RECENZJA: Dom, Który Zbudował Jack

Powiedzieć, że Lars von Trier to reżyser kontrowersyjny, to tak, jakby powiedzieć, że woda jest mokra. Owszem jest, nie da się ukryć, ale przecież wszyscy to wiedzą, niczego nowego się nie dowiadujemy. A jednak co i rusz ludzie zdają się być zaskoczeni tym, co raz po raz tworzy i wypuszcza na światło dzienne ten duński reżyser. Jego najnowszy film to „Dom, który zbudował Jack”. Czymże tym razem zbulwersował nas von Trier? I czy w ogóle zbulwersował?

Bohaterem filmu jest nikt inny, jak tytułowy Jack (Matt Dillon). Jack wiedzie sobie bardzo spokojny żywot seryjnego, psychopatycznego zabójcy. A my jesteśmy świadkami swego rodzaju spowiedzi Jacka, dzięki której dowiadujemy się, jak wygląda jego historia, co przyczyniło się do tego, że stał się tym, kim jest teraz. Główny bohater nie spowiada się jednak nam, ale tajemniczej postaci o imieniu Verge (Bruno Ganz), nieokreślonemu bytowi, co do pochodzenia i istoty którego możemy mieć co najwyżej domysły. Może to diabeł, może sumienie, może inna jaźń, kto wie? Poznając kulisty kilku konkretnych morderstw popełnionych przez Jacka (nazwanych „incydentami”) dowiadujemy się, iż dla głównego bohatera śmierć nie jest zaledwie zaspokajaniem mrocznych żądzy, ale swoistą, wykręconą formą sztuki. Tak po krótce prezentuje się fabuła filmu.

© Zentropa

Filmy von Triera ciężko się ocenia. Na pewno niełatwo jest patrzeć na nie bez spoglądania przez pryzmat samego twórcy. Duńczyk jest postacią osobliwą, trochę nieprzeniknioną, ciężko powiedzieć co mu w głowie siedzi. Czy szokuje dla samego szokowania, czy jest to po prostu sztuka, bezkompromisowa, wyrazista? Czy jest skrajnym mizoginisitą, czy kobiety w jego filmach mają służyć za jakiś symbol, czy z pozoru oczerniając je, tak naprawdę je gloryfikuje? Czy sympatyzuje z filozofią nazistowską, czy po prostu lubi wsadzać kij w mrowisko, tak dla hecy? Ja nie wiem i nie podejmę się prób analizy umysłu von Triera. Jest, jaki jest i cały kinowy świat powinien był się już chyba do tego przyzwyczaić, prawda?

No niezupełnie. Podczas projekcji filmu na festiwalu w Cannes ponad stu widzów, w tym krytyków, wyszło z seansu. Mówi wręcz o tym sam reżyser, w krótkim prologu do filmu, przed normalnym, kinowym seansem, dodatkowo prosząc, by winą za to, co się będzie działo na ekranie i za nasze ewentualne zgorszenie nie obarczać polskiego dystrybutora, tylko von Triera. Dosłownie, reżyser mówi ludziom z ekranu, że to on jest tym złym! Niezłe jaja! 😛 Według mnie przyjść na film von Triera i być zszokowanym, że jest mocny, to tak jakby zjeść garść papryczek piri-piri i być zdziwionym, że usta płoną żywym ogniem. Czy naprawdę jest to tak trudne do przewidzenia? Przecież ten facet nakręcił „Antychrysta” i „Nimfomankę”!

© Zentropa

Być może jestem jakąś jednostką zdeprawowaną, może lata uprawiania czarnego, wulgarnego humoru, obcowania ze standu-upem, który żadnych świętości nie uznaje, uczyniły mnie niewrażliwym i nieczułym na pewne rzeczy, ale mnie osobiście nic w tym filmie nie zbulwersowało, zniesmaczyło czy zgorszyło. Domyślam się, która scena mogła u niektórych widzów przekroczyć granicę, ale mnie ona kompletnie nie ruszyła. No cóż, może czas się leczyć… 😛 Co więcej, nie tylko nie uważam tego filmu za przegięty pod względem ilości przemocy i jej zobrazowania, ale te bardziej wyraziste motywy są niejednokrotnie wręcz dość… zabawne. Generalnie „Dom, który zbudował Jack” wypełniony jest humorem i potwierdzają to reakcje praktycznie całej sali, w której oglądałem film, nie jest to więc tylko kwestia mojego chorego poczucia humoru. Szczególnie pierwsze incydenty, gdy Jack stawiał dopiero swoje pierwsze kroki jako zabójca, jego nieporadność, brak jakiegokolwiek przygotowania, planu, z nałożoną na to wszystko nerwicą natręctw, wywoływały salwy śmiechu w zgromadzonej w kinie widowni.

Doskonałą robotę wykonał tutaj Matt Dillon. Nigdy nie byłem jego wielkim fanem i nie śledziłem jego kariery wystarczająco uważnie, ale spotkałem się z głosami, że to może być wręcz jego kreacja życia. Być może, nie potwierdzę i nie zaprzeczę, natomiast przyznam, że zagrał doskonale. Dzięki jego przekonującej, świetnej grze możemy zagłębić się w ten chory świat, zbliżyć się do kogoś, kto z pozoru będąc potworem, ma też wiele bardzo ludzkich zachowań. Podoba mi się to, iż nie przedstawiono nam Jacka, jako precyzyjnej, nieomylnej, metodycznej maszyny do zabijania, ale jako człowieka, omylnego, niezdecydowanego, z kompleksami i rozterkami, który poznaje siebie, a my poznajemy jego przy okazji.

© Zentropa

Nie byłby to jednak film von Triera, gdyby nie zaczęły się pewne schody. A są to schody symboliki i metafor, które robią się coraz bardziej strome, w miarę jak zbliżamy się do końca filmu, gdzie czeka już na nas drabina, chybotliwa ze spróchniałymi szczebelkami. Śmierć, grzech, istota dobra i zła, sztuka, przeznaczenie, życiowa spuścizna, a wszystko to zaserwowane w sosie z nawiązań do „Boskiej Komedii” Dante Alighieriego. Tu już wszystko zależy od wrażliwości i osobistej interpretacji widza, każdy musi zmierzyć się z ukrytym przesłaniem filmu samemu, co może nie być łatwe. Ja osobiście pogubiłem się w końcówce, zastanawiałem się nad nią jakiś czas, ale dałem sobie spokój dość szybko. I tu upatruję pewnego problemu tego filmu. Mimo całej swej wyrazistości, brutalności, dosadności i ukrytej symboliki, nie pozostał w mojej głowie na dłużej niż jeden dzień, a to tylko dlatego, iż nazajutrz w pracy podyskutowaliśmy o nim jeszcze chwilę z kolegami, z którymi byłem w kinie. I tak po prawdzie, to wspominaliśmy raczej te zabawne i brutalne sceny, zamiast rozprawiać nad ukrytym przesłaniem filmu. Czuję, że wszystkie te mocne środki wyrazu okazały się być bardzo nietrwałe, nie były wystarczające, by umysł pozostał przy filmie na dłużej. To jak skonsumowanie dużej ilości cukru – pobudza na chwilę, ale potem zjazd odczuwa się ze zdwojoną siłą.

© Zentropa

Od strony technicznej film prezentuje się poprawnie, jest sporo miłych dla oka ujęć, scenografia i kostiumy przygotowane zostały z dużą dbałością. Z drugiej strony zdarzają się pewne chaotyczne zabiegi montażowe, nagłe przeskoki między scenami, ale są one z pewnością zamierzone. Ot, kolejne narzędzie von Triera, żeby trochę pownerwiać widza. 😉 Jeśli zaś chodzi o stronę dźwiękową filmu, to nie potrafię niczego wyróżnić, jest poprawnie, dźwięk jest solidny, a muzyka pasuje do obrazu na tyle, by nie irytować z jednej strony, ale i nie zapadać w pamięć z drugiej.

Oceniać ten film jest tak łatwo, jak nawlekać igłę po ciemku, skonsumowawszy znaczne ilości alkoholu. Lekkim zadaniem to nie jest. Spodziewałem się kina tak mocnego, że będę odwracał wzrok od obrazów na ekranie, a dostałem film, który przy wspomnianym chociażby wcześniej „Antychryście” jest jak bajka dla dzieci, a ja całkiem dobrze się bawiłem, śmiejąc się momentami do rozpuku. Nie zmienia to faktu, że von Trier znów poczęstował nas ponownie czymś bardzo „swoim”, produktem mocnym, wyrazistym, pełnym symboliki, metafor, z enigmatycznym, trudnym do zinterpretowania, mglistym zakończeniem, które jednych widzów może pozostawić z umysłowym prowiantem na później, z czymś co będą mogli sobie zabrać do domu i skonsumować na spokojnie, gdy zgłodnieją, a innych z poczuciem niedosytu. A części zapewne zaszkodzi i niejeden z nich zwymiotuje. Ogólnie jednak uważam ten film za dość udany, bawiłem się na nim dobrze, co nie jest absolutnie żadną gwarancją, że spodoba się Wam. Wszak to Lars von Trier. 😉

Maggot

Ocena: 6.5/10

Dom, Który Zbudował Jack (oryg. The House That Jack Built)

Rok: 2018
Reżyseria: Lars von Trier
Scenariusz: Lars von Trier
Obsada: Matt Dillon, Bruno Ganz, Uma Thurman, Siobhan Fallon Hogan, Sofie Gråbøl, Riley Keough
Czas Trwania: 152 min

Sprawdźcie recenzję tego, jak i innych filmów na
 
nl1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *