RECENZJA: Predator

Predator jest moim drugim najulubieńszym, popkulturowym stworem z kosmosu, zaraz po kwasokrwistym, śliniącym się ksenomorfie, zwanym potocznie i pieszczotliwie „Obcym”. Uwielbiam pierwszy film poświęcony międzygwiezdnemu łowcy z 1987 r. z niezapomnianą kreacją Arnolda „Get to da choppa” Schwarzeneggera. Sentymentem darzę również kontynuację z 1990. Pierwszy AvP miał swoje momenty, na drugi spuszczam zasłonę milczenia. Próba wskrzeszenia tematu w postaci „Predators” z 2010 może strzałem w dziesiątkę nie była, ale – moim zdaniem – do oryginału podeszła z szacunkiem, próbując przynajmniej odwzorować jego niepowtarzalny klimat. Gdy dowiedziałem się o planach kręcenia nowego Predatora, w głowie zapaliła mi się ostrzegawcza lampka, przy akompaniamencie myśli „Hollywood szuka kolejnej dojnej krowy”. Uspokoiłem się nieco, gdy dowiedziałem się, iż za sterami tego przedsięwzięcia posadzono Shane’a Blacka, który nie dość, że jest niezłym reżyserem i scenarzystą, to jeszcze grał w oryginalnym „Predatorze” (wcielał się w rolę Hawkinsa), więc powinien, jak to mówią, „kumać czaczę” i nie zepsuć efektu końcowego. Znacie takie jedno powiedzenie o nadziei? No… To jedziemy. 🙂

© TM & © 2018 Twentieth Century Fox Film Corporation

Jak by tu sprawnie streścić fabułę, by z jednej strony nie zdradzić zbyt wielu szczegółów, a z drugiej nie ograniczyć się do „Predator znów przylatuje na ziemię i będzie zabijał”? 😛 Bohaterem nowej odsłony sagi o kosmicznych łowcach jest Quinn McKenna (Boyd Holbrook), snajper jednostek specjalnych, który ma ten niefart skonfrontować się z Predatorem podczas jednej ze swoich tajnych misji. Niestety, jako anty-ojciec roku, w intrygę z udziałem tajnych naukowców i tajnych agentów z jakiegoś projektu rządowego (rzecz jasna tajnego), wplątuje również swojego synka Rory’ego (Jacob Tremblay) i żonę Emily (Yvonne Strahovski). Jako że Quinn ma trochę na pieńku z władzami i dowództwem, pomóc może mu tylko ekipa żołnierzy, którzy najrówniej pod sufitem nie mają oraz pewna pani doktor – Casey Bracket (Olivia Munn) – taka typowa idealistka, co to brzydzi się utajnianiem informacji, a bycie naukowcem traktuje jako osobistą misję czynienia świata lepszym. Bla, bla, bla… Jeśli odnieśliście wrażenie, że trochę sobie z fabuły filmu szydzę, to… macie rację. 🙂 Dlaczego? O tym za chwilę.

Zacznijmy od najłatwiejszego do oceny aspektu filmu, czyli tego wizualnego. Pod tym względem nie ma się zbytnio do czego przyczepić. Kostiumy, lokacje, charakteryzacja, wszystko to ma ręce i nogi, i stoi na całkiem przyzwoitym poziomie. Doskonale prezentuje się Predator, a przynajmniej ten, który grany jest przez prawdziwego aktora. Jego ekwipunek, mimika szpetnego ryja, detale ciała, ubioru, wygląda to naprawdę dobrze. Efekty komputerowe prezentują się nieźle, choć momentami widać lekką sztuczność, jakby były nie z roku 2018, ale sprzed kilku lat. Może to jednak tylko moje odczucie. Jak by nie było, to strona wizualna jest mocną stroną filmu… I praktycznie jedyną…

© TM & © 2018 Twentieth Century Fox Film Corporation

No dobrze, żeby zaraz nie było, że całkowicie jadę po filmie, to trzeba jeszcze mu oddać, że od strony dźwiękowej również prezentuje się nieźle, a muzycznie próbuje nawiązać do swojego pradziadka z 1987 r. No… To plusy filmu mamy za sobą… 😀

Szczerze mówiąc nie wiem od czego zacząć punktować ten film, bo jest tego tyle, że głowa boli i chciałoby się wyrzygać wszystko od razu. Zacznę może od tego czym ten film oczekiwałem, że będzie, a czym nie jest. Pamiętacie pierwszy film o kosmicznym łowcy? A oglądaliście go sami, nocą, przy zgaszonym świetle? Ciareczki przebiegały po pleckach, prawda? Ten doskonały zabieg z pokazaniem świata oczami kosmity, ale bez ujawniania zbyt wcześnie kim jest. Ta atmosfera osaczenia, niepewności, strachu, która udzielała się nie tylko widzowi, ale i głównym bohaterom. A Ci nie byli jakimiś patałachami, to był oddział najtwardszych, najbardziej zaprawionych w bojach skurczybyków, jakich wujek Sam wysyłał w najodleglejsze zakątki świata. A jednak, w którymś momencie Billy, kozacki Indianin, któremu duchy przodków mówiły zapewne jak szlachtować wrogów swoim wielkim jak kosa nożem, mówi „Boję się”. To było genialne, że oddział zabijaków, którym żadne zagrożenie nie straszne, nagle czuje strach. To się widziało, to się czuło i nawet jeśli Predator nie był pokazywany, to już się go baliśmy. Co dostajemy w najnowszej odsłonie sagi? Napięcia i grozy doświadczymy w raptem jedn… Wróć. W ogóle nie doświadczymy. Bo jeśli wziąć pod uwagę tę jedną scenę, która miała potencjał, to ponieważ dotyczyła głównego bohatera, i to dość wcześnie, jasnym było, że nic się nie stanie. Klimatu brak. Napięcia brak. Ciarki i gęsia skórka? Zapomnijcie. A dlaczego?

© TM & © 2018 Twentieth Century Fox Film Corporation

Bo „Predator” Shane’a Blacka to… komedia!!! Tak proszę Państwa, dostajemy komedię z oznaczeniem R, czyli jest brutalnie i wulgarnie. I do tego bardzo śmiesznie. Gdy ogłoszono obsadę, miałem obawy, że znany chociażby z satyrycznej serii „Key and Peel” Keegan-Michael Key, będzie takim głupkowatym, rzucającym na lewo i prawo dowcipami żartownisiem, kontrastującym z poważnymi, twardymi żołnierzami, którzy będą go otaczać. No bo jak Predator, to przecież napięcie, strach i desperacka walka o przetrwanie, prawda? Nie ma miejsca na ciągłe śmieszkowanie. Prawda? Powiedzcie, że tak… Proszę… Okazuje się że nie. Key nie kontrastuje, bo cała ekipa, która dołącza do McKenny to taki jeden wielki kabaret. Mogliby się nazywać „Kabaret Pourazowego Niepokoju”. 😛 Ja rozumiem, że dobre, amerykańskie kino akcji musi mieć trochę humoru, szczególnie parę nasiąkniętych testosteronem, tzw. „one liner-ów”. Sztuka jednak, by czymś to zrównoważyć. W najnowszym filmie Blacka, tej równowagi nie ma. „Kosmita poluje na ludzi, rozrywa ich na strzępy, stanowi śmiertelne niebezpieczeństwo, możemy zginąć!” „Nie jest brzydszy od Twojej starej, więc nie może być aż tak źle!” Ha ha ha ha… ha… eee… Mam wrażenie, że na fali sukcesu Deadpoola, ktoś z wytwórni stwierdził, że ta formuła sprawdzi się i tutaj. No popatrz, popatrz. Nie sprawdziła się.

© TM & © 2018 Twentieth Century Fox Film Corporation

Problem w tym, że tu nie tylko o brak klimatu chodzi. Scenariusz filmu jest tak kretyński, że nawet nie chce mi się go analizować. Połowa wydarzeń to dzieła niesamowitych, kosmicznych przypadków, które w jakiś cudowny sposób pchają fabułę do przodu. I gdy już dowiadujemy się, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi, to przecieramy oczy ze zdumienia, zastanawiając się, czy za ten scenariusz naprawdę odpowiedzialni byli ludzie, czy ktoś stworzył może jakąś aplikację, do której wrzuca się parę początkowych założeń, a ona wypluwa jakąś losowo wygenerowaną fabułę. Przypomina mi się dialog z filmu „Jaja w tropikach”:
– Bez Ciebie nie dałbym rady.
– Poważnie?
– Jasne, że nie palancie. Tę robotę mogłaby robić kastrowana małpa.
Nie chcę nikogo urazić, ale śmiem twierdzić, że owa kastrowana małpa napisałaby lepszy scenariusz. Bohaterowie? Są. Ale ma się ich wszystkich totalnie gdzieś, nie wiemy o nich nic i wiedzieć nie chcemy. Koniec, kropka.

Nie potrafię powiedzieć dla kogo ten film jest. Śmiem twierdzić, że fani oryginału poczują się, jakby ktoś z nich zadrwił. Dla tych, którzy Predatora nie znali, może być trochę niejasności, bo jednak nawiązania do poprzednich filmów są. Pozostaną im zatem akcja i dowcipy. To może być jednak za mało. Shane Black nie udźwignął ciężaru odpowiedzialności zmierzenia się z legendą, którą sam współtworzył. Film totalnie nijaki, bez klimatu, z idiotycznym scenariuszem i wyblakłymi postaciami, którego kilka gagów, efektów specjalnych i parę kilogramów rozrzucanych flaków nie ratuje. Predator został zarżnięty bardziej, niż Obcy przez Ridley’a Scotta. Niech więc spoczywa w pokoju, a my delektujmy się wspomnieniami sprzed lat, by uczcić jego pamięć.

Maggot

Ocena: 3/10

Predator (oryg. The Predator)

Rok: 2018
Reżyseria: Shane Black
Scenariusz: Fred Dekker, Shane Black
Obsada: Boyd Holbrook, Jacob Tremblay, Trevante Rhodes, Keegan-Michael Key, Olivia Munn, Thomas Jane, Yvonne Strahovski
Czas Trwania: 107 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

2 thoughts on “RECENZJA: Predator

    1. W pełni się z Tobą zgadzam. Niestety, ten rok pokazuje wyraźnie, że amerykański przemysł filmowy łapie konkretną zadyszkę na produkowaniu tych wszystkich sequeli, prequeli, rebootów, spin-offów, orgin story, itp. Venom przykładowo też nie powalił, recenzja wkrótce. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *