RELACJA: Ivar Bjørnson & Einar Selvik (02.02.2019, Studio, Kraków)

Witam wszystkich geeków muzycznych!

Tę relację koncertową zacznę niejako od końca, od fragmentu podsumowania, zanim przejdę do konkretów. Chciałbym mianowicie na wstępie powiedzieć, że był to jeden z najlepszych koncertów, na jakim kiedykolwiek miałem przyjemność być. A któż to sprawił, że kolega Maggot tak dobrze się bawił? Bo w końcu takie deklaracje to nie byle co, musi się za tym faktycznie kryć coś wyjątkowego. Odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi dwóch wyjątkowych przybyszów z północy: Ivar Bjørnson i Einar Selvik, którzy 2-go lutego pojawili się na koncercie w krakowskim klubie Studio.

Jeśli sylwetki tych panów nie są Wam znane, to po krótce je Wam przybliżę. Pan Bjørnson jest założycielem i stałym członkiem legendarnego już chyba zespołu z norweskiej sceny black metalowej – Enslaved. Multiinstrumentalista, bardzo sympatyczny i inteligentny człowiek, wyglądający jak skrzyżowanie trolla ze Świętym Mikołajem. 😀 Pan Selvik stał się muzycznemu światu bardziej znany, gdy zaczął bębnić w sławnym (choć w pewnych kręgach niesławnym) zespole Gorgoroth. Ale jeszcze bardziej znany stał się, gdy po odejściu z ww. formacji założył swój własny zespół – Wardruna, folkowo-rekonstrukcyjno-szamański twór, w którym śpiewa i gra na skonstruowanych samodzielnie instrumentach. Parę lat temu panowie spotkali się i stworzyli materiał „Skuggsjá”, będący fuzją tradycyjnej, ludowej muzyki norweskiej z nowoczesną. Coś, co początkowo miało być tworem li tylko koncertowym, spotkało się z tak ciepłym przyjęciem, że wydana została płyta (miejsce 2. na moim muzycznym TOP10 roku 2016). Dwa lata później panowie spotkali się ponownie, a owocem ich współpracy jest album „Hugsjá”, będący duchowym spadkobiercą poprzednika, ale bez elementów metalowych. Swoją drogą gorąco polecam oba wydawnictwa. No i panowie postanowili z nagranym przez siebie materiałem ruszyć w trasę, a Kraków był jednym z jej przystanków.

nl1

Tłumnie zgromadzona w krakowskim klubie widownia nie musiała długo czekać na gwiazdy wieczoru, ponieważ żaden support nie został zaplanowany. Równo o 20:00 Bjørnson i Selvik, wraz z towarzyszącymi im muzykami, weszli na scenę i po prostu zaczęli grać… A potem spojrzałem na zegarek i zbliżała się 22:00. Te prawie 2 godziny uleciały gdzieś niepostrzeżenie, dźwięki płynące ze sceny przeniosły mnie w jakieś odległe, mistyczne, tajemnicze miejsce, z którego niestety trzeba było powrócić do rzeczywistości. Wiem, że to co właśnie napisałem brzmi może trochę przesadnie, ale wierzcie mi, tak właśnie było. Aura jaką muzycy roztoczyli, była naprawdę wyjątkowa, autentycznie można było poczuć, jakby przenosiło się do odległych, spowitych mgłą fiordów, dolin, usłyszeć delikatne szumy strumyków, a w oddali, na wodzie ujrzeć majaczące, posępne sylwetki drakkarów. Ale popłynąłem, co? 😛 Nie ma w tym jednak ani odrobiny przesady, ten koncert był jednym z najbardziej klimatycznych, w jakich miałem przyjemność uczestniczyć.

nl1

Cała w tym zasługa muzyków, którzy tego wieczoru pojawili się na scenie Studia. Poza mózgami całej operacji zagrali dla nas również kumple Ivara z Enslaved: Iver Sandøy (perkusja) i Håkon Vinje (klawisze) oraz skrzypaczka Silje Solberg. Naprawdę brak mi słów na ich kunszt, profesjonalizm, ale i ogromne wyczucie, dzięki czemu nie odtworzyli tylko mechanicznie swoich partii, ale tchnęli w nie duszę, jakby natchnęły ich duchy przodków, które zstąpiły gdzieś z Valhalli. Wiem, wiem, znowu płynę. 😛 Nie mogę się jednak nachwalić zespołu, za niesamowitą atmosferę, jaką wykreowali w klubie Studio, jak wciągnęli nas wszystkich choć na chwilę do innego świata, minionego, odległego, gdzie przyroda odgrywała pierwsze skrzypce, gdzie ludzie przywiązywali wagę do różnego rodzaju rytuałów, gdy więź z bliskimi, z naturą, wspólna piosenka na cześć wstającego słońca, czy ku czci zmarłego była ważniejsza niż status na fejsbuniu.

Ok, zejdźmy trochę na ziemię. Jeśli chodzi o repertuar, to usłyszeć tego wieczoru mogliśmy przede wszystkim materiał ze „Skuggsjá” i „Hugsjá”, ale tu i ówdzie dorzucone zostały też inne kompozycje. Myślę, że domyślacie się z tego, co już zdążyłem napisać, że całość została zagrana i zaśpiewana perfekcyjnie. A skoro już przy śpiewie jesteśmy, to w doskonałej formie był Selvik, to w dużej mierze za sprawą jego głosu, aura całego występu była tak wyjątkowa. Wokalnie udzielali się wszyscy muzycy, dla mnie największym, i jak najbardziej pozytywnym, zaskoczeniem był perkusista, Iver Sandøy, który ciągnął w chórkach, aż miło było posłuchać. Całości realizatorzy nadali doskonałe, selektywne brzmienie, każdy instrument był wyraźnie słyszalny, może poza takim ręcznym bębenkiem, na którym na początku występu grał Einar. Miałem wrażenie, że jego dźwięki zostały zagłuszone przez inne instrumenty i wokal. Generalnie jednak realizacja na duży plus.

nl1

Oprawa koncertu była dość minimalistyczna. Nie było żadnych sztandarów, rzeźb, wielkich instalacji, płomieni, przebrań. Tylko zespół, jakaś skromna instalacyjka w tle (nie wiem w sumie, czy należała do zespołu, czy była częścią wystroju klubu) i zmieniające się kolory oświetlenia. To wystarczyło, ta muzyka nie potrzebowała żadnych wspomagaczy, które zapewne tylko by przeszkadzały, zamiast pomagać. Dźwięki broniły się same, wystarczyło zamknąć oczy, by wizualizacje pojawiły się same, bez asysty elektroniki. 😉

Zamykamy pętlę: to był jeden z najlepszych, najbardziej klimatycznych koncertów, na jakim kiedykolwiek byłem i nie ma w tym grama przesady. Niesamowite, muzyczno-duchowe doświadczenie. Jeśli kiedyś będziecie mieli możliwość zobaczyć tych jegomości na scenie razem, to nie zwlekajcie ani chwili i nie szczędźcie cebulionów. Warto! 😀

Maggot

One thought on “RELACJA: Ivar Bjørnson & Einar Selvik (02.02.2019, Studio, Kraków)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *