RELACJA: Arch Enemy + Jinjer & Totem (17.06.2018, B90, Gdańsk)

Witam szanownych melomanów!

Miałem zacząć ten tekst od czegoś w stylu „czymże lepiej przywitać lato, jak nie solidnym koncertem metalowym?”. Prawda jest jednak taka, że 17-ty czerwca to jeszcze nie początek lata, pogoda upalna przyszła już w maju, a teraz kiedy to piszę, aura znów jest niekorzystna i bardziej przypomina jesień. A zatem mój inicjalny pomysł na wstęp, jak to mówią, „pasuje jak świni siodło”. Choć może gdzieś na świecie siodła się świnie…? 😛

Może zatem zamiast silić się na atrakcyjne wstępy przejdę po prostu do rzeczy. A rzeczą w tym wypadku jest kolejna wizyta w naszym kochanym kraju, a zarazem kolejna w Gdańsku, szwedzkiej załogi z Arch Enemy, która na owe występy zaprosiła jeszcze rodzimą ekipę z Totem oraz ukraiński Jinjer. Można było się spodziewać, że będzie się sporo działo. A jak było w istocie? Pozostańcie ze mną, to się dowiecie.

Wiem, że to już chyba stały element mojej relacji i zastanawiacie się pewnie „kiedy on w końcu trafi na te koncerty o czasie i zobaczy wszystkie kapele?”, ale po raz kolejny coś przegapiłem, a tym razem ten los podzielił zespół Totem. Nie miałem nawet kogo spytać, jak było, więc się nie wypowiem. Po nich na scenie zameldowała się ekipa z Ukrainy, czyli Jinjer.

nl1

Nie da się ukryć, że największe zainteresowanie wzbudzała wokalistka zespołu – Tatiana, która w swej kreacji wyglądała jak jakaś domina rodem z sesji S&M, a do tego obdarzona głosem, który mógłby wyrządzać krzywdę większą, niż niejedno akcesorium dla tych, co to kochają bijąc. 😉 Wierzcie mi, dziewczyna potrafi się nieźle wydrzeć, śmiem twierdzić, że nawet bardziej brutalnie, niż liderująca headlinerowi Alissa White-Gluz. Trochę gorzej było z całością muzyki, którą gra zespół, a która jakoś kompletnie nie przypadła mi do gustu. Lubię eklektyczne, wielowymiarowe granie, lubię mieszanie stylów, ale mieszanka zaserwowana mi przez Jinjer jakoś do mnie nie przemówiła. W moim odczuciu było to przemieszanie z poplątaniem, w którym nie byłem w stanie dojrzeć zbyt dużo sensu, mnóstwo motywów – groove, new, djent, growl, czysty wokal – które jednakowoż nie były w stanie scalić się w logiczną i słuchalną całość. Ale to moje zdanie, publiczność pod sceną zdawała się bawić naprawdę dobrze. Część występu Jinjer została jednakże poświęcona na uzupełnienia zawartości żołądka, by na czczo nie musieć oglądać gwiazdy wieczoru, czyli Arch Enemy.

nl1

Arch Enemy można posądzać o wiele rzeczy – o wtórność, o zamknięcie się we własnej strefie komfortu, o odgrzewanie kotletów, o kompozytorską dyktaturę założyciela zespołu, Michaela Amotta, o to że od dawna nie wydali albumu, który byłby świeży i porywający. Owszem, wiele racji miałby każdy, kto skierowałby wobec zespołu takowe zarzuty. Ale jednego nie można im odmówić – że dają dobre, energetyczne i porywające publikę koncerty. Alissa White-Gluz to prawdziwe sceniczne zwierzę, któremu metal-maniacy najzwyczajniej w świecie jedzą z ręki. Dziewczyna ma niespożyte siły, przykuwający wzrok image sceniczny, a do tego niezłą parę w płucach. Wiem, że teraz wokalistki parające się bardziej agresywnymi formami ekspresji wokalnej to już nie nowość, ale teoria teorią, a gdy usłyszy się to na żywo, to człowiek od razu nabiera szacunku. 🙂

nl1

Ale nie samym wokalem zespół stoi, pozostali muzycy zespołu również prezentowali się bardzo dobrze, a szczególnie duet gitarowy Amott-Loomis. Widać, że obaj są już starymi wyjadaczami scenowymi, że nie tylko to co grają, ale i jak to grają, ich ekspresja, przemawia w pełni do zgromadzonych pod sceną fanów. Oczywiście, sceptycy mogliby powiedzieć, że to już rutyna, że nie ma w tym już nic świeżego, itp., itd. Ja tam malkontentem nie jestem i zdaję sobie sprawę z tego, że jak się gra dziesiątki, jak nie setki koncertów rocznie, to nie da się na każdy występ przygotowywać jakichś improwizacji, co występ innej setlisty, itp. Ja widziałem w tym wszystkim energię, entuzjazm i jakąś taką szczerość, więc osobiście jestem usatysfakcjonowany, i czepiać się dla samego czepialstwa nie zamierzam.

Co do zaprezentowanego repertuaru, to usatysfakcjonował on przede wszystkim fanów ostatnich dwóch wydawnictw grupy, bo to one doczekały się najwięcej reprezentantów w koncertowej setliście, ale entuzjaści nieco starszych dokonań, jeszcze z czasów Angeli Gossow, też raczej nie wyszli rozczarowani.

nl1

Jeśli chodzi o oprawę audio-wizualną to, moim zdaniem, nie było się do czego przyczepić. Inżynierowie dźwięku wykonali swoją robotę dobrze, instrumenty nie zagłuszały się nawzajem, a wokal Alissy był należycie wyeksponowany. Co prawda partie basu był ledwie rozpoznawalne, ale na płytach Arch Enemy jest tak samo, więc tu bym dziury w całym nie szukał. Wystrój sceny był minimalistyczny, nie było tam żadnych wymyślnych instalacji, które odwracałyby uwagę od najważniejszego, czyli muzyki. Stawiam solidną piątkę. 🙂

Zgromadzona tego wieczoru w B90 publika bawiła się znakomicie, co tyczy się również niżej podpisanego. Moją uwagę przykuł obrazek, gdy dziewczynka, na oko jakieś 6 lat, siedząc – zdaje się – na baranach u taty, wyciągała w górę rączkę i pokazywała palcami rogi. Ok, w tym wypadku różki. Aż żałuję, że nie udało mi się tego uchwycić na zdjęciu. A byłby to idealny obrazek podsumowujący to, jak fajnie było tego wieczoru. Nawet jeśli kolejne albumy Arch Enemy nie będą porywać, to na ich koncert zawsze warto się wybrać, choćby raz, żeby zobaczyć co mają do zaoferowania. 😉

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *