RECENZJA: Kształt Wody

Filmy o miłości są stare bodaj tak jak cała kinematografia. Weźmy chociażby słynny „Pocałunek” z 1986 r., krótkometrażowy obraz, który wtedy okazał się być dziełem niezwykle kontrowersyjnym, choć pokazywał tylko i wyłącznie tytułowy pocałunek. Problem tych filmów polega na tym, że jest ich za dużo, a ich natłok sprawia, że bardzo łatwo popadają w banał, a widz ma wrażenie, że każdy obraz serwuje tę samą historię, tylko w innej scenerii i z innymi aktorami. Prym na tym polu wiodą komedie romantyczne, które ochoczo ostatnimi laty płodzi nasz rodzimy przemysł filmowy. W natłoku tych wszystkich wyeksploatowanych klisz, czasem trzeba podejść do tematu bardzo oryginalnie, kontrowersyjnie wręcz, żeby uchwycić całe piękno miłości, zakochania, zauroczenia, skomplikować pozornie fabułę, by w nieskomplikowany i prosty sposób pokazać czyste emocje. Tak było kiedyś w rewelacyjnym „Ona” Spike’a Jonze’a, a teraz w „Kształcie Wody” w reżyserii Guillermo Del Toro.

Główną bohaterką filmu jest Elisa (Sally Hawkins), sprzątaczka w wojskowym centrum badawczym w bliżej nieokreślonym, amerykańskim mieście. Kobieta wiedzie spokojne, można by wręcz rzec, że monotonne życie, każdy dzień upływa jej według praktycznie tego samego schematu, którego stałym elementem jest nocna zmiana we wspomnianym laboratorium. Czas w pracy Elisa spędza głównie w towarzystwie pyskatej i rezolutnej Zeldy (Octavia Spencer), jednej z dwóch najważniejszych osób w cichym świecie Elisy. Drugą osobą jest jej sąsiad, artysta po przejściach – Giles (Richard Jenkins). Dlaczego użyłem w przedostatnim zdaniu słowa „cichym”? A to dlatego, że Elisa od dziecka jest niemową. Spokojne i poukładane życie Elisy wywraca się do góry nogami w momencie, gdy do laboratorium przywiezione zostaje tajemnicze, humanoidalne, wodne stworzenie. Z pozoru typowe zwierzę, bardzo szybko okazuje się jednak, że istota nie dość, że jest bardzo inteligentna, to i obdarzona jest uczuciami, a więź jaka nawiążę się między nią a Elisą, będzie czymś nie z tego świata.

© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation

Guillermo del Toro to reżyser o niesamowicie barwnej, odważnej, a do tego mocno wykręconej wyobraźni, a takie jego dzieła jak słynny „Labirynt Fauna”, „Hellboy” czy „Pacific Rim” tylko to potwierdzają. Gdy zatem dowiedziałem się, że Meksykanin kręci dramat z elementami sci-fi, wiedziałem od razu, że nie będzie to film standardowy, trzymający się schematów, podchodzący do prezentowanych tematów w sposób bezpieczny. No i się nie zawiodłem. 🙂

Po pierwsze widać, że jest to film del Toro, co oznacza, że jest wizualnym majstersztykiem. To co rzuca się w oczy jako pierwsze, to urzekające lokacje, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, doskonale oddające klimat miejsc, które reprezentują. Odnosi się wrażenie, że nic w scenografii nie jest dziełem przypadku, każda książka na półce, kartka papieru na biurku, czy skorupka od jajka znalazła się tam, gdzie się znalazła, bo taka była wizja reżysera. Doskonale wyglądają kostiumy, a szczytowym osiągnięciem na tym polu jest „wodny człowiek”, to jak się prezentuje jest po prostu niesamowite. Można się wręcz zapomnieć i uwierzyć, że to nie jest tylko aktor w kostiumie, ale że na plan na prawdę ściągnięto z Amazonii człekokształtnego, żyjącego w wodzie stwora, wytresowano i postawiono przed kamerą. Mógłbym tu długo pisać o wizualnej stronie „Kształtu Wody”, o świetnej pracy kamery, o doskonałych ujęciach, o kolorystyce, ale nie widzę w tym większego sensu. Zobaczcie po prostu ten film i przekonajcie się sami.

Doskonale prezentuje się również warstwa dźwiękowa filmu, a szczególnie muzyka, która nie dość, że idealnie wprowadza nas w klimat epoki, w której rozgrywa się akcja, to jeszcze idealnie „podbija” emocje przekazywane przez bohaterów.

© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation

„Kształt Wody” doskonałym aktorstwem stoi. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście fenomenalna Sally Hawkins, której bohaterka nie wypowiada przez cały film ani słowa, a jednak to jej emocje są najwyraźniejsze, to ona ma nam najwięcej do powiedzenia, a widz słucha z przejęciem i wzruszeniem, mimo iż nie pada de facto żadne słowo. Gra ciałem wyniesiona na poziom mistrzostwa. Ale, żeby nie było, że pozostała cześć obsady jest tylko tłem dla Hawkins i jej Elisy, towarzyszący aktorzy również prezentują się doskonale. Czy to Octavia Spencer, w bardzo charakterystycznej dla siebie roli rezolutnej, czarnoskórej „siostry”, czy Richard Jenkins jako zagubiony, starzejący się artysta grafik Giles, czy w końcu fenomenalny Michael Shannon jako czarny charakter filmu Richard Strickland, każdy prezentuje najwyższą klasę. Wielkie brawa należą się również stałemu współpracownikowi Del Toro – Dougowi Jonesowi, który wcielił się w wodnego człowieka. Nie jest to zresztą pierwsza taka jego rola, w dwóch częściach „Hellboy’a” grał wszak Abe’a Sapiena, wybitnie inteligentnego mutanta, który żyje w środowisku wodnym i jest bardzo podobny do stwora z „Kształtu Wody”. Jones gra tajemnicze stworzenie z ogromnym wyczuciem i gracją, widz jest w stanie uwierzyć, że tak właśnie mogłaby się zachowywać taka istota, gdyby istniała. A może istnieje…? 😉

Mam jednakże pewien problem z fabułą tego filmu, bo w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że gdyby odjąć całą warstwę wizualną i wątek nadprzyrodzony, to jest ona dosyć banalna. Nie chcę wnikać w szczegóły, żeby nie zdradzać ważnych wątków, tym samym psując Wam zabawę, ale tego typu historie już widziałem. Jest ktoś, kogo społeczeństwo w jakiś sposób odrzuca, nie rozumie, ten ktoś nie może liczyć na uczucia, na akceptację, póki nie znajdzie się ktoś inny, o wybitnie dobrym sercu albo podobny mu wyrzutek, który go zrozumie i nie będzie oceniać, osądzać, ale zaakceptuje takim, jaki jest. Brzmi znajomo, prawda? Podtrzymuję jednak to, co napisałem na samym początku, że czasem trzeba film nieco udziwnić, podejść do tematu miłości w bardziej nietypowy sposób, żeby z filmu nie zrobiło się kolejne, banalne, pełne klisz „love story”, a esencja uczucia mogła zostać lepiej uchwycona.

© 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation

Przyczepię się jeszcze do jednej kwestii czysto technicznej, choć domyślam się, że dla wielu może to być bezsensownym czepialstwem. Nie rozumiem, dlaczego w filmie tak dopieszczonym pod praktycznie każdym względem, rolę sowieckiego agenta gra brytyjski aktor, który gdy mówi po „rosyjsku” to brzmi to jak… Nie wiem, jak co, ale z pewnością nie jak rosyjski. Wyszło to fatalnie i, szczerze mówiąc, aż uszy bolały, gdy się tego słuchało. Skoro jest to postać drugoplanowa, to nie dało się po prostu zatrudnić Rosjanina, który nie kaleczyłby języka? Niby drobna rzecz, ale jednak nieco irytująca.

Cokolwiek by jednak temu filmowi nie chcieć zarzucić, to jednego nie można mu odmówić – jest w nim coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, wybija się ponad przeciętność całego multum oklepanych, pełnych klisz historii. Takie filmy nie powstają w Hollywood na porządku dziennym, a Guillermo del Toro pokazał, iż jest artystą tyleż utalentowanym, co odważnym. Gorąco Wam ten film polecam.

Maggot

Ocena: 8/10

Kształt Wody (oryg. The Shape of Water)

Rok: 2017
Reżyseria: Guillermo del Toro
Scenariusz: Guillermo del Toro, Vanessa Taylor
Obsada: Sally Hawkins, Octavia Spencer, Richard Jenkins, Michael Shannon, Michael Stuhlbarg, Doug Jones
Czas Trwania: 123 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

One thought on “RECENZJA: Kształt Wody

  1. gdyby film zakończył się śmiercią potwora i głównej bohaterki uznał bym film za średni (6 na 10) bo zaskakujące zakończenie które w końcu było by smutne i nie dobre podwyższyło by ocenę o 3 punkty .Tutaj niestety mamy kolejny banalny film o miłości która wszystko zwycięża. jedyny plus ciekawie pokazane lata 60

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *