RELACJA: Merry Christless – Behemoth + goście (15.12.2018, B90, Gdańsk)

Witam wszystkich geeków muzycznych!

Czy to się komuś podoba, czy nie, zespół Behemoth jest już muzyczną instytucją, tak na mapie Polski, jak i świata. Nagrywają kolejne, pozytywnie przyjmowane płyty, objeżdżają kulę ziemską, czy to w roli headlinera czy supportu takich tuzów jak chociażby Slayer, firmują swoją nazwą piwo, wino, serek homogenizowany, udzielają wywiadów, pojawiają się na okładkach czasopism, organizują wystawy i rekolekcje. 😉 A do tego, jak też już każdy wie, uwielbiają prowokować. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że praktycznie w przededniu Świąt Bożego Narodzenia zorganizowali mini trasę po Polsce pod jakże dwuznacznym i wymownym szyldem Merry Christless. A do wzięcia udziału w tejże trasie zaprosili ekipy z Untervoid, Imperator, Bolzer i Batushka. A niżej podpisany miał przyjemność wziąć udział w wyprzedanym koncercie, który odbył się w gdańskim klubie B90.

Zanim przejdę do tego, co działo się wewnątrz stoczniowego klubu, zacząć chciałbym od tego, co działo się przed jego wejściem, a mianowicie… nic. Stali bywalcy koncertów Behemoth, czyli kółka różańcowe (czy jakiekolwiek inne organizacje, które na ogół pikietują przed ich występami), tym razem byli nieobecni. Szczerze mówiąc, byłem lekko rozczarowany, wszak nawołujące do nawrócenia transparenty i odmawianie przez megafon różańca stało się już niejako częścią integralną koncertów Nergala i spółki. 😛

Tradycji musiało stać się zadość, więc oczywiście nie dałem rady pojawić się w porę w B90 i zobaczyć na żywo wszystkie zespoły. Opinie paru innych osób, które widziały wszystko, kształtowały się mniej więcej tak: Untervoid – średnio (czego żałuję, że nie zweryfikowałem osobiście, bo ich ostatni album jest niezły), Imperator – dziadki, ale doskonale dały radę, Bolzer – super, doskonały klimat i poziom wykonania. Bolzer widziałem kiedyś przy okazji trasy Behemotha „Rzeczpospolita Niewierna” i jakoś mnie wtedy szwajcarska ekipa nie porwała. Żałowałem natomiast, że nie zobaczyłem/usłyszałem na żywo Imperatora, wszak to wskrzeszona legenda undergroundu lat 80-tych, ale cóż… Może kiedyś.

Pierwszą ekipą, którą dane mi było zobaczyć w całej okazałości, byli cerkiewni metalowcy z Batushka.

nl1

Przy okazji mojej relacji z ich ostatniego koncertu w B90, gdzie występowali w roli headlinera, wyraziłem swego rodzaju obawy, ile jeszcze zespół będzie w stanie jechać na tym samym koniu, który sprawia wrażenie coraz bardziej zmęczonego. Nie wydali wszak żadnego nowego albumu, grają więc na żywo cały czas ten sam zestaw. I tu muszę powiedzieć, że batushkowe misterium sceniczne powoli zaczyna się nudzić. Widziałem ich po raz trzeci i nie byłem już niczym zaskoczony, tak muzycznie, jak i wizualnie. Jedyną różnicą jaką wypatrzyłem w porównaniu do poprzedniego koncertu było to, iż główny gitarzysta zamienił kaptur na takie charakterystyczne, wysokie, cylindryczne nakrycie głowy, jakie noszą prawosławni duchowni. Owszem, muzyka z „Litourgiya” nadal się broni, a show odstawiane na scenie niewątpliwie przykuwa uwagę, ale formuła powoli zaczyna się robić wyeksploatowana, szczególnie jeśli – tak jak ja – widziało się zespół na żywo już trzy razy. Gdy świece zgasły, a dym z kadzidła rozwiał się, na scenę weszła gwiazda wieczoru…

nl1

… a niżej podpisany postanowił znaleźć się jak najbliżej sceny, co miało swoje plusy i minusy. Plusem było to, iż już od pierwszych taktów otwierającego występ „Wolves ov Siberia” pod sceną zrobił się niesamowity, wściekły kocioł, który wyhamował dopiero po tym, jak zespół ostatecznie zszedł ze sceny jakieś 1,5 godziny później. Innymi słowy, jak ktoś chciał się wyszaleć, wyrzucić z siebie złość i wszelakie negatywne emocje, w towarzystwie czarnej braci, to trafił w idealne miejsce. 😀 Minusem rzecz jasna było to, iż można było otrzymać niespodziewany (ale i niezamierzony) cios łokciem, głową lub butem od osoby niesionej na rękach. 😛

nl1

Koncert był cholernie intensywny, oczywiście przede wszystkim za sprawą samej muzyki. Ale nikt chyba nie spodziewa się ballad po takim zespole jak Behemoth. Jedynymi momentami „wytchnienia” były chwilowe zwolnienia w postaci „Bartzabel” i części „Lucifer”, poza tym jednak można było się czuć, jakby wpadło się do maszynki do mielenia mięsa, w dodatku bardzo rozgrzanej, nie tylko za sprawą rozpalonych do czerwoności ciał fanów, ale i ogni, które buchały ze sceny i dodatkowo wydatnie podgrzewały atmosferę.

nl1

Jeśli chodzi o zestaw utworów, to usatysfakcjonowani byli przede wszystkim fani nowszych dokonań zespołu, tak od „Demigod” wzwyż, choć i tu pojawiła się luka w postaci braku jakichkolwiek utworów z „The Apostasy”, nad czym lekko ubolewałem, bo to mój ulubiony album Behemoth. Jedynymi przedstawicielami nieco starszych dziejów zespołu był koncertowy pewniak „Chant for Eschaton 2000” oraz znany i lubiany „Decade of Therion”, czyli nieśmiertelny „łyżwiarz wie, że kotek odkopał prezent”. 😛 Sądząc po reakcji fanów, raczej nikt specjalnie na dobór repertuaru na ten wieczór nie narzekał. 😉

Występy Behemoth to już nie tylko muzyka, to jeszcze cała towarzysząca jej otoczka – scenografia, wizualizacje, pirotechnika, kostiumy. I tego też było pod dostatkiem, ale w ilościach na tyle rozsądnych, że nie odciągały owe urozmaicenia uwagi od muzyki. Były wspomniane ognie, były wizualizacje, były wymyślne stroje, maski, leciało konfetti, ale wszystko to było tylko cieszącym oko dodatkiem do dźwięków, które płynęły tego wieczoru z głośników. A do wykonania ja osobiście nie mam żadnych zarzutów – świetne brzmienie instrumentów i wokalu, czego więcej można by chcieć? Do tego należy jeszcze dodać doskonały kontakt zespołu z publicznością, gdzie pierwsze skrzypce gra naturalnie Nergal, ale wtórował mu Orion, który entuzjastycznie i przekonująco nawoływał publikę do oddawania się szaleństwu pod sceną.

nl1

Koncertowa bestia, jaką Behemoth niewątpliwie jest, nie zawiodła. Widziałem ich już na żywo w sumie cztery razy i muszę przyznać, że był to ich najlepszy występ. A fakt, iż piszę te słowa oznacza, że przeżyłem piekło które rozpętało się pod sceną. 😉 A wytrwali są nagradzani, czego owocem koncertowa pamiątka w postaci nergalowej kostki do gry. Pójdzie w ramkę i na ścianę. 😀 Doskonały koncert, z czym – śmiem twierdzić – zgodziłaby się spora część obecnej tego wieczoru w B90 widowni. Intensywny, porywający, barwny. Oby więcej takich. 🙂

Maggot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *