RECENZJA: Zimna Wojna

Paweł Pawlikowski zaistniał w świadomości szerszego grona kinomanów w 2013 r., dzięki swojemu, nagrodzonemu Oskarem filmowi „Ida”. Przyznam szczerze, że obraz ten nie zachwycił mnie wyjątkowo, owszem był dość wyrazisty, z pozostająca w pamięci, wybitną kreacją Agaty Kuleszy, ale nagroda Akademii wydała mi się wtedy na wyrost. I nie chodzi tu nawet o te wszystkie teorie, że jeśli film porusza kwestie żydowskie, to z urzędu dostaje Oskara. Po prostu z obrazów, które stawały wtedy w szranki z „Idą”, o wiele bardziej przemówił do mnie „Lewiatan” w reżyserii Andreya Zvyagintseva. Teraz Pawlikowski powraca z kolejnym swoim dziełem – „Zimną Wojną”.

Akcja filmu rozpoczyna się na początku lat 50-tych ubiegłego wieku. Wiktor (Tomasz Kot), pianista i kompozytor, wraz z muzyczką i choreografką Ireną (Agata Kulesza) oraz partyjnym działaczem Kaczmarkiem (w końcu znów dobra rola Borysa Szyca) podróżuje po wsiach dźwigającej się z kolan Polski w poszukiwaniu pieśni i melodii ludowych, które do tej pory były elementem tylko lokalnych folklorów. Celem jest powołanie ludowego zespołu pieśni i tańca, który kultywowałby te ukryte, zapomniane niekiedy, polskie tradycje i w nowych, bardziej pompatycznych aranżacjach przedstawił całemu krajowi. Podczas naboru młodzieży do tak właśnie rodzącego się zespołu „Mazurek” Wiktor poznaje Zulę (Joanna Kulig) – przebojową, rezolutną, tyleż utalentowaną co charakterną młodą dziewczynę. Między nauczycielem a uczennicą bardzo szybko kiełkuje gorące uczucie, którego historia ciągnąć się będzie przez lata z niemałymi perypetiami.

© Opus Film

Pawlikowski znów postawił na czarno-białe środki wyrazu i był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Wespół ze staroświeckim formatem kadru oraz niebywałym przywiązaniem uwagi do szczegółów w kostiumach i scenografii, otrzymujemy obraz wyjątkowo realistyczny. Widz jest w stanie wręcz poczuć chropowatość desek parkietu, na którym ćwiczy „Mazurek”, poczuć chłód rzecznej wody, zapach alkoholu, papierosów i potu w zatłoczonym, jazzowym, paryskim klubie. Ogromny szacunek dla Łukasza Żala, za wykonanie niesamowitej roboty za kamerą.

Film pełen jest też doskonałej i różnorodnej muzyki. Nasze uszy raczone są dźwiękami ludowymi, jazzem, a czasem takim prostym plumkaniem, które idealnie wpasowuje się w klimat scen. Muzyczne środki wyrazu dobrane są z ogromnym wyczuciem i doskonale uzupełniają obraz w swej misji zawładnięcia wyobraźnią widza.

© Łukasz Bąk

Film, nieważne jak piękny w sferze wizualnej i dźwiękowej, byłby tylko atrakcyjną wydmuszką, gdyby nie aktorzy, którzy nadadzą mu głębi. W przypadku „Zimnej Wojny” śmiało można powiedzieć, że w kontekście sztuki aktorskiej nie ma słabych punktów. Mam wrażenie, że każdy z aktorów sprawdził się w swej roli doskonale, za co brawa należą się im samym, jak również reżyserowi i ludziom od castingu, bo wybory, jakich dokonali, były wręcz idealne. Choćby taki Borys Szyc w roli Lecha Kaczmarka. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł lepiej zagrać takiego partyjnego klakiera, który po barkach zespołu „Mazurek” chce wspiąć się w hierarchii PZPR. Doskonały jest też Tomasz Kot, jako wielce zakochany i odrywający się od podłoża rzeczywistości na skrzydłach sztuki Wiktor. Jednak najjaśniej świeci gwiazda Joanny Kulig jako Zuli. To zadziorne spojrzenie, lekko zachrypnięty głos, mimika raz zuchwała, raz bezbronna, każdy jej ruch, każdy gest widz kupuje bez zastanowienia. Wszyscy bohaterowie są niezwykle wyraziści i rzeczywiści, czuć ich emocje, ich radości i smutki, ich gniew i troskę, zakłopotanie i flirty. Rozpędziłem się za bardzo? A co tam, nie zamierzam mojego zachwytu ukrywać.

© Łukasz Bąk

Dla mnie jednakże największą wartością „Zimnej Wojny” jest to, iż nie pozostawia widza obojętnym, choć na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że historia jest dosyć sztampowa i pełna klisz. Wszak ile to już serwowano nam opowieści o burzliwej, nieszczęśliwej miłości, kiedy to ludzie się schodzą, rozstają, potem znów schodzą, itd. Banał, nieprawdaż? Jednak film Pawlikowskiego ma w sobie coś takiego, że nawet z szablonu z pozoru wyeksploatowanego, wydobywa ukryte walory. Może to ten realizm wizualny, któremu w sukurs przychodzi doskonała gra aktorska? Sam nie wiem. Wiem jednak, że film zadaje podprogowo pytania, które nurtują. Czy i jak oceniać ludzi, którzy są jak te statki korsarskie, które nie zawijają do spokojnej przystani życia, tylko hulają po morzach namiętności, szaleństw, szczęścia i rozpaczy? Czy źle robi ten, kto nie wybiera prostych, pewnych rozwiązań? Czy poszukiwanie szczęścia, niejednokrotnie przynoszące cierpienie, może okazać się szczęściem samym w sobie? Czy możemy piętnować tych, którzy mając miłość na wyciągnięcie ręki, pewną, stabilną, uciekają od niej, tylko po to, by po jakimś czasie do niej wrócić i czerpać ze zdwojoną siłą, zachłannie, jak spragniony na pustyni? A może podróż zaiste jest celem…?

© Opus Film

Wiem, że niektórzy z Was pukają się teraz pewnie w czoło i myślą sobie – „Co on brał?”. Nie zdziwiłbym się. Ale ten film tak po prostu na mnie zadziałał. Sprawdźcie, zachęcam Was, może podziała też tak i na Was…? Wszystko wskazuje na to, iż Paweł Pawlikowski nakręcił na chwilę obecną swoje opus magnum. I nie tylko jemu będzie ciężko przeskoczyć tę poprzeczkę, ale konkurencji również. Zachęcam Was gorąco, obejrzyjcie ten film.

Maggot

Ocena: 9.5/10

Zimna Wojna

Rok: 2018
Reżyseria: Paweł Pawlikowski
Scenariusz: Paweł Pawlikowski, Janusz Głowacki
Obsada: Joanna Kulig, Tomasz Kot, Borys Szyc, Agata Kulesza, Cédric Kahn, Jeanne Balibar
Czas Trwania: 84 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

One thought on “RECENZJA: Zimna Wojna

  1. Uwaga, spoilery.

    To, co uderza, to oszczędność. Wydobycie esencji z kilku scen. Historia nie opowiedziana, ale pokazana na niedekorowanych, żywcem wziętych kluczowych momentach. Człowiek oglądał i jakby wyczekiwał, kiedy zacznie się opowiadanie. A to nie następowało. Pojawiały się tylko kolejne sceny. Na końcu zaskoczenie, że to już, że to tyle. I wniosek, że to opowiadanie historii nie było potrzebne.

    Czemu nie wyjechała z nim? Mogła. Czuła się gorsza. I choć wina zdawała się leżeć po jej stronie, to nagle przewrót – „Ja bym bez Ciebie nie wyjechała”. Po co te bezsensowne problemy, zazdrość, podejrzliwość? Sprowadzanie na manowce samego siebie z drogi o swoje szczęście. Niepotrzebne. Zapijanie nadmiaru miłości w łazience, żałosne zwracanie na siebie uwagi, bezcelowe ranienie, jakby tylko tak można poczuć, że to dla niego coś znaczy. I te jego palce, zniszczona kariera, część życia, tak jakby zupełnie bez żalu, bez cienia zainteresowania, jakby ta cena za ponowne spotkanie nie miała znaczenia. I finalna scena, kiedy on znów nie mówi nic, zanurzony w świecie, którego się tylko można domyślać, a ona chce popatrzeć na łąkę z drugiej strony, jak dziecko w autobusie, które musi być przy oknie.

    Zastanawiam się czemu „zimna wojna”? Walczyli ze sobą, choć nie otwarcie? O co? O miłość? Dlaczego? Skoro mieli ją przed sobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *