RECENZJA: Baby Driver

Prequele, sequele, remaki, rebooty, spin-offy, dochodzi się do wniosku, że w Hollywood skończyły się już pomysły, poza jednym – jak robić hajs. W kinie głównego nurtu co i rusz dostajemy kontynuacje hitów starszych i nowszych, a do tego całą masę odgrzewanych kotletów. Czasem można odnieść wręcz wrażenie, że kotlet był już raz odgrzany, nadgryziony, potem zamrożony, potem znów odgrzany i serwowany jest teraz jako świeży wyrób, ale zatrucia pokarmowego można by się pewnie nabawić od samego nań patrzenia. Czasem jednak Fabryka Snów wypuści coś oryginalnego, świeżego, a przykładem takiego filmu jest Baby Driver w reżyserii Edgara Wrighta.

Tytułowy Baby (Ansel Elgort) jest z pozoru typowym, amerykańskim nastolatkiem, ale tylko z pozoru. Pierwszą nietypową cechą jest jego zdrowotna przypadłość – po wypadku, który przeżył jako dziecko, słyszy ciągłe buczenie w uszach, które zagłusza muzyką, przez co praktycznie cały czas ma w uszach słuchawki. Druga kwestia to jego zajęcie – jest kierowcą w napadach. Przywozi złodziei na miejsce, a po skoku ma za zadanie odstawić ich do kryjówki, gdzie już czeka jego pracodawca – niejaki Doc (Kevin Spacey). I jest w tym wybitnie dobry. Młodzian ma do spłacenia dług, co robi właśnie biorąc udział w napadach. Chciałby z tym skończyć, ale to – oczywiście – nie będzie takie proste…

© Sony Pictures Entertainment

Fabuła, na pierwszy rzut oka może wydawać się trochę dziwaczna i mało atrakcyjna. Ale to jak ta fabuła została przeniesiona na ekran, to już inna para kaloszy. Normalnie zaczynam analizę filmów od strony wizualnej, jednak tym razem zrobię wyjątek i na pierwszy ogień pójdzie muzyka, bo to ona jest osią tego filmu. To ona nadaje mu rytm, wyznacza nastrój, ona wręcz popycha wydarzenia do przodu, bez niej nic nie może się wydarzyć. I nie chodzi tu tylko o to, że film ma porywającą ścieżkę dźwiękową, to coś więcej – tu różne rzeczy dzieją się fizycznie w rytm muzyki. Dzięki takiemu zabiegowi łatwiej wejść nam w ciało człowieka, dla którego muzyka nie jest tylko pasją, ale który uczynił z niej narzędzie, które umożliwia mu funkcjonowanie, jak rozrusznik serca czy proteza kończyny. Bardzo świeża i oryginalna koncepcja.

Od strony wizualnej film również prezentuje się bardzo dobrze. Powiem szczerze, że dawno nie widziałem tak porywających scen pościgów. Co więcej, te uliczne gonitwy wyglądają realistycznie, naprawdę jesteśmy w stanie uwierzyć, że takie coś mogłoby mieć miejsce w rzeczywistości, to nie są „Szybcy i Wściekli”. 😉 Zwrócić uwagę należy również na bardzo dobrą pracę kamery, dzięki której łatwiej jest nam przenieść się w świat filmu.

© Sony Pictures Entertainment

Wróćmy do fabuły. Jak już wspomniałem, samo założenie nie jest wybitnie oryginalne samo w sobie. Mało to już było w kinie historii, kiedy to bohater kroczący przestępczą ścieżką chce zerwać z dotychczasowym życiem, ale świat, w którym zapuścił korzenie, nie pozwala mu tak łatwo się wyswobodzić, jak by tego chciał? I ileż to już razy działo się tak z powodu kobiety…? Tu też mamy kobietę, w postaci Debory (Lily James). Mamy też szefa, który nie odpuści (wspomniany Doc), mamy też ekipę, której nie do końca można ufać, która sama też nie ufa, a szczególnie ten jeden gość, który zawsze coś podejrzewa. Tu też takiego mamy, a jest nim Bats (Jamie Foxx). Więc niby zaczynamy czuć zapach tego starego kotleta, ale okazuje się, że to tylko kuchnia nim przesiąknęła, bo danie które dostajemy jest dość świeże. Podoba mi się lekko przerysowana, komiksowa konwencja, w której nakręcony jest film, a muzyczny aspekt jest integralną jej częścią. Postaci są z jednej strony bardzo archetypowe. Mamy elokwentnego, ale zarazem bezwzględnego szefa. Mamy tego gorszego zbira (Bats), mamy też tego bardziej dobrodusznego, jakim jest Buddy (John Hamm). Jest też gorąca laska – Darling (Eiza González) – z pozoru słodka, ale w rzeczywistości bezwzględna i dzika. Mamy też parę przestępców-głupków: JD (Lanny Joon) i Eddie (Flea, tak ten basista Red Hot Chilli Peppers), którzy z pewnością zrobią coś durnego. A jednak, w tej całej przewidywalności, zdarzają się pewne zwroty, których do końca się nie spodziewamy. Film ma też odpowiednią dawkę humoru, nie za mało, żeby pomóc muzyce nadawać lżejszego tonu, ale i nie za dużo, by nie strywializować faktu, że jednak jest to film sensacyjny, ludzie robią złe rzeczy i czasem giną.

© Sony Pictures Entertainment

Obsada prezentuje się bardzo solidnie, doskonale w swojej roli poradził sobie Ansel Elgort, aktor póki co jeszcze na dorobku, a dla mnie do tej pory kompletnie nieznany. Trochę za mało, w moim odczuciu, czasu ekranowego dostał Jon Bernthal, aktualnie najbardziej rozpoznawany jako Netflixowy Punisher, bo do roli zbirów nadaje się idealnie i mógł w tym filmie pokazać więcej, niż było mu dane. Wspomniałem wcześniej, że postaci są bardzo archetypowe, w swej generyczności nawet trochę przerysowane. Medal ma dwie strony. Z jednej wpisują się w tę lekko komiksową konwencję filmu, są wyraziste, z drugiej jednak strony stają się nieco przewidywalne, bo wspomniane również wcześniej zwroty w ich poczynaniach, nie dotyczą wszystkich bohaterów. Nie jest to jednak rzecz, która bardzo przeszkadza, bo tempo i dynamika filmu nie pozwalają nam specjalnie się nad tym zastanawiać.

Baby Driver to dla mnie jeden z oryginalniejszych filmów ubiegłego roku. Na bazie oklepanego przepisu sporządzono całkiem zabawne, trzymające w napięciu, rozśpiewane danie, które smakuje bardzo świeżo i oryginalnie. Taki musical sensacyjny. Nie jest to może materiał na film dekady, pewnie na film roku też nie, ale gorąco Wam tę pozycje polecam. Jeśli lubicie szybką akcję i kochacie muzykę, to ten film jest dla Was.

Maggot

Ocena: 8/10

Baby Driver

Rok: 2017
Reżyseria: Edgar Wright
Scenariusz: Edgar Wright
Obsada: Ansel Elgort, Kevin Spacey, Lily James, Jon Hamm, Jamie Foxx, John Bernthal, Eiza González
Czas Trwania: 112 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *