RECENZJA: Disturbed „Evolution”

Zespół Disturbed zadebiutował w 1997 bardzo dobrze przyjętym albumem „The Sickness” i z miejsca stał się jednym z najpopularniejszych zespołów nurtu nazwanego nu-metalem. Nie chcę się tu zbytnio nad tym terminem rozwodzić, ale zawsze uważałem go za bardzo niefortunny. Stał się on bowiem swoistym workiem, do którego zaczęto wrzucać zespoły, których muzykę nie wiadomo było jak zaklasyfikować, a do tego z miejsca nabrał wydźwięku pejoratywnego, nu-metal stał się synonimem czegoś gorszego, prymitywnego, nieambitnego. Jak by jednak nie było, „The Sickness” był udanym albumem, który broni się do dziś, a energiczne riffy i charakterystyczny wokal Davida Draimanna (szczególnie jego firmowe „Uuu-a-a-a-a”) idealnie korespondowały zarówno z tytułem płyty, jak i nazwą zespołu. Później zespół wydał jeszcze bardzo, moim zdaniem, udane „Believe” i „Ten Thousand Fists”, gdzie przebój gonił przebój, a utwory zostawały w głowie na dłużej i aż chciało się je nucić. A potem przyszła zadyszka, która stopniowo zaczęła przeradzać się w ostrą niewydolność oddechową. Oto w anno domini 2018, po 3 latach przerwy wychodzi nowy album Disturbed o bardzo wymownym tytule „Evolution”.

Pomyśleć by można, że oto nowa jakość, milowy krok w rozwoju… Dobrze, że darwinowska ewolucja nie wydała takich owoców, jak najnowsze wydawnictwo Disturbed. Bardziej na miejscu byłoby słowo „kastracja”, bo taki właśnie zabieg został przeprowadzony na tym, co dotychczas było stylem, tożsamością grupy. „Evolution” wypełniony jest po brzegi miałkimi, nijakimi do bólu kompozycjami, które wpadają jednym uchem, by po chwili wypaść drugim. Może jako tako zapada w pamięć otwierający „Are You Ready”, ale to pewnie dlatego, że jako pierwszy na płycie jest najczęściej odsłuchiwany. Do dalszych można nie dotrzeć, bo ma się już dosyć, a tym samym się ich nie zapamiętuje. Naprawdę, nie ma tu nic, na czym można by oko, czy też ucho zawiesić. Są jakieś próby eksperymentowania z nowymi dla grupy brzmieniami, jak choćby w „No More”, który brzmi jak skrzyżowanie Muse i Marilyn Mansona, ale co z tego, skoro nuda wieje jak tropikalny huragan. I do tego ten natłok rozmemłanych, monotonnych ballad, dopełniający tylko nudnego obrazu całości. Kulminacją twórczej niemocy jest chyba „Watch You Burn” z samplami smyczków, które brzmią tak ubogo, że aż uśmiech politowania maluje się na twarzy. Może tak to miało brzmieć, może takie było zamierzenie, ale efekt końcowy jest wybitnie słaby.

Nie sposób stwierdzić, gdzie podział się pazur, który charakteryzował wcześniejsze wydawnictwa grupy, które mimo iż coraz słabsze, to nadal zachowywały jakąś tożsamość. Tu odnieść można wrażenie, jakby dusza z ciała uleciała. Gitary brzmią grzecznie, perkusja coś tam wystukuje, a Draimann śpiewa niekiedy tak, jakby chciał z nowym repertuarem trafić nie do klubów, ale do kościołów. Dodatkowo brzmienie jest jakieś takie syntetyczne, w takim „The Best Ones Lie” zastanawiam się wręcz, czy to aby na pewno żywi muzycy grają na prawdziwych instrumentach. A może faktycznie nie…?

Poprzedni album – „Immortalized” – mimo iż bardzo słaby, miał chociaż jeden jasny punkt w postaci „The Sound Of Silence”, doskonałego coveru klasyka Simon & Garfunkel. Próżno szukać takich perełek na „Evolution”. Próżno tak naprawdę szukać czegokolwiek dobrego. Monotonia, banał i nijakość, to cechy charakterystyczne najnowszej płyty Disturbed. Równie dobrze mogła się nie ukazywać, świat z pewnością nie byłby uboższy. Posłuchałem, zaraz zapomnę i żałować nie będę. I za takie, za przeproszeniem, „ewolucje” to ja dziękuję. 1/10 to ocena minimalna, za sam fakt wydania albumu, dodatkową „połóweczkę” dorzucam za chęci ewoluowania, jak nieudane by nie były.

Maggot

Ocena: 1.5/10

Disturbed – Evolution

Data premiery: 19.10.2018
Gatunek: Hard rock/Groove metal
Czas trwania: 43:14
David Draiman wokal
Dan Donegan gitara
John Moyer gitara basowa
Mike Wengren perkusja, instrumenty perkusyjne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *