RECENZJA: Avengers: Wojna Bez Granic

Jest, jest, jeeeeeeeest!!! Nareszcie, w końcu, alleluja! Najbardziej wyczekiwany film tego roku, a i jeden z najbardziej wyczekiwanych kiedykolwiek, w końcu zawitał do naszych kin. Dziesięć lat od premiery „Iron Mana”, kinowe uniwersum Marvela dotarło do punktu kulminacyjnego, a tymże punktem jest film „Avengers: Wojna Bez Granic”. Jakie wrażenia? Jeśli interesuje Was opinia Kaczmara, to zachęcam do obejrzenia jego nagrania na YouTube. Tu natomiast zapraszam do dalszej lektury mojej recenzji. 😉

Próbować mówić o tym filmie, jednocześnie unikając spoilerów, to jakby chodzić w betonowych butach z wystającymi prętami zbrojeniowymi po afgańskim polu minowym… Jak możecie się domyślać, łatwo nie jest, zrobię jednak co w mojej mocy, żeby nikomu frajdy nie popsuć. Zacznę może od tego, że jeśli do filmów Marvela podchodziliście wybiórczo, nie widzieliście wszystkich 18 ekranizacji komiksowych z tej stajni… to nie bierzcie się za „Wojnę Bez Granic”. Szczerze. Nie ma sensu. Jeśli natomiast widzieliście wszystkie dotychczasowe filmy wraz ze wszystkimi ukrytymi scenkami… To nic Wam mówić nie muszę, bo sami najlepiej się domyślacie, co się wydarzy. Zbiorą się wszyscy dobrzy przeciwko temu najgorszemu ze złych, a tym jest nikt inny, jak sam Thanos. To by było na tyle, jeśli chodzi o fabułę. 😉

© 2018 Marvel Studios

Może zacznę od rzeczy najprostszych do oceny, czyli od strony wizualnej. Co ja mam powiedzieć…? Jest przepięknie. Nowe stroje, nowe gadżety, nowe fryzury, nowe planety, nowi wrogowie, nowe moce, naszym oczom serwowana jest uczta, jakie nieczęsto się zdarzają. Wszystko stoi na najwyższym poziomie, to jest po prostu sam szczyt kunsztu realizacji i ciężko wznieść się wyżej. Mowa tu zarówno o scenografii, o kostiumach, o charakteryzacji, o praktycznych efektach specjalnych, jak i tych komputerowych. Co prawda są momenty, gdy animowane cyfrowo sylwetki bohaterów zachowują się nieco nienaturalnie, zdarza się też, że mimika generowanych komputerowo postaci zdradza, że nie są to prawdziwi aktorzy, ale… Pamiętacie Steppenwolfa z „Ligi Sprawiedliwości”? Przy nim, komputerowe postaci z „Avengers” wyglądają jak prawdziwi ludzie przy plastelinowych kukłach. 😀 Ogromną sztuką jest dodatkowo to, że nie mamy poczucia przesytu efektami komputerowymi, że obrazy wyświetlane na ekranie nie są chaotyczne i nie powodują dezorientującego oczopląsu. Owszem, są sceny, gdzie dużo się dzieje, ale nie jest to „Transformers” Michaela Bay’a, gdzie od natłoku efektów i trzęsiawek kamery zbiera nas na wymioty. 😛

Efekty dźwiękowe idą w sukurs stronie wizualnej, stojąc na bardzo wysokim poziomie i idealnie dopełniając widowisko. Doskonale prezentuje się również muzyka, choć bywają momenty, gdy w podniosłych chwilach robi się aż nadto patetyczna, tak jakby twórcy chcieli mieć pewność, że widz się wzruszy. Koniec końców jednak sfera audio filmu prezentuje się doskonale, a szczególnie gdy na ekranie pojawiają się państwo przedstawieni na zdjęciu poniżej. Zapewne domyślacie się dlaczego. 😉

© 2018 Marvel Studios

Jak już wspomniałem na wstępie, ogromną sztuką jest mówić o tym filmie i nie zdradzać szczegółów, mniejszych lub większych, które mogłyby odebrać przyjemność z jego oglądania. Skupię się więc na paru swoich przemyśleniach, dotyczących pewnych kwestii. Zacznę od tego, że przed obejrzeniem filmu miałem obawy, że przy tylu bohaterach obecnych na ekranie w jednym momencie, do fabuły wedrze się chaos, spowodowany tym, że każda postać będzie musiała dostać swoje pięć minut. I tu chyba należą się największe pochwały scenarzystom i reżyserom „Wojny Bez Granic” (ale durny jest ten polski tytuł 😛 ). Jak już napisałem wyżej, jeśli nie widzieliście wszystkich poprzednich filmów z MCU nie oglądajcie nowych Avengersów. Ten film to zwieńczenie, ukoronowanie wręcz 10-letnich wysiłków Marvela, ale nie jest to film, z którego dowiecie się czegokolwiek o bohaterach. Temu celowi służyły właśnie poprzednie filmy. To one przybliżyły nam sylwetki postaci, opowiedziały ich historie, ustanowiły relacje między nimi i to wszystko po to, by „Avngers: Infinity War” nie musiał już na te rzeczy tracić czasu. Pionki były rozstawiane przez 10 lat, czas na ostateczną starcie. Dzięki temu film skupia się na konkretnym wątku i na konkretnym bohaterze, o czym za chwilę. Pojawiają się głosy, że niektóre postaci są w tym filmie trochę niedoinwestowane, że mogłyby pokazać więcej, a ich potencjał nie został w pełni wykorzystany. Być może, spójrzmy na to jednak z innej strony. W ciągu wspomnianych 10 lat przedstawiono nam w sumie kilkudziesięciu różnych bohaterów, którzy potencjalnie mogliby pojawić się w tym filmie. Ciężko oczekiwać, by każdy mógł zabłysnąć, bez rozciągania długości filmu do 6-7 godzin. Poza tym, nie oszukujmy się – jasno dano nam do zrozumienia, że niektóre postaci są ważniejsze od innych. Zimowy Żołnierz czy War Machine nie będą odgrywać tak ważnych ról w fabule, jak Iron Man, Thor czy Kapitan Ameryka, a tym samym nie ma sensu oczekiwać, że nagle będą mieli coś więcej do powiedzenia. A jeśli już mówimy o długości filmu, to wypadałoby jeszcze wspomnieć o jednej jego zalecie. Akcja dzieje się bardzo szybko, nieustannie trzyma w napięciu, dużo się dzieje, co chwilę przeskakujemy z lokacji do lokacji, ale mimo tego nie ma się wrażenia, że akcja jest sztucznie poganiana, że poszczególne wątki poboczne przyspieszane są lub wręcz ucinane, by nadążyć z wątkiem głównym. Nic z tych rzeczy. Ani razu podczas seansu nie miałem wrażenia, że coś się wydarzyło, „bo tak”. A teraz skupmy się na jednym konkretnym bohaterze i chyba wiecie o kim mówię. Oczywiście chodzi o Thanosa.

© 2018 Marvel Studios

Powiem krótko – Thanos jest bezapelacyjnie najlepszym jak do tej pory czarnym charakterem w MCU, a i jednym z najlepszych spośród filmowych adaptacji komiksów w ogóle. W końcu jest to postać, która wybija się z typowych dla komiksowych złoczyńców schematów typu „jestem bezwzględnym, idącym po trupach (dosłownie) do celu biznesmenem, a Ty mi przeszkadzasz, to Cię zabiję”, „chcę się na Tobie za coś tam zemścić, więc przy okazji zemsta obejmie wszystkich dookoła” albo klasycznego „jestem zły i rozwalę wszystko… bo tak”. Thanos jest gościem, którym kierują bardzo konkretne pobudki, który konsekwentnie realizuje pewien plan. Jest oddany sprawie, cierpliwy, inteligentny, konsekwentny, ale przy tym również okrutny i bezwzględny, ale… No właśnie, nie da się za dużo powiedzieć, żeby nie zdradzić istotnych wątków. Zdecydowanie jest to jednak bohater wielowymiarowy, intrygujący, a do tego cholernie przerażający. Naprawdę, kiedy pojawia się na ekranie, widz czuje podskórnie, że zaraz wydarzy się coś złego. Ogromne brawa dla scenarzystów, reżyserów oraz Josha Brolina, który wcielił się w postać fioletowoskórego Tytana.

Kolejny plus – humor. Kinowe uniwersum Marvela przyzwyczaiło nas do wszechobecnego w jego filmach humoru. Raz było go więcej, raz mniej, ale zawsze był to pewien znak firmowy MCU. I tu nie jest inaczej. Owszem, nie ma go tyle, co chociażby w „Strażnikach Galaktyki” czy „Thor: Ragnarok”, ale niezbędna jego dawka jest obecna i bardzo umiejętnie wpleciona, tak by nie bagatelizować momentów podniosłych, by żarty nie były żenujące i nie na miejscu.

© 2018 Marvel Studios

Czy można zatem do czegoś się przyczepić? Czepialstwem dla samego czepialstwa byłyby zapewne minimalne, ledwo zauważalne sztuczności w ruchach i mimice bohaterów animowanych komputerowo. Dla mnie osobiście największym minusem filmu jest jego zakończenie, ale nie chodzi o sam finał filmu, ale to, jak został on opisany przez samych twórców „Wojny Bez Granic”. Nie dajcie się zwieść, gdy mówi się, że to jest autonomiczny film, że ma swoje definitywne zakończenie, że owszem jest powiązany z kolejną częścią, ale nie jest jako tako pierwszą odsłoną dwuczęściowego filmu. Bzdura! Film się kończy, a widz siedzi w fotelu rozdziawiony, z niedowierzaniem wyrysowanym na twarzy i rozgląda się po sali, czy ktoś przypadkiem przez pomyłkę nie wyłączył projektora. Jak dla mnie film kończy się klasycznym „cliffhangerem”, a ja jako widz i fan MCU muszę teraz czekać cały rok, żeby dowiedzieć się co dalej. Nie wiem, jak zniosę ten czas… 😛 Ostatni mój zarzut do tego filmu to to, co scenarzyści zrobili z jednym bohaterem. Zdążyłem tę postać polubić, różnie to bywało, ale ogólnie dało się do tego kogoś zapałać sympatią, była to postać fajna. W tym filmie, obserwując tego bohatera, co chwilę przechodziło mi przez myśl „co za idiota”. Serio, w pewnym momencie, gdy ten ktoś pojawiał się na ekranie, zaczynałem się irytować. I owszem, to co robił wpisywało się w fabułę, ale uważam, że scenarzyści trochę przesadzili. Oczywiście, z przyczyn znanych, nie mogę zdradzić, kim ten bohater jest. Lub bohaterka… 😉

„Avengers: Wojna Bez Granic” to ukoronowanie 10-letnich wysiłków Marvela, zwieńczenie starań, by stworzyć unikatowe, filmowe uniwersum, w którym bohaterowie znani z kart komiksów mogliby zostać powołani do życia pod jednym sztandarem. To nagroda za cierpliwość, konsekwencję, za podejmowanie ryzyka, za niejednokrotne wyrywanie się ze schematów kina superbohaterskiego. Doskonały film, piękny wizualnie, umiejętnie zbierający w jednym miejscu taką dużą liczbę postaci, ze świetnym czarnym charakterem. Nic dodać, nic ująć, marsz do kin! I oczywiście nie zapomnijcie zostać do końca napisów. 😉

Maggot

Ocena: 9.5/10

Avengers: Wojna Bez Granic (oryg. Avengers: Infinity War)

Rok: 2018
Reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
Scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
Obsada: Domyślcie się… 😛
Czas Trwania: 149 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *