RECENZJA: Kler

Istnieje takie sformułowanie „stać się legendą za życia”. „Kler” stał się legendą, zanim ktokolwiek jeszcze go zobaczył. Ale czy można było się spodziewać czegoś innego, skoro za temat polskiego duchowieństwa wziął się reżyser tyleż poważany i szanowany, co bezkompromisowy, i dosadny w swoich artystycznych środkach wyrazu? Dla niewtajemniczonych (są w ogóle tacy?), mowa tu oczywiście o Wojtku Smarzowskim, twórcy tak wyrazistych filmów jak „Wesele”, „Róża” czy „Wołyń”. Co zatem otrzymaliśmy od mistrza obnażania ludzkich przywar, wad i słabości?

Bohaterami, na których koncentruje się „Kler” są trzej księża: Andrzej Kukuła (Arkadiusz Jakubik), Leszek Lisowski (Jacek Braciak) i Tadeusz Trybus (Robert Więckiewicz). Poznajemy ich na suto zakrapianym spotkaniu w domu parafialnym kościoła, w którym Andrzej sprawuje funkcję proboszcza. Ich przeplatające się historie stanowić będą narzędzie, przy pomocy którego poruszone zostaną te kwestie dotyczące funkcjonowania kościoła katolickiego w Polsce, które budzą najwięcej kontrowersji: niejasne sposoby pozyskiwania funduszy, mieszanie się w politykę, związki z kobietami, posiadanie z nimi dzieci i oczywiście temat najbardziej bulwersujący – pedofilia.

fot. Bartosz Mrozowski/KLER

Zanim jeszcze dane mi było obejrzeć najnowszy film Smarzowskiego, natknąłem się w internecie na taki oto mem.

Żarty żartami, ale coś w tym jest, skoro przy okazji „Wołynia” prezes TVP był tak rozentuzjazmowany, że nie wiedział w co Smarzowskiego całować, wręczył mu jakąś tam dodatkową nagrodę, po czym najnowsze jego dzieło określił mianem „szmiry”. Podobne głosy słychać ze strony duchowieństwa oraz środowisk, w tym politycznych, mocno z kościołem czy też prawicą powiązanych. Nie da się ukryć, „Smarzol” uderzył w bardzo czuły punkt, a wszystkie te głosy oburzenia pokazują, że chyba cios zabolał.

fot. Bartosz Mrozowski/KLER

Jeśli widzieliście poprzednie filmy Smarzowskiego, to wiecie doskonale, że jest to twórca, który przysłowiowych jeńców nie bierze. Jego filmy są wyraziste i mocne, nie ma tu owijania w bawełnę, nie ma wysublimowanych metafor, nikt się z widzem nie cacka. Jak ma być wulgarnie, to jest wulgarnie. Gdy ma być pijaństwo, to aktorzy sprawiają wrażenie, jakby na planie faktycznie pili alkohol. Jeśli ma być scena gwałtu, to widzowi będzie skręcało trzewia. I z „Klerem” jest tak samo. Tu nie ma ukrywania czegoś za zasłoną, nie ma wplatania znaczeń między wiersze, jest bezpośrednio. Jednakowoż, w moim odczuciu, „Kler” odróżnia od poprzednich filmów Smarzowskiego pewna subtelność w tym, jak został nakręcony. Nie jest tak hałaśliwy jak „Wesele” ani wizualnie wyrazisty jak „Dom Zły”. Nie jest tak rozpędzony jak „Drogówka”, zakręcony jak „Pod Mocnym Aniołem”, czy tak okrutnie dołujący w ukazywaniu cierpienia, jak „Róża” czy „Wołyń”. Swego rodzaju uosobieniem filmu jest dla mnie postać księdza Lisowskiego, granego przez Jacka Braciaka. Jest spokojny, opanowany, rzeczowy, konsekwentny, zdeterminowany, grzeczny, ale niech nikogo nie zmyli jego nienaganna fryzura i stoicka aparycja. Jeśli będzie musiał kogoś zaszantażować, zniszczyć, to zrobi to bez mrugnięcia okiem. I taki jest ten film. Bez wrzeszczenia na widza, bez straszenia go, bez porywania w pijackie pląsy, spokojnie i rzeczowo wygłasza kolejne tezy. Niech Was zatem nie zwiedzie bardzo biesiadny i luźny ton zwiastunów, cały film taki nie jest, a uśmieszki bardzo szybko znikają z naszych twarzy.

fot. Bartosz Mrozowski/KLER

Jeśli nie jest to Wasz pierwszy raz z kinem Smarzowskiego, to szybko zauważycie elementy, które w jego filmach często się przewijają. Pierwszym takim elementem jest obsada. Do głównych ról reżyser ściągnął sprawdzone już przez siebie marki: Jakubika, Braciaka i Więckiewicza. Wszyscy spisali się fenomenalnie, każda grana przez nich postać jest całkowicie inna, a aktorzy doskonale wywiązali się ze swojego zadania. Mój osobisty faworyt z tego składu – Arek Jakubik. Genialna rola, nie da się gościa nie uwielbiać. Po raz pierwszy u Smarzowskiego pojawia się Janusz Gajos, w roli biskupa Mordowicza. I tu również bez pudła, Gajos niesamowicie zagrał wpływowego patriarchę kościelnego. W pobocznych rolach zobaczymy wiele znajomych, „smarzowskich” twarzy, takich jak Topa, Kuna, Gadomski czy Wabich. Jeśli nazwiska niektórych bohaterów będą Wam się wydawały znajome, to też nie będziecie się mylić. 😉

Od strony technicznej nie można filmowi nic zarzucić – świetne zdjęcia, dopracowana scenografia i kostiumy, dobry montaż oraz sprawnie uzupełniająca wszystko muzyka. Ciekawostka – sceny w kościołach kręcono w Czechach, bo w Polsce filmowcy nie dostali zgody. 😛

Czy można się w „Klerze” do czegoś przyczepić? Raczej do niczego konkretnego, nie zauważyłem nic co wyraźnie kłułoby w oczy, jakichś niedoróbek, oczywistych błędów, itp. Jeśli już, to mi osobiście nie przypadła do gustu scena z pogrzebem, który odprawiał ksiądz Kukuła, a dokładniej tego, co wydarzyło się tuż po ceremonii. Wydała mi się ona nieco przerysowana i mało prawdopodobna. Ale to moje odczucie. Więcej grzechów nie pamiętam. To znaczy, nie dostrzegłem. 😉

fot. Bartosz Mrozowski/KLER

Na koniec chciałbym podzielić się z Wami krótką, osobistą refleksją na temat „Kleru”. Nie uważam go mianowicie za film antykościelny czy antyreligijny, że jest wytworem jakiegoś spisku, mającego na celu zniszczenie kościoła. Wręcz przeciwnie, uważam, że film ten mógłby posłużyć za pewien punkt zwrotny w relacjach kościoła katolickiego ze społeczeństwem, za swego rodzaju reset. Duchowieństwo mogłoby przyznać, że ma swoje problemy, swoje demony, bo – jak każdą grupę społeczną – tworzą je ludzie, ze wszystkimi swoimi cnotami, zaletami, ale też i wadami, bolączkami, nałogami, kompleksami. Bohaterowie „Kleru” nie są jednoznacznie negatywni (jak twierdzą, co niektórzy), są po prostu ludzcy. Raz robią dobrze, a raz źle. Jak każdy, raz mogą być ofiarami, a raz oprawcami. Ten film nie robi nic więcej – pokazuje po prostu ludzi z krwi i kości, którzy akurat pełnią taką rolę w społeczeństwie, a nie inną. Gdyby zmienić nieco fabułę filmu, zamiast kościoła katolickiego byłby parlament, a zamiast księży politycy, śmiem twierdzić, że mało kto w narodzie by się oburzył. Wszak to politycy, prawda? Korupcja, układy, nadużycia to przecież ich chleb powszedni, o czym wszyscy wiedzą, więc żadne to „halo”. Ale duchowieństwo to już inna para kaloszy, to już wchodzenie w strefę sacrum, na terytoria, na które wkraczać się nie powinno. Swoista świętość, której nie należy pod żadnym pozorem tykać. Ale Smarzowski tknął i przykro patrzeć, że co niektóre środowiska, zamiast wykorzystać ten film jako bodziec, by w końcu z pewnymi grzechami się rozliczyć, uderzyć się w pierś, przyznać do błędów i spróbować otworzyć nową, czystszą kartę, wolą iść drogą wypierania prawdy, zamiatania pod dywan i obrażania się. Tyle z mojej strony.

Po tym długim wywodzie obiecuję szybkie podsumowania. Smarzowski po raz kolejny pokazał, że żadna tematyka nie jest mu straszna. Przy pomocy dobrego scenariusza i utalentowanej obsady aktorskiej stworzył film niezwykle wyrazisty, mocny, dosadny, a przy tym bardzo wiarygodny i ludzki. Bardzo jestem ciekaw, jak szerokim echem będzie się odbijał w narodzie przez najbliższe miesiące czy lata. Frekwencja w kinach jest rekordowa, ciekawe czy będą tego konsekwencje. Czas pokaże.

Maggot

Ocena: 9/10

Kler

Rok: 2018
Reżyseria: Wojciech Smarzowski
Scenariusz: Wojciech Smarzowski, Wojciech Rzehak
Obsada: Arkadiusz Jakubik, Jacek Braciak, Robert Więckiewicz, Janusz Gajos, Joanna Kulig
Czas Trwania: 133 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

2 thoughts on “RECENZJA: Kler

  1. Żarty żartami, ale coś w tym jest, skoro przy okazji „Wołynia” prezes TVP był tak rozentuzjazmowany, że nie wiedział w co Smarzowskiego całować, wręczył mu jakąś tam dodatkową nagrodę, po czym najnowsze jego dzieło określił mianem „szmiry”.

    Silisz się na to żeby napisać porządną recenzję to sprawdź chociaż o co chodziło z tą nagrodą. Bo jeśli twoje recenzje gier są tak samo dobrze pisane jak ten cytat powyżej to jednak trochę smuteg. Cała sprawa z nagrodą za Wołyń wyglądała zupełnie inaczej. Kurski chciał ja dać Smarzowskiemu na backstage, żeby nie denerwować strony ukraińskiej, Smarzol stwierdził, że nagród nie będzie przyjmował w takich miejscach. Podczas tegorocznego festiwalu w Gdyni, odniósł się z resztą do tamtej sytuacji w żarcie.

    1. Po pierwsze, to na nic się nie silę, bo pisanie przychodzi mi dość swobodnie. 😉 Po drugie, piszesz „Cała sprawa z nagrodą za Wołyń wyglądała zupełnie inaczej”. Inaczej niż co? Wskaż mi proszę w moim tekście fragment, w którym przedstawiam swoją wersję wydarzeń związanych z wręczeniem owej nagrody, w którym opisuję je inaczej, niż to, co przytaczasz Ty. Mnie nie interesują kulisy wręczenia tej nagrody, dlaczego nie na scenie, dlaczego potem, itd. Mimo iż z taką wersją wydarzeń w żadnym serwisie informacyjnym się nie spotkałem, to bardzo możliwe, że jest tak, jak piszesz i nie zamierzam temu zaprzeczać, bo nie mam wystarczających danych. Dla mnie najistotniejsze były wypowiedzi prezesa Kurskiego dotyczące obu filmów, skrajnie różne, mimo iż to ten sam reżyser, biorący się w obu przypadkach za trudne, związane z Polską tematy. Wypowiedzi te, dodatkowo, idealnie pasowały do przytoczonego przeze mnie mema, potwierdzały go niejako. Zauważyłem związek między jednym, a drugim, więc go przytoczyłem, a ponieważ wypowiedzi prezesa Kurskiego są udokumentowane, można się na nie powoływać, bez bycia posądzanym o nierzetelność. Gdybym znalazł gdzieś potwierdzony cytat z pana Janusza z Paździerzowa Dolnego, który wychwala „Wołyń” (czy dowolny inny, wcześniejszy film Smarzowskiego), a miesza z błotem „Kler”, to jego też bym zacytował. A tak, zacytowałem przedstawiciela obecnej ekipy rządzącej. Powtarzam jednak, jeszcze raz, nie wnikam w kulisy wręczenia nagrody specjalnej dla filmu „Wołyń” i nie uważam, żeby w jakikolwiek sposób z mojego tekstu wynikało, że twierdzę, iż było inaczej, niż było naprawdę. Owszem, mogłem się rozpisać szerzej na ten temat, przewidzieć, że niektórzy czytelnicy nie będą w stanie przeczytać między wierszami, ale to nie miał być felieton o światopoglądzie prezesa TVP, a recenzja filmu „Kler”. A „smuteg” to jest też, gdy ktoś widzi to, co chce widzieć, a nie to, co mu się pokazuje. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *