Liga Sprawiedliwości (oryg. Justice League)

Rok: 2017
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: Chris Terrio, Joss Whedon
Obsada: Ben Affleck, Gal Gadot, Jason Momoa, Ezra Miller, Ray Fisher, Jeremy Irons, Henry Cavill, Amy Adams, Diane Lane, J.K. Simmons, Ciaran Hinds, Connie Nielsen
Czas Trwania: 120 min

Witajcie!

Leonardo da Vinci rzekł ponoć, że „kto mało myśli, błądzi wiele”. W ogólności zgadzam się z tym stwierdzeniem, uważam jednak, iż bywają sytuacje, w których „myślenie wiele” również prowadzi do błądzenia. A tak jest właśnie, moim zdaniem, w przypadku włodarzy DC Comics, którzy za dużo myślą o tym, jak by tu dogonić Marvela w kinowym wyścigu, co jednak sprowadza ich na manowce, a czego dowodem jest ich nowy film – „Liga Sprawiedliwości”.

Od razu na wstępie chciałbym zdementować wszelkie teorie, jakobym był hejterem komiksowej stajni, która wydała na świat Batmana i Supermana. Nic z tych rzeczy. Uwielbiam Batmanów Burtona i Nolana, z sentymentem wspominam pierwszych Supermanów w wykonaniu ś.p. Christophera Reeve’a, lubię też pierwszy film z DCEU, czyli „Człowieka Ze Stali”. Jednakowoż hejterem jestem czego innego i do tego się szczerze przyznaję. Jestem hejterem złego kina.

Gdy parę lat temu ogłoszono, że DC startuje ze swoim własnym uniwersum superbohaterów, na wzór Marvel Cinematic Universe, fani komiksowi, a szczególnie fani DC, zostali rozgrzani do czerwoności z ciekawości. Każdy już zacierał ręce wyobrażając sobie pojawienie się na jednym ekranie Batmana, Supermana, Wonder Woman, Aquamana i innych herosów. A potem przyszedł słaby „Batman vs. Superman”, tragiczny „Legion Samobójców” i bardzo przeciętny „Wonder Woman”. Tak, wiem, ekranizacja losów Diany z Themysciry przyjęła się wśród fanów i krytyków całkiem nieźle, ja jednak do tego grona nie należałem. Sporo nadziei wiązanych było z nową ekranizacją, z „Avengersami DC”, że w końcu wszystko wypali, że DC wejdzie na dobry tor lub na nim pozostanie, w zależności od tego, jak podobała się „Wonder Woman”. I co? Cóż, na pewno rozczarowany nie byłem, bo spodziewałem się, że będzie słabo. Ale po kolei.

Tuż po śmierci Supermana na świecie dochodzi do obserwacji dziwnych, skrzydlatych, demonicznych istot. Jak się okazuje, ich pojawienie się zwiastuje nadejście nowego, śmiertelnego zagrożenia dla Świata w osobie niejakiego Steppenwolfa (Ciaran Hinds). To taki duży gościu, który wygląda jak Wiking na sterydach z wielkim toporem, tylko bez brody. No i ów jegomość przybywa na Ziemię po jakieś trzy pudełka, które – jak sam twierdzi – mu się należą, a które połączone dadzą mu moc, by zniszczyć… A może przekształcić…? Nieważne. Zrobić z Niebieską Planetą coś takiego, że mieszkanie na niej stanie się mało przyjemne. I ten fakt jest idealnym pretekstem, żeby Bruce Wayne – Batman (Ben Affleck) z pomocą Diany – Wonder Woman (Gal Gadot) mógł zebrać całą ekipę superbohaterów i stawić czoła brzydalowi z kosmosu. Wiem, brzmi bardzo oryginalnie i nieprzewidywalnie. 😛

Skoro już jesteśmy przy fabule, to od niej zacznijmy analizę filmu. Zdaję sobie sprawę, że w filmach tego typu wszystko sprowadza się do tego, żeby zebrać na ekranie całą ekipę super-herosów i wszystko jest temu podporządkowane. Można to jednak zrobić lepiej albo gorzej. Tu mamy zdecydowanie do czynienia z drugą sytuacją. Wróg pojawia się nie wiadomo skąd, nie wiadomo do końca po co, jakieś pudełka, w nich coś, zagłada, dziedzictwo, zemsta, Ziemia najbardziej łakomym kąskiem we Wszechświecie, dawno temu wielka bitwa, teraz garstka przeciw złu, bla, bla, bla. Banał goni banał. I żeby jeszcze główny czarny charakter ratował jakoś sytuację, ale tak naprawdę pogrąża film jeszcze bardziej. Jest nijaki, sztywny jak pal Azji, a powoduje nim… no właśnie nie wiadomo do końca co. Kompletnie nie czujemy, że gościu stanowi jakiekolwiek zagrożenie, jest tak głupi, arogancki i pusty, że instynktownie czujemy, że jest z góry skazany na porażkę, bo taki burak nie może stanowić realnego zagrożenia. W wielu recenzjach pojawiają się słowa „pośpiech”, „poganianie” i ja się z tym w pełni zgadzam. Fabuła jest straszliwie poganiana, jakby ktoś stał nad nią z batem. Szast, prast i ekipa zebrana. Z historii Flasha (Ezra Miller), Aquamana (Jason Momoa) i Cyborga (Ray Fisher) dostajemy niezbędne minimum, ale dosłownie tylko tyle, żeby nie zapomnieć ich imion. Nie da się zbudować solidnej więzi z bohaterami, gdy ich historia przedstawiona jest w 5 min. Nie pomogło w tym wszystkim ograniczenie nałożone przez wytwórnię, że film ma trwać nie dłużej niż 2 godziny. Co gorsza, te 2 godziny nie zostały wystarczająco dobrze zagospodarowane. Przykładem kompletnie niepotrzebny wstęp z Supermanem albo walka Wonder Woman z terrorystami w Londynie, wątek który kompletnie nic nie wnosi, a kradnie tylko czas ekranowy, który mogliby wykorzystać pozostali bohaterowie. Nie wiem, czy to fakt, że ostatecznie nad filmem pracowało dwóch reżyserów, czy scenariusz od samego początku był tak chaotyczny, ale fabuła i jej prowadzenie jest piętą achillesową tego filmu. I to nie jedyną. Mam wrażenie, że „Liga Sprawiedliwości” ma więcej nóg niż ustawa przewiduje.

Przyjrzyjmy się stronie wizualnej filmu, bo tu też nie jest dobrze. Film jest przeładowany CGI, ale w stopniu, który można śmiało określić mianem „do porzygu”. I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że bardzo duża część tychże efektów wygląda po prostu źle. Nie wiem na co poszło 300 mln $ budżetu filmu, ale na efektach komputerowych ktoś chyba postanowił ostro przyciąć. Sztandarowym przykładem jest żenujący Steppenwolf, a szczególnie animacja jego twarzy. Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że w 2017 r., przy takim budżecie, gdy wychodzą takie wizualne perełki jak choćby „Blade Runner 2049” czy „Wojna o Planetę Małp”, tu mamy sytuację gdy głos bohatera nie zgrywa się z ruchem jego ust?! Miałem wrażenie, że cofnąłem się o jakieś 22 lata wstecz, gdzieś do czasów „Toy Story”. O twarzy Supermana nie będę nawet wspominał, bo chcę to jak najszybciej wymazać z pamięci. Do tego ta końcowa potyczka, która – może poza ujęciami wewnątrz budynku – wyglądała, za sprawą kolorystyki i zobrazowania otoczenia, jak lekko zmodyfikowana kopia tego, co widzieliśmy w „Batman vs. Superman” czy „Wonder Woman”. Ludzie… litości.

Muzyka jakaś jest… tyle. 😛

Mój „klubowy” kolega Kaczmar określił ten film mianem zabawnego (jego wideorecenzję możecie znaleźć tutaj). Pozwolę sobie z szanownym kolegą się nie zgodzić. Określenie filmu mianem zabawnego sugeruje, dla mnie przynajmniej, że dostarcza on stałej, równomiernie rozłożonej dawki humoru, którego ilościowo jest dużo, a tego w tym filmie, moim zdaniem, nie ma. Owszem, są zabawne momenty, ale jest tego za mało, by móc powiedzieć o całości, że jest zabawna.

Kolejną piętą achillesową jest sama drużyna i to jak się formuje. Ich zebranie się do kupy jest zbyt szybkie, zbyt bezproblemowe, kompletnie nijakie. Niby są jakieś tarcia, ale są one bardzo powierzchowne, ciężko potraktować to wszystko na poważnie. Wszystko przychodzi zbyt szybko, łatwo i przyjemnie. Ale co począć, skoro troje głównych bohaterów – Aquaman, Flash i Cyborg – nie miało swoich osobnych filmów? Batmana nie liczę, bo ileż można powtarzać historię, jak zginęła mu rodzina i jak odnalazł swoje prawdziwe „ja” w jaskini z nietoperzami? Nie ma podłoża, na którym można by zbudować głębsze relacje, konflikty, zaufanie bądź nieufność. Ot, zbierają się, bo pojawiło się zagrożenie, ale wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego i wymuszonego. Cieniem samego siebie jest Batman, który sprawia wrażenie nieobecnego, wycofanego. Może zamysłem było ukazanie starzejącego się, zmęczonego superbohatera, ale jeśli tak było, to nie wyszło. Wonder Woman jest taka, do jakiej nas już przyzwyczajono – nieprzyzwoicie piękna i równie nieprzyzwoicie patetyczna. Cyborg… jest. I tyle. Ray Fisher poradził sobie z rolą, były co do tego obawy, ale jego bohater jest tragicznie nijaki. Podobał mi się Aquaman (Jason Momoa), jest zabawny, rubaszny, świetnie ucharakteryzowany (te szkła kontaktowe i tatuaże), ale bardzo jednowymiarowy w swoim ciągłym kozactwie. Sytuację próbuje ratować Flash (Ezra Miller), który wprowadza dużo szczeniackiego luzu w tej sztywniackiej ekipie. Ale jak to powiedziała moja dziewczyna – „Fajny ten biegający Spider-Man” nawiązując rzecz jasna do kreacji Toma Hollanda w „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” Marvela.

I ten komentarz jest tak naprawdę bardzo wymowny i wskazuje, nawet jeśli nie wprost, na przyczynę porażki filmów DC – pośpiech. Pośpiech w pogoni za Marvelem, która z góry skazana była na porażkę. DC w swojej pazerności pomyślało, że da się tak po prostu stworzyć, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, swoje własne uniwersum superherosów i od razu wszystkie trybiki będą się kręcić bez zarzutu. Ale zegarmistrz pracował w takim pośpiechu, że nie umył rąk, zgubił szkice, części spadały mu na podłogę, zbierały brud, myliły się jedna z drugą, przez co koniec końców zamiast zbudować zegar, zrobił pozytywkę… Która nie gra. Marvel rozpoczął swoją podróż w 2008 roku i od razu z wysokiego C. Skrajnie naiwnym było myśleć, że uda się nagle skopiować ten sukces zaczynając 5 lat później, przy pomocy 5 filmów, gdy konkurencja ma ich na koncie już 17. I filmy, a tym samym fani DC, padają ofiarą tejże naiwności. DC powinno chyba zrewidować swoją taktykę i może zamiast gnać na łeb i szyję w pogoni za Marvelem, zluzować nieco, wypuścić solowe filmy poszczególnych bohaterów, a potem na spokojnie popracować nad kolejnym filmem grupowym. Nie wiem, czy zagwarantowałoby to sukces, ale gorzej już i tak być nie może, więc czemu by nie zaryzykować?

Kolejną piętą achillesową jest sama drużyna i to jak się formuje. Ich zebranie się do kupy jest zbyt szybkie, zbyt bezproblemowe, kompletnie nijakie. Niby są jakieś tarcia, ale są one bardzo powierzchowne, ciężko potraktować to wszystko na poważnie. Wszystko przychodzi zbyt szybko, łatwo i przyjemnie. Ale co począć, skoro troje głównych bohaterów – Aquaman, Flash i Cyborg – nie miało swoich osobnych filmów? Batmana nie liczę, bo ileż można powtarzać historię, jak zginęła mu rodzina i jak odnalazł swoje prawdziwe „ja” w jaskini z nietoperzami? Nie ma podłoża, na którym można by zbudować głębsze relacje, konflikty, zaufanie bądź nieufność. Ot, zbierają się, bo pojawiło się zagrożenie, ale wszystko sprawia wrażenie bardzo sztucznego i wymuszonego. Cieniem samego siebie jest Batman, który sprawia wrażenie nieobecnego, wycofanego. Może zamysłem było ukazanie starzejącego się, zmęczonego superbohatera, ale jeśli tak było, to nie wyszło. Wonder Woman jest taka, do jakiej nas już przyzwyczajono – nieprzyzwoicie piękna i równie nieprzyzwoicie patetyczna. Cygorg… jest. I tyle. Ray Fisher poradził sobie z rolą, bo były co do tego obawy, ale jego bohater jest tragicznie nijaki. Podobał mi się Aquaman, jest zabawny, rubaszny, świetnie ucharakteryzowany (te szkła kontaktowe i tatuaże), ale bardzo jednowymiarowy w swoim ciągłym kozactwie. Sytuację próbuje ratować Flash, który wprowadza dużo szczeniackiego luzu w tej sztywniackiej ekipie. Ale jak to powiedziała moja dziewczyna – „Fajny ten biegający Spider-Man” nawiązując rzecz jasna do kreacji Toma Hollanda w „Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” Marvela.

I ten komentarz jest tak naprawdę bardzo wymowny i wskazuje, nawet jeśli nie wprost, na przyczynę porażki filmów DC – pośpiech. Pośpiech w pogoni za Marvelem, która z góry skazana była na porażkę. DC w swojej pazerności pomyślało, że da się tak po prostu stworzyć, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, swoje własne uniwersum superherosów i od razu wszystkie trybiki będą się kręcić bez zarzutu. Ale zegarmistrz pracował w takim pośpiechu, że nie umył rąk, zgubił szkice, części spadały mu na podłogę, zbierały brud, myliły się jedna z drugą, przez co koniec końców zamiast zbudować zegar, zrobił pozytywkę… Która nie gra. Marvel rozpoczął swoją podróż w 2008 roku i od razu z wysokiego C. Skrajnie naiwnym było myśleć, że uda się nagle skopiować ten sukces zaczynając 5 lat później, przy pomocy 5 filmów, gdy konkurencja ma ich na koncie już 17. I filmy, a tym samym fani DC, padają ofiarą tejże naiwności. DC powinno chyba zrewidować swoją taktykę i może zamiast gnać na łeb i szyję w pogoni za Marvelem, zluzować nieco, wypuścić solowe filmy poszczególnych bohaterów, a potem na spokojnie popracować nad kolejnym filmem grupowym. Nie wiem, czy zagwarantowałoby to sukces, ale gorzej już i tak być nie może, więc czemu by nie zaryzykować?

Wiem, rozpisałem się, więc – choć mógłbym punktować ten film jeszcze długo – przejdę do podsumowania. „Liga Sprawiedliwości”, film z przeogromnym potencjałem, padł niestety ofiarą chciwości oraz pośpiechu DC i Warner Bros. Nuda, drewniane dialogi, chaos fabularny, żenujący czarny charakter i fatalne efekty komputerowe są dla mnie synonimami tego filmu. Uwielbiam kino superbohaterskie, więc niech sam za siebie przemówi fakt, że w połowie filmu chciałem, by już się skończył. Film miał parę drobnych przebłysków i zabawnych momentów, ale nic ponadto. DC chciało zmniejszyć dystans do Marvela, a tylko go powiększyło. To trochę jak wystawianie gokarta do wyścigu Formuły 1… Dzień po jego rozpoczęciu.

Maggot

Ocena: 3/10

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na

nl1