RECENZJA: Venom

Gdy byłem jeszcze mały, a nasz ojczyzna, przeszedłszy ustrojowe zmiany, zaczęła otwierać się na kulturę zachodu, w kioskach pojawiły się komiksy zza oceanu. Zza szyb muskuły prężyli X-Meni, Superman, Batman, Punisher i heros, który szybko stał się moim ulubieńcem – Spider-Man. Wiadomo, że superbohater byłby nikim bez swoich antagonistów, a spośród nich moim ulubionym był Venom. Fanom kosmicznego symbiota i jego nosiciela, Eddie’go Brocka, długo przyszło czekać na jego filmową inkarnację. Pierwszy wziął się za to Sam Raimi w „Spider-Man 3” i wyszło to, jak wszyscy wiemy, fatalnie. Minęło wiele lat, aż komiksowo-filmowy świat zelektryzowała wieść, iż Sony bierze się za film dedykowany Venomowi, a apogeum ekscytacji nadeszło wraz z ogłoszeniem nazwiska aktora, który miałby go zagrać. A tymże okazał się być jeden z najbardziej utalentowanych i wszechstronnych gości na rynku – Tom Hardy. To nie miało prawa się nie udać. Czy aby na pewno?

Eddie Brock (Tom Hardy) jest dziennikarzem śledczym. Mieszka sobie w San Francisco, rozpracowuje kolejne, trudne tematy, a niebawem ma się pobrać ze swoją narzeczoną Anne Weying (Michelle Williams). Sielanka zostaje jednak przerwana, gdy Eddie zaczyna badać sprawę firmy Life Foundation i jej szefa – Carltona Drake’a (Riz Ahmed). Wkrótce potem, na skutek bardzo niefortunnego, ale jakże dogodnego z punktu widzenia fabuły, zbiegu okoliczności, główny bohater staje się nosicielem stworzenia spoza Ziemi, symbiota, a jego życie już nigdy nie będzie takie samo. I tak, oczywiście, będzie musiał uratować świat. 😉

© Sony Pictures Entertainment

Pamiętam, że gdy czytałem komiksy o Człowieku Pająku, w postaci Venoma fascynowała mnie materia z której jest zbudowany, jak się rozlewa, formuje, przybiera różnorakie kształty. Wyobrażałem ją sobie jako coś przypominającego smołę, ale o gładkiej konsystencji i dużej elastyczności. Bardzo ciekaw byłem, jak Venoma sportretują ludzie od efektów specjalnych. I muszę przyznać, że wyszło to całkiem nieźle, choć efekty komputerowe bywają trochę nierówne. Sam główny bohater prezentuje się dość dobrze, z drugiej jednak strony na przykład moment wnikania symbiota przez ubrania w ciało żywiciela wygląda jakoś mało przekonująco. To samo dotyczy również niektórych scen, gdy ta maź, z której zbudowany jest symbiot, niczym amebowe nibynóżki wychodzi z Eddie’go by go bronić czy mu pomóc. Bywa, że efekt wygląda na niedopracowany. Mimo wszystko strona wizualna filmu prezentuje się naprawdę przyzwoicie, lokacje i scenografie są dopracowane, tak samo kostiumy.

Przyznam się bez bicia, że dopiero jakiś czas po obejrzeniu filmu, będąc w domu i myśląc sobie o nim, zdałem sobie sprawę z faktu, iż – poza piosenką Eminema, która powstała na potrzeby „Venoma” – nie pamiętam nic z muzyki. Oznaczać to może równie dobrze, że była dobrze dopasowana i nie wybijała się z tła, jak również to, że była kiepska i dlatego nie zapadła mi w pamięć. Co do efektów dźwiękowych, to mamy to, czego po wysokobudżetowej, hollywoodzkiej produkcji byśmy się spodziewali. Duży plus za głos Venoma dudniący w głowie jego biednego gospodarza. 🙂

© Sony Pictures Entertainment

Przejdźmy zatem do tego, co jest największym problemem tego filmu, a jest nim… symbol. Ten symbol to PG13. Dla niewtajemniczonych, PG13 to kategoria wiekowa filmu, zdefiniowana przez MPAA (Motion Picture Association of America). W telegraficznym skrócie charakteryzuje się ona tym, iż dozwolona jest umiarkowana brutalność, mało krwi, sceny sexu, które bardziej każą wytężyć wyobraźnię, niż faktycznie coś pokazują i brak wulgaryzmów cięższego kalibru. Jeśli, tak jak ja, wyobrażaliście sobie ekranizację historii Venoma z tymi wszystkimi składowymi obecnymi na ekranie, to równie mocno się rozczarujecie. Ta postać prosiła się o mocne kino pokroju „Logana”. Zamiast tego dostaliśmy film, który robi, co może, by być mrocznym i klimatycznym, ale na niewiele może sobie pozwolić. Venom zachowuje się jak dobry i poczciwy Spider-Man, który nie chce nikogo zabić, więc rzuca tylko swoimi wrogami po kątach. A gdy już planuje odgryźć komuś łeb, kamera – jak wystraszone dziecko odwracające głowę – skupia się na czymś innym, a nam pozostaje domyślać się, co się wydarzyło. No nie służy to temu filmowi, nie służy. Duża część akcji dzieje się nocą, co w jakimś stopniu buduje klimat, ale nie zmienia to faktu, że Venom jest nieprzyzwoicie grzeczny. Wzorem Marvel Studios, próbowano tu wrzucić trochę humoru, ale spora jego część po prostu nie działa, a scena, w której zbiry z Life Foundation przychodzą do mieszkania Eddiego, by go pojmać i ten chce się poddać, a Venom nie – ciarki żenady przebiegły mi po plecach. Aż zacząłem się w wiercić w fotelu kinowym.

© Sony Pictures Entertainment

Najjaśniejszym punktem filmu jest niewątpliwie Tom Hardy jako Brock. Gość po raz kolejny pokazuje, że jest niezwykle utalentowanym i wszechstronnym aktorem. Jego relacja z symbiotem jest całkiem ciekawie pokazana, choć i tu pojawiają się drobne zgrzyty w postaci co niektórych tekstów, przy których też się wierciłem (patrz akapit wyżej ;)). Ale jak to mówią – „nec Hercules contra plures”. Cała pozostała obsada jest tak nijaka, bezbarwna i pozbawiona smaku, że Gordon Ramsey dostałby furii. A przecież Michelle Williams i Riz Ahmed to naprawdę dobrzy aktorzy. Ciężko powiedzieć, czy to niedopasowanie do ról, czy tylko słaby scenariusz. Bo co do tego że jest kiepski, wątpliwości być nie może. Fabuła filmu jest generyczna do granic możliwości. Nasz bohater ma dobrze, potem zostaje wystawiony na ciężką próbę, potem zdobywa moce, by na koniec walczyć z drugim takim, co ma podobne moce, choć na papierze jest faworytem konfrontacji. Ale protagonista wygra, bo przecież musi. Jeśli w głowie świtają Wam już takie tytuły jak „Iron Man”, „Czarna Pantera” czy „Niesamowity Hulk”, to słusznie. Tu mamy to samo. A do owej ostatecznej konfrontacji doprowadza nas splot wydarzeń tak momentami bzdurnych, pełnych wygodnych zbiegów okoliczności, że momentami łapiemy się za głowę z niedowierzania.

© Sony Pictures Entertainment

I jeszcze kubeczek dziegciu do wiaderka miodu – film, moim zdaniem, ma dość nierówne tempo. Najpierw pędzi na złamanie karku, idzie na skróty, by jak najszybciej zapoznać Brocka z Venomem, by zaraz potem „raczyć” nas sceną pościgu, rozwleczoną do granic dobrego smaku i szalenie przewidywalną. San Francisco. Pościg. Zgadnijcie, którymi ulicami się gonili? Już widzicie oczami wyobraźni, te skaczące samochody? Tak? To dobrze zgadliście. 😉

Podsumowując – Tom Hardy nie jest jaskółką, więc tak jak ona, sam wiosny nie uczyni. Ani nie uratuje „Venoma”. Film nieźle wykonany, z potencjałem, ale niestety zmarnowanym. Mogło być świetnie, wyszło bardzo średnio, przez słaby scenariusz, natłok wyeksploatowanych klisz i kategorię wiekową, która najzwyczajniej w świecie ten film wykastrowała. Ani Tom Hardy, ani Venom, nie zasłużyli na taki film, a punkty w ocenie końcowej idą głównie dla nich.

Maggot

Ocena: 5/10

Venom

Rok: 2018
Reżyseria: Ruben Fleischer
Scenariusz: Jeff Pinkner, Scott Rosenberg, Kelly Marcel
Obsada: Tom Hardy, Michelle Williams, Riz Ahmed, Jenny Slate, Reid Scott
Czas Trwania: 118 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *