RECENZJA: Gwiezdne Wojny – Ostatni Jedi

Ta da da daaaaa… daaaaa… da da da daaaaaa daaaaaa! Onomatopeja może to niezbyt udana i intuicyjna, ale każdy kto choć spróbuje zanucić to co napisałem, od razu poczuje, choć odrobinę, klimat z galaktyki daleko stąd, dawno dawno temu. Tych kilka taktów elektryzuje geeków na całym świecie od przeszło czterdziestu lat. A niedawno uraczono nas kolejną odsłoną ulubionej sagi sci-fi w dziejach, jednym z najbardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku – Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi. Pod tym adresem możecie znaleźć wideorecenzję Kaczmara, tu natomiast mierzę się z filmem ja.

Akcja najnowszego filmu ze świata rycerzy Jedi rozpoczyna się w momencie zakończenia poprzedniej części sagi, ciepło przyjętego zarówno przez krytyków, jak i widzów (w tym mnie), „Przebudzenia Mocy”. Rey (Daisy Ridley) przybywa na planetę, na której ukrywa się Luke Skywalker (Mark Hamill) i pokazuje mu jego stary miecz świetlny, który stracił jeszcze podczas potyczki ze swoim ojcem, Darthem Vaderem, na Bespin, by przekonać go, aby powrócił z dobrowolnego wygnania i pomógł Ruchowi Oporu w walce z Nowym Porządkiem. I w zasadzie tyle można bezpiecznie zdradzić z fabuły filmu (choć tak po prawdzie jest to streszczenie zakończenia poprzedniej części), by nie zdradzić zbyt wiele z tych wątków fabularnych „Ostatnich Jedi”, których zdradzać się nie powinno. Ryzyko spoilera jest zbyt duże, ograniczę się więc do tego, że walka Ruchu Oporu z Nowym Porządkiem jeszcze się nie skończyła, zobaczymy dużo więcej Luke’a Skywalkera i parę osób, jak to zwykle w Gwiezdnych Wojnach, będzie musiało stawić czoła swojemu przeznaczeniu. Nic nowego, prawda?

© foto: Lucasfilm

Jak kino, to wizja, zacznijmy więc od tego, czym raczone są nasze oczy. Powiem krótko – jest pięknie. Naprawdę. Mamy tu mnóstwo naprawdę doskonałych ujęć i kadrów, a najbardziej chyba urzeka wyspa, na której mieszka Luke (Skellig Michael u wybrzeży Irlandii). Nie dość, że miejsce urokliwe, to jeszcze kamera wydobywa z niego to, co najlepsze. Widać, że reżyser – Rian Johnson – miał konkretną wizję, co chce pokazać, a Steve Yedlin idealnie uchwycił tę wizję w obiektywie. Świetnie prezentują się również efekty specjalne, a finał sceny z krążownikiem Ruchu Oporu i flotą Nowego Początku zaowocował koniecznością zbierania szczęki z podłogi.

© foto: Lucasfilm

Pod względem dźwięku w Gwiezdnych Wojnach – moim zdaniem – zawsze było dobrze. Nawet jeśli fabuła i gra aktorska nie domagały, to strona audio filmów broniła się. Nie inaczej jest tym razem i myślę, że każdy fan tej sagi będzie co najmniej usatysfakcjonowany. Są charakterystyczne syki i buczenia mieczy świetlnych? Są. Ryk TIE Fighterów? Jak najbardziej. Odgłosy laserów? Są. Ukochany ryk Chewbacci? Jest. Wzruszające popiskiwania R2-D2? Obecne. Monumentalna muzyka Johna Williamsa? Jest. No to czego chcieć więcej? 😉

Póki co wszystko idealnie, nieprawdaż? Czas zacząć się trochę czepiać, ale tylko troszeczkę. Otóż mam pewne problemy z fabułą tego filmu. Po pierwsze zbyt często podczas seansu w głowie kołatała mi się myśl „to już było…”. I nie zgodzę się z moim kolegą Kaczmarem, że to są wszystko tylko oczka puszczone w stronę fanów sagi. Dla mnie takim puszczeniem oczka są elementy drobne, nawiązania, czasem ledwo zauważalne i wychwytywane tylko przez wprawne oko, smaczki można by rzec. Ale nie kiedy kilka bardzo istotnych dla fabuły wątków jest wręcz kalką tego, co już widzieliśmy. W mojej głowie zakiełkowała obawa, że każda kolejna trylogia Gwiezdnych Wojen będzie w jakimś stopniu kolejnym cyklem tych samych wydarzeń, tylko trochę zmodyfikowanych. Trochę jak niszczenie i odtwarzanie Syjonu opisane w trylogii Matrixa. Muszę jednak oddać Rianowi Johnsonowi, że w tych wszystkich, zbyt ewidentnych – jak na mój gust – nawiązaniach, poumieszczał całkiem sporo dosyć nieoczekiwanych zwrotów akcji, przez co film, całkiem szczerze, parę razy mnie zaskoczył. Zgodzę się jednakże z moim ulubionym YouTube’owym recenzentem – Chrisem Stuckmannem (jego materiał o tym filmie znajdziecie tutaj), że cały wątek rozgrywający się na planecie Canto Bight totalnie wyhamowuje tempo filmu i sprawia wrażenie, jakby był wciśnięty na siłę. Dodatkowo wprowadza motyw relacji między Finnem (John Boyega) a Rose (Kelly Marie Tran), która również sprawia wrażenie, jakby została dodana na siłę, by wpisać się w typowe, hollywoodzkie kanony. Kolejnym moim problemem, aczkolwiek bardzo drobnym, jest nadmiar patosu w dialogach. Ja rozumiem, że takie okoliczności, walka z reżimem, ponoszenie ofiary, podtrzymywanie wiary i nadziei, ale momentami aż dziwnie zaczynało mi od tego burczeć w trzewiach.

© foto: Lucasfilm

Pochylić chciałbym się również nad bohaterami, a jest nad czym, szczególnie, że tu również jest trochę nierówno. Na biegunie dodatnim mamy zdecydowanie rodzinę Solo, czyli Leię i Bana aka. Kylo Rena. Zacznę od tego, że dziwnie trochę oglądało się ten film, wiedząc, że Carrie Fisher nie ma już pośród nas. Na pocieszenie jednak aktorka zostawiła nam doskonałą, bardzo prawdziwą i wyrazistą kreację Lei, kobiety z ogromnym bagażem doświadczeń, zmęczonej, ale jednocześnie będącej mentorem dla innych, swego rodzaju drogowskazem mądrości i nadziei. Zresztą, idźcie do kin i zobaczcie sami. Doskonała jest również kreacja Kylo Rena w wykonaniu Adama Drivera. Pamiętam jak po premierze „Przebudzenia Mocy” pojawił się w internecie taki mem.

Wiem, że wtedy sam się troszkę z niego śmiałem. Widzowie zarzucali postaci Kylo Rena, że jest zbyt płaczliwa, dziecinna, że jego twarz ma cały czas ten sam cierpiętniczy wyraz. Ale wierzcie mi, to był dopiero początek drogi, a Adam Driver pokazuje, jak powinna wyglądać osoba, która jest cały czas jeszcze młoda, niedojrzała, nieukształtowana, a jednocześnie bardzo potężna i niesamowicie skonfliktowana wewnętrznie. Gdyby tak został pokazany młody Darth Vader ponad dekadę temu, na trylogię prequeli z pewnością sypałoby się o wiele mniej gromów. Do tego tria dołączyłbym jeszcze Poe Damerona (Oscar Isaac), którego bohater pokazuje pełnię swego wnętrza i też przechodzi ciekawą, nawet jeśli nieco przewidywalną przemianę. Po środku aktorskiej stawki plasuje się większość obsady. Finn jest sobą, kontynuuje to, co pokazywał w poprzedniej części, ale nic więcej. Rey podobnie, choć wymieniłbym część jej dialogów, która jest sztywna jak pal Azji i patetyczna nie do zniesienia. Miłym zaskoczeniem była admirał Holdo (Laura Dern), postać przez praktycznie cały film bardzo enigmatyczna, trudna do rozszyfrowania, a na koniec sprawiająca również pewne zaskoczenie. Stawkę zamykają Rose i generał Hux (Domhnall Gleeson). Rose jest totalnie nijaka, więc nie będę poświęcał jej więcej uwagi. Generał Hux natomiast, to postać, która – gdy tylko pojawiała się na ekranie – wywoływała uśmiech politowania połączony z odruchem wymiotnym. Ja rozumiem, że to może miała być taka lekko przerysowana konwencja, że Hux jest swego rodzaju uosobieniem arogancji i pychy Nowego Porządku, które staną się jego zgubą, ale było tego już za dużo. Właściwie każda wypowiedź padająca z jego ust to popis bufonady, arogancji, a to wszystko na fundamencie kija wetkniętego… wiecie gdzie. 😉 Jeszcze w jednej z otwierających film scen, w dialogu radiowym z Poe zdaje to jakoś egzamin, ale potem już nie chce się tego słuchać. I tu wracamy na moment do fabuły. Rebelianci zniszczyli 40 lat wcześniej niezniszczalną, z pozoru, potrafiącą unicestwiać całe planety stację kosmiczną wielkości KSIĘŻYCA. Potem zabili Imperatora, przeciągnęli z powrotem na stronę dobra postrach galaktyki – Dartha Vadera, przy okazji niszcząc kolejny model wspomnianej wcześniej stacji kosmicznej. Następnie spadkobiercy Rebelii – Ruch Oporu – zniszczyli stację bojową WBUDOWANĄ W PLANETĘ i to przy użyciu bardzo małych sił. Czy naprawdę mam – jako widz – kupić to, że Nowy Porządek, czyli duchowi kontynuatorzy dzieła Imperium, nadal zachowują się jak banda aroganckich bufonów, która uważa, że Ruch Oporu to tylko garstka robaków, która nie stanowi realnego zagrożenia i można ją lekceważyć? No litości… Naprawdę pośród całego dowództwa Porządku nikt nie odrobił pracy domowej z historii, nawet tej najnowszej (i to takiej „5 dni temu” najnowszej)? Wybaczcie, ale takiego kitu nie kupuję. No i na deser zostawiłem sobie Najwyższego Przywódcę Snoke’a (Andy Serkis). Jako fan sagi, czysto subiektywnie powiem: chciałem więcej, potencjał – póki co – zmarnowany. Nie powiem nic więcej, bo musiałbym zdradzić ważne wątki fabuły, ale dam jeszcze tej postaci szansę, może coś jeszcze zaskoczy mnie w kolejnej części.

Jeszcze jedna rzecz, zanim przejdę do podsumowania – film jest dość zabawny. Nie ma może takiej luźnej atmosfery jak poprzednia część w reżyserii J.J. Abramsa, ale nadal jest sporo momentów, gdzie można się co najmniej szczerze uśmiechnąć. A, i skoro praktycznie każdy do tego nawiązuje, to jeszcze słowo o Porgach, czyli skrzyżowaniu świnek morskich z mewami.

Słodkie, momentami zabawne, ale dodane chyba trochę na siłę, jako – prawdopodobnie – materiał na linię zabawek dla dzieci. Nie przeszkadzały mi, ale jakby ich nie było, to też bym nie płakał.

„Ostatnich Jedi” oglądało mi się naprawdę dobrze, mimo okazjonalnych dłużyzn. Uważam, że jest to naprawdę solidny dodatek do filmowego uniwersum Gwiezdnych Wojen, film atrakcyjny wizualnie i dźwiękowo, zabawny, z solidną obsadą, ciekawymi zwrotami akcji, niepozbawiony co prawda wad, nieco wtórny fabularnie, ale nadal bardzo przyjemny w odbiorze. A co najważniejsze – sprawia, że chce się w tym świecie pozostać i śledzić dalej losy jego bohaterów.

Maggot

Ocena: 8/10

Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi (oryg. Star Wars: The Last Jedi)

Rok: 2017
Reżyseria: Rian Johnson
Scenariusz: Rian Johnson
Obsada: Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver, Daisy Ridley, John Boyega, Oscar Isaac, Andy Serkis, Domhnall Gleeson, Kelly Marie Tran, Laura Dern, Benicio Del Toro
Czas Trwania: 152 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 

nl1

2 thoughts on “RECENZJA: Gwiezdne Wojny – Ostatni Jedi

  1. Zgadzam sie absolutnie. Mialem te same mysli po obejrzeniu.Jednak ja wywalil bym elementy komediowe i skrocil film.

  2. Dla mnie za dużo śmieszkowania w kiepskim (troszkę na siłę) stylu. I właśnie takie odczucie wątków wciśnietych na siłę. Jak wycieczka po hakera..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *