RECENZJA: Behemoth „I Loved You At Your Darkest”

Pamiętacie kultową już, polską komedię „Kiler” w reżyserii Juliusza Machulskiego? W tymże filmie, grany przez Janusza Rewińskiego gangster Stefan „Siara” Siarzewski wypowiada przez telefon niezapomniane „Siara! I wszystko jasne.” Dlaczego przytaczam ten cytat? Ano dlatego, że skojarzył mi się w kontekście zespołu, nad którego płytą się pochylam. „Behemoth! I wszystko jasne!” 🙂 Bo czyż nie jest tak trochę? Pada ta nazwa, a głowy od razu pełne są skojarzeń. Black/death metal, Nergal, Szatan, darcie Biblii, procesy sądowe, kółka różańcowe, koncerty, festiwale, magazyn Billboard, białaczka, The Voice of Poland, kontrowersje, Doda. Wszystko jasne. Czy aby na pewno? Dla mnie osobiście jasnym i oczywistym nie było, jak brzmieć będzie nowy album grupy, wydany dopiero co „I Loved You At Your Darkest”.

Zanim jednak zaczniemy cieszyć (lub katować, jak kto woli 😉 ) nasze uszy, pierwszym zmysłem, który dostanie swoją porcję smakołyków jest nasz wzrok. Wierzcie mi, kiedy to mówię, „opakowanie” od wydania CD „I Loved You At You Darkest” to małe dzieło sztuki. Na dzień dobry wita nas twarda, matowo-połyskliwa okładka książeczki ozdobiona malowidłem nieznanego mi pochodzenia. Środek natomiast wypełniają fotografie Sylwii Makris będące nieco bluźnierczą interpretacją ołtarza z Isenheim autorstwa Matthiasa Grünewalda. Doskonałej jakości, gruby papier, na którym owe zdjęcia zostały umieszczone sprawia wrażenie, jakbyśmy przeglądali jakąś tajemną księgę z czasów dawnych. Na samym końcu zaś, w zmyślnym schowku, który po otwarciu przypomina kościelny tryptyk, znajdujemy dość ascetycznie wyglądającą płytę CD. Wygląda to naprawdę obłędnie i widać, że zespół oraz wytwórnia poświęcili sporo pracy i wysiłku, by nadać temu wydawnictwu tak wyjątkową oprawę. I tu może się pojawić obawa, że koncentracja na aspektach wizualnych odciągnęła uwagę zespołu od muzyki, która pozostanie w tyle za obrazami, które wszak mają być tylko dodatkiem.

Bądźcie spokojni, na tym polu jest również bardzo dobrze. „ILYAYD” jest zdecydowanie duchowym i stylistycznym spadkobiercą swojego poprzednika, wydanego w 2014 r. „The Satanist”. Podobieństwami, które rzucają się w oczy od razu są brzmienie, podobnie „blackowy” charakter muzyki oraz rozpierający wręcz ten album eklektyzm. Na pytanie „a co tam jest?” najłatwiej byłoby chyba odpowiedzieć „a czego tam nie ma?”. 😛 Mamy zawrotne, napędzane dzikimi blastami galopady na jednym biegunie i tempa skrajnie powolne na drugim. Są wrzaski, które przywodzą na myśl najniższe kręgi piekielne, jak również dziecięce chóry, które przemycają odrobinę czystości i niewinności do całego tego zepsucia. Są ostre jak żyleta riffy i subtelne solówki. Raz słyszymy coś, co brzmi jak klasyczny black, by za chwilę poczuć się jak podczas nabożeństwa w gotyckiej katedrze, by w końcu znaleźć się w zatęchłej piwnicy słuchając w oparach piwa undergroundowej, początkującej kapeli thrashowej. Z jednej strony mamy ścianę dźwięku, która przygniata nasze głowy, a z drugiej momenty bardziej wyciszone, raczące nas dźwiękami chórów czy gitary akustycznej. Wiem, możecie pomyśleć, że poniosła mnie teraz fantazja i tworzę tu jakieś dyrdymały, że nadto rozpędziłem się w tych wszystkich metaforach. Wierzcie mi, we mnie ta muzyka właśnie tak różnorodne skojarzenia wywołała. Nie ma tu dwóch identycznych utworów, każdy ma coś nieco odmiennego do zaoferowania, utrzymując jednakże wysoki poziom spójności całego materiału. Wszystkie elementy układanki do siebie pasują, nie odnosi się wrażenia, że któryś utwór nie powinien się na płycie znaleźć, że w jakiś sposób odbiega stylistycznie czy też klimatycznie od pozostałych. W tych przeszło 46 minutach została upakowana tylko ta muzyka, która faktycznie powinna się była tam znaleźć, żadnych pomyłek, żadnych odrzutów.

Od strony realizacji technicznej nie ma się do czego przyczepić, ale to w przypadku Behemotha nie jest już żadną nowością i dziwić nie powinno. Cały sztab ludzi odpowiedzialnych za brzmienie „ILYAYD” wykonał kawał dobrej roboty i należą im się za to duże brawa. Jeśli miałbym się, choćby tak trochę na siłę, do czegoś przyczepić, to brakuje mi tak wyrazistego i wyeksponowanego basu, jak miało to miejsce na „The Satanist”. Za każdym razem, gdy bas wchodzi w „Blow Your Trumpets Gabriel”, to trzewia się wywracają. 😀 Tu mi tego trochę zabrakło. Ale jest to przytyk z gatunku: jestem „Januszem”, to się czegoś doczepić muszę. 😉

„I Loved You At Your Darkest” to bardzo udany album, godny dodatek do dyskografii Behemotha, którego zespół z pewnością wstydzić się nie będzie. Koła nikt tu na nowo nie odkrywa, to pewne. Gdyby „ILYAYD” ukazał się przed „The Satanist”, wielu okrzyknęłoby go zapewne opus magnum zespołu, a tak jest po prostu kontynuatorem dzieła – wyrazistym, doskonale brzmiącym, wielowymiarowym, ze wszech miar udanym, pięknie wydanym, ale zdecydowanie nie przełomowym. Nie zmienia to jednakże faktu, że bardzo dobrze się nowego materiału Nergala i spółki słucha, a ciekawość już wzbiera, jak muzyka ta brzmieć będzie na żywo. Okazja do przekonania się będzie już w grudniu, gdy zespół grać będzie koncerty w ramach trasy Merry Christless. Kółka różańcowe już się szykują, szykuję się i ja. 😉

Maggot

Ocena: 8.5/10

Behemoth – I Loved You At Your Darkest

Data premiery: 05.10.2018
Gatunek: Black/death metal
Czas trwania: 46:32
Nergal gitara, wokal
Orion gitara basowa
Inferno perkusja, instrumenty perkusyjne
Seth gitara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *