojego misternego pomysłu ktoś postanowił wsypać trochę piachu… Informacja na stronie teatru podawała, iż start imprezy jest o 20:00. Nie podano jednak czy jest to godzina rozpoczęcia występu gwiazdy wieczoru, otwarcia drzwi, otwarcia baru, czy parasola w… wiecie gdzie. Zjawiamy się wraz z dziewczyną o 20:00 pod teatrem, a naszym oczom ukazuje się kolejka na jakieś 50 m. Najwyraźniej o 20:00 otwarto drzwi… Wchodzimy, a tu okazuje się, że… najpierw gra support. O tym fakcie na stronie teatru również nie było słowa. Na pytanie, o której wchodzi Me And That Man i do której będzie trwał ich występ, usłyszałem, że o 21:00 i do 23:30. „Jeden album i 2,5 godziny koncertu?” pomyślałem. No nic. Kawka, ciasto i na salę, a tam… kolejny support, już drugi tego wieczoru. Dobrze wiedzieć… 😛 Nie zapowiada się jednak, żebyśmy zaraz mieli zobaczyć na scenie Nergala i Portera. Kolejna wizyta do pani z obsługi teatru z pytaniem o której wchodzi headliner. „O 21:30, a koncert będzie trwał do ok. 23:00”. Pierwsza myśl to „Czy ja nadal jestem na tym samym koncercie, czy przez pomyłkę trafiłem gdzieś indziej?”. Poziom organizacji i komunikacji – pierwsza klasa. 😛

nl1

Ale dość tych narzekań, przejdźmy do właściwego występu. Pierwszy numer koncertu, a zarazem albumu Me And That Man, czyli „My Church Is Black” zagrany został z półprzezroczystą kurtyną przysłaniającą scenę i muzyków, efekt całkiem ciekawy. Następnie owa kurtyna opadła, a Johna Portera i Adama Darskiego mogliśmy już podziwiać w pełnej krasie, wraz z towarzyszącymi im muzykami. Tego wieczoru usłyszeliśmy, zdaje się (bo nie kojarzą ich wszystkich aż tak dobrze), wszystkie utwory z „Songs Of Love And Death” oraz parę dodatkowych kompozycji, w tym covery. Myślę, że każdy kto chciał zobaczyć, jak w bluesowo-rockowo-country repertuarze sprawdzi się Nergal, wszak to dla niego nowe terytoria, nie poczuł się zawiedziony. I pewnie każdy liczył na to, żeby sprawdzić jak lider Behemotha poradzi sobie z czystym śpiewem. Muszę przyznać, że całkiem nieźle. Nick Cave z niego nie będzie, ale naprawdę dawał radę. 😉

nl1

Dawno nie narzekałem prawda? Już w momencie rozpoczęcia występu dało się usłyszeć, że coś jest nie tak z nagłośnieniem. Mikrofon Portera był bardzo głośny, zaś Nergala ledwo dało się słyszeć. Z czasem zaczęło się robić coraz gorzej, dźwięk (tak instrumentów jak i wokalu) momentami po prostu zanikał, co bardzo uprzykrzało słuchanie, a publiczność coraz wyraźniej zaczęła wyrażać swoją dezaprobatę. Dopiero ok. połowy koncertu problemy techniczne rozwiązano. Ja rozumiem, że łatwo się wymądrzać pisząc takie domorosłe relacje, ale nie rozumiem faktu, dlaczego dopiero w połowie 1,5-godzinnego koncertu ktoś z ekipy nagłaśniającej zorientował się, że coś jest bardzo nie tak. Dodatkowo nie jestem przekonany co do akustyki Teatru Szekspirowskiego jeśli chodzi o tego typu wydarzenia. To co być może (nie wiem, bo nie sprawdzałem) sprawdza się w przypadku sztuk, niekoniecznie zdaje egzamin w przypadku takiego koncertu. Nie mówię, że nie dało się tego słuchać, ale coś mimo wszystko przeszkadzało, jakby dźwięk za dużo się odbijał od ścian. Albo za mało. Nie wykluczam jednak, że w innym miejscu na sali było inaczej, a moje odczucia mogą być bardzo subiektywne.

nl1

To co jednak można zaliczyć na plus koncertu, to energia, która emanowała ze sceny. Widać było, że muzycy doskonale czują się w swoim towarzystwie, a granie tego materiału na żywo sprawia im szczerą radość. Można oczywiście udawać, ale pewnych przejawów rutyny, zmęczenia czy zniechęcenia nie da się w pełni zakamuflować, a tego nie było widać po Nergalu i spółce. Dodatkowo i Darski i Porter mieli świetny kontakt z publicznością, co chwilę do niej zagadując. Brylował szczególnie ten pierwszy, który co i rusz wprowadzał widownię w kolejne utwory albo opowiadał anegdotki. Mimo iż nie klimaty bluesa czy country to nie do końca moje rejony, to występ Me And That Man bardzo mi się podobał, a numery z płyty doskonale bronią się na żywo. Podobał mi się luz, zaangażowanie i energia, z jaką muzycy wyszli na scenę i którą starali się przekazać widowni. Gdybyście mieli okazję zobaczyć grupę na żywo, skorzystajcie z niej, uważam że warto.

Maggot